iMagazine

Król Timothy I

13/02/2016, 08:00 · · · 1

9 września, parę minut po dziewiątej rano. Na scenę Bill Graham Civic Auditorium wkroczył Tim Cook. Prawie 7000 osób na sali klaskało i wiwatowało, a CEO Apple musiał przebić się przez nich ze swoim klasycznym „Good morning”. Ponad dwie godziny później zszedł z tej sceny, a w tle rozlegały się okrzyki radości. Ot, rutyna.

Przecież to logiczne: Apple jest traktowane jako religia.

Zobaczyliśmy w zasadzie to, czego się spodziewaliśmy. Apple Watch dostał nowe kolory i nowe paski, a także kolejną edycję specjalną. iPhone 6 został odświeżony do wersji S, a jego ekran rozpoznaje siłę nacisku. iPad dostał większego, prawie 13-calowego brata. Ach, jeszcze One Republic ładnie nam zaśpiewało. Ale coś takiego nie wywołuje takiej reakcji, jaką otrzymał Tim Cook. Ba, praktycznie każdy producent pokazuje tyle samo albo nawet więcej nowości podczas prezentacji. Tymczasem jedynie u Apple widownia szaleje, jakby była na koncercie ulubionego zespołu. Tylko po konferencji Apple internet staje się monotematyczny. Co jest takiego specjalnego w tych wydarzeniach?

Przecież to logiczne: Apple jest traktowane jako religia. Fani marki są bardziej zatwardziali niż  fani innych firm, są bardziej lojalni, a także znacznie bardziej ostentacyjnie obnoszą się z tym, jak daleko są w stanie pójść za głosem Apple. Widzieliście kiedyś kolejki przed sklepem Samsunga, które ustawiają się na dni przed rozpoczęciem sprzedaży telefonu?

Ta firma od lat wytycza trendy na rynku i nic dziwnego, że dziennikarze technologiczni tak entuzjastycznie podchodzą do tego, co Cook pokazuje.

To wytłumaczenie jest świetne, o ile zapomnimy o jednej rzeczy: Apple nie zaprasza na swoje prezentacje tylko wiernych fanbojów firmy. Zaprasza dziennikarzy technologicznych, blogerów, osoby zainteresowane tym rynkiem, a nie jedynie jego „nadgryzioną” częścią. W Bill Graham Auditorium wszyscy krzyczeli, nie tylko fani.

Czy tego chcemy, czy nie, to, co Apple pokazało 9 września, jest przyszłością. Ta firma od lat wytycza trendy na rynku i nic dziwnego, że dziennikarze technologiczni tak entuzjastycznie podchodzą do tego, co Cook pokazuje. Może ostatnimi czasy te oznaki przewodnictwa nie są tak oczywiste, jak kiedyś, ale wciąż można je dostrzec.

Weźmy jako przykład iPhone’a 5S – prawdopodobnie najnudniejszy telefon pokazany przez Apple. Nowości można wyliczyć na palcach jednej, okaleczonej ręki: czytnik linii papilarnych, 64-bitowy procesor i złoty kolor. W 2013 roku żaden flagowy smartfon dostępny na rynku nie oferował którejkolwiek z tych cech. Dzisiaj przeglądam nowości od Samsunga, Sony, HTC czy LG. Każde z urządzeń tych firm jest dostępne w kolorze złotym, pojawiły się 64-bitowe procesory oraz czytniki linii papilarnych.

Albo spójrzmy na Apple Watch i jego konkurentów. To po jego premierze zaczęliśmy oglądać smartzegarki, które są dostępne w dwóch rozmiarach. To po jego premierze pojawiły się pytania, czy faktycznie ekran dotykowy jest najlepszym sposobem na nawigację po takim nosidle. To po jego premierze producenci pokazywali urządzenia, w których zachwalali możliwość wymiany paska.

(…) w wielu częściach światach „iPhone” stał się synonimem telefonu, a świecące jabłka MacBooków rozświetlają kawiarnie i sale na uczelniach.

Podobne przykłady można było zauważyć już w przeszłości, ale wtedy na znacznie większą skalę. Tablety, które stały się popularne i w zasadzie wszechobecne po premierze iPada. Smartfony, które przed iPhone’em były gadżetem dla maniaków. To wszystko istniało, nim Apple zaczęło się interesować danym tematem. Były tablety, były smartfony, były nawet złote telefony i takie z czytnikami linii papilarnych. Jak to więc jest, że dopiero po „interwencji” Apple mamy do czynienia z przyjęciem danego pomysłu?

Składają się na to dwa elementy. Pierwszym jest to, jak działa Apple. Drugi może być trudny do zauważenia w Polsce, ale w wielu częściach światach „iPhone” stał się synonimem telefonu, a świecące jabłka MacBooków rozświetlają kawiarnie i sale na uczelniach.

