Recenzja TEAC HA-P90SD

13/08/2015, 12:06 · · · 3

Kto by pomyślał, że na łamy naszego pisma trafi recenzja przenośnego odtwarzacza muzycznego, na którym nie widnieje logo nadgryzionego jabłka? Ja na pewno się tego nie spodziewałem. Więcej pieniędzy postawiłbym na to, że już nigdy żadnej recenzji takiego urządzenia nie przyjdzie mi napisać.

20150624_214126

Uśmiercenie iPoda Classic zabolało mnie bardziej niż wszystkie porażki reprezentacji polskiej w piłkę nożną. Myślę, że w tej kwestii Apple już jakiś czas temu podjęło decyzję. To koniec kultowych iPodów, bardzo możliwe, że nie będzie już kolejnych generacji modeli Nano i Touch. Taki produkt jak przenośny odtwarzacz muzyki musiał w końcu podzielić los swoich poprzedników – walkmana i discmana.

Jak widać, życie redaktora iMagazine potrafi zaskakiwać i przynosi takie niespodzianki jak ta − odtwarzacz HA-P90SD firmy TEAC, który jest jak żyjący Tyranozaur Rex w muzeum zapełnionym wypchanymi eksponatami dinozaurów. TEAC, tworząc taki odtwarzacz, poszedł w absolutną niszę, a co za tym idzie – konkurencji praktycznie nie ma. Inaczej nie da się wytłumaczyć urządzenia przenośnego o wadze zbliżonej do cegłówki, które ma czarno-biały wyświetlacz, nie ma Wi-Fi, a kosztuje tyle co sprowadzony opel astra II z aluminiowymi felgami. Coś takiego nazywa się właśnie nisza. Spokojnie, bez dłuższego zastanowienia mógłbym wypisać dwadzieścia trzy wady tego urządzenia, ale nie zamierzam tego robić, ponieważ zawsze na początku jest ten jeden plus HA-P90SD, który od razu wykreśla całą listę minusów. Jest nim jakość muzyki, jaka wydobywa się z tego odtwarzacza i to jest jedyna rzecz, która powinna interesować nas przy zakupie. Wszystko inne przestaje się liczyć, nagle nieważne są jego wymiary, sposób obsługi i brak jakichkolwiek nowoczesnych rozwiązań.

20150624_214315

TEAC HA-P90SD jest solidnym kawałem aluminium i może również skutecznie służyć do samoobrony. Ciężka konstrukcja zakończona ciekawymi, wyrastającymi z obudowy krawędziami, może okazać się niebezpieczna. HA-P90SD wygląda jakby wypadł z samochodu Mad Maksa − ta konstrukcja ma w sobie coś postapokaliptycznego, co sprawia, że nie można oderwać od niej wzroku. Z jednej strony toporna i prosta, a z drugiej niezwykle intrygująca i nowoczesna. Zastosowane aluminium ma też swój udział w jakości odtwarzanej muzyki, ponieważ minimalizuje wpływ zewnętrznego szumu na układy elektroniczne. Front urządzenia to prosty, monochromatyczny wyświetlacz, na który procesor poświęca tylko minimalną ilość swoich obliczeń. Z przodu znajduje się również dobrze nam znane kółko do sterowania. Oczywiście nie jest to click wheel, ale częściowo spełnia swoje zadanie. Szkoda, że kółko nie jest wciskane, co zatwierdzałoby operacje. Do zatwierdzania TEAC przewidział dodatkowy sterownik na prawej krawędzi urządzenia. Obok niego znajduje się jeszcze blokada „hold” i czytnik kart pamięci micro SD. Karty micro SD są jedyną formą pamięci odtwarzacza. W jego górnej części znajdziemy duży, klasyczny potencjometr służący również do włączania i wyłączania. Nieraz pisałem o tym, że jestem wielkim fanem tego typu potencjometrów, więc w moich oczach tym zagraniem TEAC zyskał kilka punktów. Góra skrywa jeszcze dwa 3,5 mm złącza jack, jedno z nich jest słuchawkowe, a drugie to Line In i co ciekawe – Digital. Dolna część przeznaczona jest na złącza USB oraz zasilanie. W aluminiowej obudowie TEAC zastosował akumulator litowo-jonowy, który wystarcza na średnio pięć godzin słuchania, wszystko zależne jest od źródła.

Trzymając w ręku HA-P90SD, ma się uczucie, że to nie jest zwykły przenośny odtwarzacz muzyki. Jest ono jak najbardziej prawidłowe. TEAC stworzył urządzenie łączące sekcję wzmacniacza, odtwarzacza, przetwornika cyfrowo-analogowego oraz zaawansowanego wzmacniacza słuchawkowego. Środek tego sprzętu przypomina najnowocześniejszą, miniaturową elektrownię atomową, która jest w stanie zasilić spore państwo. Użyte elementy elektroniczne są powodem wysokiej ceny, ale to właśnie dzięki nim efekt końcowy jest piorunujący.

