Dwie wizyty w Ontario

23/10/2015, 12:07 · · · 5

Wakacyjny czas jest dobrym momentem, by przypomnieć o miejscach, które absolutnie uwielbiam i które odwiedziłem wiele miesięcy temu, a których nie miałem jeszcze okazji opisać. Jednym z nich jest kanadyjska prowincja Ontario. Do Kanady miałem okazję pojechać dwukrotnie. Brzmi nieźle, prawda? Z punktu widzenia wielu Europejczyków, wizyta w tym kraju jest często wyprawą na drugi koniec świata. W moim przypadku było inaczej — po ukończeniu liceum w Polsce wyjechałem na studia do Erie w amerykańskim stanie Pensylwania — zaledwie 2 godziny drogi od granicy USA z Kanadą na Peace Bridge w Buffalo. Odwiedziny w tym kraju były więc dla mnie czymś oczywistym. W tym miejscu widoczna staje się różnica pomiędzy przeciętnym Europejczykiem a przeciętnym Amerykaninem — trudno w to uwierzyć, ale wielu studiujących ze mną mieszańców Pensylwanii nigdy w Kanadzie nie było. Sprawdził się również mit, że znaczna część amerykańskiego społeczeństwa nie posiada paszportów.

Szykulski-2015-08-dwie-wizyty-w-ontario-10

Wracając jednak do tematu… Głównym powodem pierwszej wizyty w Kanadzie było spotkanie z astronautą Chrisem Hadfieldem, który, w ramach „book tour” po Ameryce, reklamował swoją (absolutnie genialną!) książkę – „An Astronaut’s Guide to Life on Earth”. Wielu z Was zapewne kojarzy Chrisa — to ten sympatyczny wąsacz, który w trakcie półrocznej misji na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej przybliżał życie kilkaset kilometrów nad Ziemią poprzez serię zabawnych zdjęć, filmów, wpisów i tweetów. Okazja do poznania go, a także dłuższej rozmowy i zrobienia selfie (które podpisał mi rok później podczas jego wizyty na mojej nowej uczelni w Irlandii) nadarzyła się w listopadzie 2013 roku, podczas spotkania w Brampton pod Toronto. Spotkanie było dobrym pretekstem do odwiedzenia Toronto, gdzie zatrzymałem się na cztery dni. Na miejsce dotarłem dzięki Greyhound – amerykańskiemu przewoźnikowi autokarowemu. Bilet w dwie strony na trasie Erie – Buffalo – Toronto kosztował kilkadziesiąt dolarów. Miasto to bardzo przypadło mi do gustu.

Szykulski-2015-08-dwie-wizyty-w-ontario-5

Już pierwszego dnia przekonałem się, dlaczego niektórzy zwykli nazywać je kanadyjskim Nowym Jorkiem lub finansową stolicą Kanady: Toronto wyróżnia gęsta, wysoka zabudowa, koncentracja wszelkiego rodzaju firm i instytucji, a także największa (spośród wszystkich miast tego kraju) liczba mieszkańców – 2,6 mln. Muszę przyznać, że miasto sprawia wrażenie wielkiego placu budowy — niemal na każdej ulicy można zobaczyć wysokie dźwigi, a małe budynki zastępowane są kolejnymi wieżowcami. W trakcie pobytu zatrzymałem się w hostelu na Church Street — zaledwie kilka minut od ścisłego centrum miasta. W trakcie krótkich miejskich wypadów staram się ograniczać czas spędzany w muzeach, galeriach i zamkniętej przestrzeni. Jako fotograf i fan architektury wolę poświęcić długie godziny na piesze zwiedzanie. Pozwala to lepiej poznać charakter odwiedzanego miasta, spotkać jego mieszkańców, a także wykonać wiele unikalnych zdjęć. Nie inaczej było w Toronto. Właściwie jedyną atrakcją, do której wstąpiłem, była CN Tower — charakterystyczna szpica, symbol kanadyjskiej metropolii. Bilet wstępu na taras widokowy nie był tani (ok. 100 zł), jednak widok w pełni to rekompensował. Fotograficznym celem numer jeden w Toronto było wykonanie panoramy rozświetlonej metropolii o zachodzie słońca. Wielokrotnie widziałem takie zdjęcia w internecie  i sam musiałem mieć je w swoim portfolio. Najlepszy widok roztacza się z niewielkich wysp zlokalizowanych wzdłuż miejskiego wybrzeża, dokąd kursują promy kosztujące zaledwie kilka dolarów za podróż w dwie strony. Wyspy te w zdecydowanej większości stanowią tereny rekreacyjne miasta i zdecydowanie warto je odwiedzić. Fanów lotnictwa powinien przekonać fakt, że na jednej z wysp znajduje się niewielkie, miejskie lotnisko, a podejścia do lądowania na tle lasu wieżowców wyglądają niezwykle efektownie.