O tym drugim czynniku pisze Vlad Savov na łamach portalu The Verge. Głównym tematem jego rozważań jest fakt, że praktycznie każdy recenzent nowego iPhone’a traktuje ten telefon znacznie łagodniej niż produkty konkurencji. To może brzmieć dziwnie, ale jeśli przypatrzymy się temu, kto kupuje te telefony, to zdziwienie znika. iPhone’y trafiają głównie do osób, które, cóż, chcą iPhone’a. Tych telefonów nie wybiera się dlatego, że mają najlepsze wyświetlacze na świecie (nie mają), bo mają najlepsze aparaty na świecie (nie mają), bo mają najmocniejsze podzespoły na świecie (nie mają), czy dla najdłuższego czasu pracy na baterii (oj, tutaj wybitnie iPhone nie ma nic do powiedzenia). iPhone jest kategorią dla samego siebie, kategorią, w której nie ma żadnej konkurencji. Nie znajdziemy innego telefonu, który będzie działał pod kontrolą iOS i będzie miał dostęp do aplikacji z App Store, iMessage czy FaceTime.

Apple jako jedyna firma technologiczna nie tworzy produktów tylko po to, by tworzyć produkty.

Przechadzając się ulicami dowolnego dużego miasta USA czy Europy, trudno znaleźć równie popularny telefon co iPhone. Zwiedzając dowolny obiekt zabytkowy na świecie, dostrzegamy iPhone’y. Pisząc te słowa w warszawskim tramwaju, na prawo ode mnie widzę kogoś grającego na swoim iPhonie. Za mną inny na iPhonie ogląda zdjęcia. iPhone jest w mojej kieszeni, iPhone jest w kieszeniach moich znajomych, moich rodziców. iPhone jest wszędzie i w wielu miejscach iPhone stał się synonimem telefonu.

Skoro tyle osób wybiera iPhone’a to bardzo szybko przyzwyczaja się do tego, co jest w tym telefonie. Touch ID jest absurdalnie wygodny. Metalowa obudowa wysokiej jakości sprawia, że iPhone trochę przypomina biżuterię. Oznacza to, że jeśli jakakolwiek firma chce przyciągnąć klientów, którzy dotychczas wybierali iPhone’a, ich sprzęt musi oferować przynajmniej wszystko to, co znajdziemy w urządzeniu Apple.

Wróćmy do pierwszego punktu, czyli sposobu w jaki działa Apple. Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego tak wiele technologii nie staje się popularnymi, dopóki nie trafią do urządzeń z Cupertino? Przecież na 1 Infinite Loop pracują tacy sami ludzie, co w innych firmach technologicznych.

Odpowiedzi na to pytanie udzielił Simon Sinek podczas swojego wystąpienia na TEDx już w 2009 roku. Apple jako jedyna firma technologiczna nie tworzy produktów tylko po to, by tworzyć produkty. Apple tworzy je dla wyższego celu, a jest to walka z ustalonymi standardami, stawianie sobie nowych wyzwań i umożliwianie innym tworzenie fantastycznych rzeczy.

Dlatego, gdy Apple wypuszcza nowe produkty, cały internet zdaje się mówić tylko o tym.

Niedawno oglądałem prezentację Google, w której widzieliśmy nowe flagowe telefony z serii Nexus, tablety i przystawki do telewizora. Za każdym razem nacisk był położony na produkt i wszystko zdawało się brzmieć: „Hej, patrzcie, co zrobiliśmy, może się Wam to jakoś przyda”. W Apple przesłanie brzmi „Widzimy, że jest zapotrzebowanie na taką funkcję, przygotowaliśmy więc rozwiązanie”. Ta różnica w komunikacji sprawia, że nawet osoby niespecjalnie zainteresowane produktami Apple są gotowe je docenić, ponieważ mają z czym się identyfikować.

Dlatego po zejściu Tima Cooka ze sceny, widownia szalała z ekscytacji. Dlatego, gdy Apple wypuszcza nowe produkty, cały internet zdaje się mówić tylko o tym. Tim w tym momencie decyduje o tym, jak wygląda rynek technologii. Oczywiście, w ostatnich latach można zauważyć trochę aktywniejsze działania Microsoftu, Samsunga czy Google, ale mimo to głównym rozdającym karty ciągle pozostaje Apple. Czy to się kiedyś zmieni? Chciałbym, ale realistycznie patrząc – raczej nie. Pozycja Apple jest na tyle silna, że w zasadzie bardzo trudno jej zagrozić. iPhone zdobywa coraz więcej rynku z kwartału na kwartał, komputery mają wielokrotnie wyższy przyrost niż konkurencja.

Kiedy Steve Jobs wracał do Apple, ówczesny CEO firmy powiedział: „Apple jest jak statek z dziurą w podłodze, przez którą przecieka woda, a moim zadaniem jest kierować go w odpowiednim kierunku”. Wiele osób martwiło się, że podobna sytuacja stanie się teraz, szczególnie że podobnie jak po pierwszym odejściu Steve’a firma zaczęła produkować przeróżne sprzęty w wielu konfiguracjach, czyli to, co zaczyna robić teraz. Różnica jednak jest taka, że dzisiaj Apple nie jest statkiem z dziurą. Jest wielką kulą, której nikt nie zatrzyma, która narzuca innym swoje pomysły, a na której szczycie zasiada Tim Cook. Król Timothy I.

Grafika tytułowa: Bloomberg


Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 11/2015


Michał Zieliński

Star Wars, samochody i Taylor Swift.

mikeyziel

Dodaj komentarz

Marcin Sieńko napisał(a):

Ha! Przez chwilę myślałem, że przegapiłem jakiś event, a tu archiwum. ;-)