Teac-HA-P90SD-4

TEAC zrobił wszystko, żeby w tak stosunkowo niewielkiej obudowie zmieścić najlepsze układy dostępne na rynku. Mózgiem odpowiedzialnym za przeliczenia jest wysokowydajny procesor Blackfin, a rola serca pompującego ogrom mocy przypadła przetwornikowi Burr-Brown PCM1795. Cyfrowo-analogowy przetwornik wyposażony jest w zegar sterujący z dwoma precyzyjnymi oscylatorami kryształowymi, które są kluczowym elementem w obróbce i perfekcyjnej synchronizacji cyfrowego dźwięku. Wzmacniaczem operacyjnym jest OPA1603, czyli kolejny topowy układ firmy Burr-Brown. Oprócz tego HA-P90SD ma jeszcze wzmacniacz słuchawkowy klasy AB. Zrobiło się trochę ciężko, prawda? Uwierzcie mi, cały opis techniczny tego sprzętu musiałem przeczytać kilka razy, żeby uzmysłowić sobie, jakim farszem TEAC naszprycował swoje danie. Przejdźmy do praktyki, bo ta pochłonęła mnie jak nowo odkryta jaskinia pochłania grotołaza. Zamknąłem się w pokoju pośród wszystkich moich sprzętów grających i nie miałem ochoty stamtąd wychodzić przez długi czas. W ruch poszły wszystkie możliwe słuchawki, w każdej z możliwych konfiguracji. Przeglądaniu biblioteki bezstratnych plików muzycznych nie było końca. Czułem się tak, jakbym na nowo odkrywał wiele ulubionych albumów. Szczegółowość wszystkich niuansów zawartych w nagraniach spowodowała, że dużo z nich słuchałem po trzy razy. Pierwsze, na co zwróciłem uwagę, to niesamowity smak, w jaki HA-P90SD podaje muzykę. Wszystkie dźwięki są poukładane jak przestraszone dzieciaki na lekcji prowadzonej przez samego dyrektora szkoły. Żadnych różnic między dołem, środkiem czy górą, pasma są zgranym zespołem i uzupełniają się świetnie. Spodziewałem się, że wszystko będzie podbite i uderzy we mnie z niewyobrażalną siłą, ale nic takiego nie miało miejsca. Efekt był diametralnie inny – ta siła polega na dokładności w odzwierciedleniu każdego dźwięku. Na szerokości sceny i przekazaniu muzyki w taki sposób, w jaki autor sobie tego życzył. Takie odczucie miałem na każdym sprzęcie, który oczywiście w ogóle zasługuje na podłączenie do tego odtwarzacza. Słuchawki, które powędrowały gdzieś w zapomnienie, na nowo odzyskały swój blask. Nie spotkałem się jeszcze z urządzeniem, które jest w stanie wycisnąć absolutnie wszystko z każdego sprzętu.

Pliki jakości 320 kbps są nie do przyjęcia, brzmią jak trzydziestoletnie kasety wąsatego kierowcy PKS-u. TEAC HA-P90SD najzwyczajniej w świecie gardzi nimi i nie życzy sobie, żeby ktokolwiek próbował je odtwarzać. W grę wchodzą tylko najcięższe pliki, na czele z najbardziej zaawansowanym formatem DSD, o którym mówi się, że to przyszłość bezstratnej muzyki. Niestety nadgryziony format lossless nie jest obsługiwany, ale to nie koniec świata.

Teac-HA-P90SD-2

Ratuje nas złącze USB, do którego przez przewód Lightning podłączymy naszego iPhone’a. Odpalamy aplikację Tidal, ustawiamy jakość Hi-Fi i odpływamy. W takim zestawieniu bardzo długo testowałem HA-P90SD i taki rodzaj interakcji spodobał mi się najbardziej. Nie tracimy na jakości, a sterowanie odbywa się przez iPhone’a. Możliwości tego aluminiowego potwora są ogromne, sprawdza się na tak wielu płaszczyznach, że jestem w stanie w jednej chwili zamienić na niego wiele sprzętów, które od teraz stają się dla mnie zbyteczne. Zastanawiam się, gdzie są te dwadzieścia trzy wady, o których pisałem na początku. Przecież wada jest tylko jedna i jest nią stan mojego konta. Nie wiem, co musiałbym powiedzieć żonie, żeby bez krzyków zgodziła się na wydanie kwoty 2699 zł na przenośny odtwarzacz muzyki. Może nie trzeba nic mówić, wystarczy przekonać ją, żeby odsłuchała na nim swój ulubiony utwór.

Dane techniczne

Moc wyjściowa: 0,17 W
Impedancja głośników: 8 Ω
Typ wzmacniacza: Cyfrowy
Pasmo przenoszenia: 10 Hz – 80 kHz
Stosunek sygnał/szum: 105 dB
Zniekształcenia THD: 0,004%
Wymiary (S x W x G): 69,6 × 21,5 × 123 mm
Waga: 0,28 kg

 



3