Skullcandy Smokin Buds 2

31/05/2016, 17:06 · · · 1

Gdy często podróżowałem komunikacją miejską, słuchawki dokanałowe były najbardziej praktycznym rozwiązaniem. Nie tylko zajmowały w kieszeni mało miejsca, ale i izolowały od dźwięków otoczenia. Smokin Buds 2 były kolejnymi i jednymi z wygodniejszych, jakie miałem okazję testować.

Konstrukcja słuchawki dokanałowej jest banalnie prosta. Zamiast „pchełki” spoczywającej wewnątrz małżowiny, do kanału słuchowego musimy bowiem wepchnąć gumową bądź piankową końcówkę. Element ten odpowiada nie tylko za utrzymanie słuchawki w uchu, ale też determinuje jej brzmienie, kieruje ją bowiem w odpowiednim kierunku i izoluje dźwięki z zewnątrz. W przypadku, gdy zahaczymy o kabel, słuchawka może się przesunąć bądź wypaść z ucha, jeżeli zastosowana końcówka nie pasuje bądź jest przeciętnej jakości. W Smokin Buds 2 zastosowano banalne rozwiązanie, które nie dość, że nie ujmuje wygody (tak, jak potrafią zrobić to dodatkowe elementy w słuchawkach sportowych), to dodatkowo niweluje konieczność stałego poprawiania słuchawek. Oprócz tego, że gumowa końcówka wchodzi do kanału słuchowego, plastikowa obudowa słuchawki opiera się na małżowinie. Nie jest przy tym za duża, powinna więc pasować do większości uszu. Rozwiązuje ponadto problem nie do końca doskonale dopasowanych końcówek. Dla mnie to świetne wyjście, oszczędzające czas i pozwalające na stosowanie słuchawek nie tylko podczas chodzenia, ale też w trakcie biegu.

smokinbuds-4

Słuchawki występują w wielu wariantach kolorystycznych, podobnie zresztą jak większość produktów z portfolio Skullcandy. Smokin Buds 2 mają interesujące, choć niezbyt ekstrawaganckie wzornictwo: zrobiono je z błyszczącego plastiku, a słuchawki nie są zbyt duże i nie wystają za mocno z uszu. Przewód jest symetryczny, a na jednym z kabli słuchawkowych znajduje się pilot z mikrofonem. Płaski przekrój powoduje, że nie plącze się tak bardzo, jak klasyczny kabel. Ciekawostką jest wtyczka w kształcie litery „L”, coraz rzadziej spotykana. Przewód wydaje się trochę sztywny, ale nie przenosi dźwięków z zewnątrz w stopniu wyższym niż inne, podobne konstrukcje. Kabel ocierający się o kołnierz kurtki nie pozbawi więc nikogo przyjemności płynącej ze słuchania muzyki. Do przenoszenia słuchawek służy niewielkie, plastikowe pudełko. Wewnątrz jest akurat tyle miejsca, by upchnąć zwinięte słuchawki – pudełko mogłoby być zatem odrobinę większe. Jego zamknięcie nieszczególnie się mi spodobało, sam pojemnik nie został też wykonany z najwyższą starannością, niemniej jednak cieszy fakt, że producent zdecydował się go dołączyć. Gorzej jest natomiast z końcówkami – w komplecie mamy raptem dwie pary, małe i średnie, dużych natomiast brak. Tak jak wspomniałem, słuchawki pewnie leżą w uchu nawet ze zbyt małymi końcówkami, ale cierpi na tym izolacja dźwięków.

smokinbuds-2

Do kontrolowania muzyki służy jednoprzyciskowy pilot ze zintegrowanym mikrofonem. Przycisk zachowuje się tak samo, jak w standardowych EarPodsach, przytrzymanie go wywołuje Siri, kombinacje naciśnięć pozwalają natomiast sterować muzyką i odbierać połączenia. Szkoda, że zabrakło regulacji głośności. Przycisk ma gumową powierzchnię i niejednokrotnie zastanawiałem się, czy na pewno go wcisnąłem, nie jest bowiem zbyt precyzyjny. Nie mam za to zastrzeżeń do mikrofonu, którego jakość jest porównywalna z tym w EarPodsach.

smokinbuds-3

Ktokolwiek odpowiada za dźwięki Smokin Buds 2, postawił sobie za cel rozsadzenie głowy słuchającego. Słuchawki dokanałowe często cechują się podbitym (w porównaniu z innymi konstrukcjami) basem, tu jednak Skullcandy poszło o kilka kroków dalej. Odkryłem niskie tony w utworach, w których dotąd nie zwracałem na nie uwagi. I nie, nie dlatego, że wcześniej słuchałem ich na marnym sprzęcie. Charakterystyka Smokin Buds 2 przesunięta jest tak bardzo w dół, że bas dudni, atakuje bębenki i masuje mózg. Muszę przyznać, brzmi miękko i przyjemnie, ale wszędzie powinno go być zdecydowanie mniej. Środkowe pasma są dla odmiany płaskie i miejscami trzeszczące, góra natomiast jest zdecydowanie zbyt cicha. Na pochwałę zasługuje zaś całkiem szeroka scena. Smokin Buds 2 potrafią wybijać rytm jak żadne inne słuchawki, stąd też nadają się na siłownię, o ile nie wykonujemy bardzo gwałtownych ruchów, które wyrwałyby je z uszu. Do codziennego słuchania muzyki nadają się jednak gorzej, chyba że kochamy bas, a reszta nas średnio interesuje. Muzyka klubowa brzmi na nich niezaprzeczalnie najlepiej.

Brak sprecyzowanej grupy docelowej użytkowników dla Smokin Buds 2, co wcale mnie nie dziwi. Zastosowany sposób mocowania w uchu w połączeniu z lekkością i mnóstwem wersji kolorystycznych sprawiają bowiem, że równie dobrze sprawdzają się na co dzień, jak i podczas lekkich treningów. Brzmienie nastawione na niskie (momentami aż za bardzo) tony powoduje, że miłośnicy basu będą zachwyceni, pozostali mogą już nie być równie oczarowani. Zawodzą detale, takie jak nie do końca precyzyjny pilot oraz ubogi zestaw akcesoriów, a o ile końcówki można zawsze dokupić, to już niewygodne sterowanie daje o sobie znać codziennie.

Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 04/2016

1

Paweł Hać

Ten od Maków i światła. Na Twitterze @pawelhac