Szykulski-2015-08-dwie-wizyty-w-ontario-7

Moja druga wizyta w Ontario miała miejsce w kwietniu 2014 roku. Od pierwszej różniła się pod niemal każdym względem — poza faktem, iż na miejsce ponownie dotarłem autokarami Greyhound. Głównym powodem było nawiązanie kontaktu z moją dalszą rodziną, która od ponad 30 lat mieszka w Kanadzie. Tym razem celem było niewielkie miasteczko St. Catharines oraz rejon wodospadu Niagara. Wykorzystując zaproszenie, pojechałem tam w trakcie przerwy wielkanocnej. W przeciwieństwie do pierwszej wizyty celem wyjazdu do Kanady nie było duże miasto. Kilkudniowy pobyt ograniczał się do odwiedzenia winiarskiego, malowniczego regionu Niagara-on-the-Lake, miasta Niagara Falls, a także okolic samego wodospadu. Muszę przyznać, że największe zaskoczenie dotyczyło dwóch ostatnich miejsc. Większość osób swoje wyobrażenie wodospadu Niagara opiera o zdjęcia wykonane z tarasu widokowego, na których wygląda on jak dziewicze, nietknięte ręką człowieka miejsce na pustkowiu. Rzeczywistość jest jednak zupełnie inna: tuż nad przepaścią rozwinęło się pokaźnej wielkości miasto, które co roku przyciąga setki tysięcy turystów — nie tylko z powodu sąsiedztwa cudu natury, ale również kasyn, hoteli i parków rozrywki. I chociaż wiedziałem o tym wcześniej — efekt na żywo robił ogromne wrażenie. Z czystym sumieniem mogę polecić wizytę w kasynie, a zwłaszcza w eleganckim barze na jego dachu. O ile ceny będą tam stosunkowo wysokie — widok z góry na podświetlony nocą wodospad z pewnością to zrekompensuje. W ostatniej części artykułu poruszę techniczny aspekt wyjazdów.

Szykulski-2015-08-dwie-wizyty-w-ontario-12

Z perspektywy Europejczyka, wyjazd do Kanady może wydawać się wielką wyprawą, którą ciężko połączyć ze znacznie popularniejszym turystycznym kierunkiem, jakim są Stany Zjednoczone. Nie jest to prawdą. Problemem wycieczek wielu osób jest fakt, że decydują się one na tylko jeden cel podróży — w tym przypadku zazwyczaj jest to Nowy Jork. Wspominałem o tym w jednym z moich artykułów w marcowym iMagazine, gdzie przekonywałem, że warto uatrakcyjniać nasze wycieczki większą liczbą punktów na mapie. Z tego powodu spędzenie kilku dni w Kanadzie będzie idealnym rozwiązaniem. Tak jak wspomniałem wcześniej, do Kanady dotarłem dzięki autokarom Greyhound. Jest to opcja godna rozważenia w przypadku pobytu w północno-wschodnich Stanach i chęci odwiedzenia Kanady. Bilety bez większego problemu kupimy w atrakcyjnej cenie — znacznie taniej, niż przelot na podobnej trasie, a warunki podróży będą dosyć komfortowe. Przykładowo, wiele przejazdów pomiędzy Toronto a Nowym Jorkiem odbywa się w nocy, a wykorzystywane przez Greyhound autokary oferują dużo miejsca dla pasażerów. Warto sprawdzać także ofertę firmy Megabus oraz kolei – Amtrak. Podczas drugiego wypadu nieocenioną rolę odegrał samochód. Dzięki niemu możliwe było objechanie winnic, dotarcie do fortyfikacji Fort George, kilku punktów widokowych wzdłuż rzeki Niagara, a także okolic samego wodospadu. W trakcie planowania podobnej wycieczki, wynajęcie samochodu powinno być obowiązkowym punktem, który znacznie ułatwi poruszanie się poza miastami.

Szykulski-2015-08-dwie-wizyty-w-ontario-14

Podsumowując… Uwielbiam Kanadę. W trakcie zaledwie dwóch krótkich wizyt absolutnie urzekło mnie połączenie typowo amerykańskiego wyglądu miast i rozwoju, bardziej europejskiej kultury, wspaniałych ludzi i niesamowitych krajobrazów. Bliskość (do USA) odwiedzanych przeze mnie rejonów sprawia, że powinny być one obowiązkowym punktem każdej wyprawy za ocean. Na korzyść takiego rozwiązania działa również duża dostępność niedrogich przejazdów z miast północno-wschodnich Stanów do Toronto — świetnej bazy wypadowej dla wycieczek w rejon Niagary.


Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 8/2015



5

Tomasz Szykulski

Fotografia, technologie i dalekie podróże. Więcej na mojej stronie - szykulski.com.