Mastodon
Zdjęcie okładkowe wpisu Gruzja

Gruzja

4
Dodane: 6 lat temu

Jestem zdecydowanie osobą ciepłolubną. Na wakacje zawsze wybieram kraje, w których temperatura nie spada poniżej 25 stopni. Wręcz nie znoszę chłodu i zimą zawsze z utęsknieniem czekam na lato. A jednak mimo to w marcu tego roku postanowiłam w końcu nauczyć się jeździć na snowboardzie i wybrałam się do Gruzji. I pomimo zimna stwierdziłam, że jest to przepiękny kraj.


Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 7/2017

Gruzja to państwo położone na granicy Europy i Azji, Gruzini czują się jednak w pełni Europejczykami. Pogoda zimą i wiosną w stolicy, czyli Tbilisi, jest zbliżona do naszej, polskiej, ale latem podobno jest dużo cieplej. W górach natomiast nawet latem temperatury potrafią oscylować w granicach 0 stopni. W marcu nie przekraczała 4–5 stopni… Lot z Warszawy do Tbilisi trwa trochę ponad 3,5 godziny, odprawa paszportowa przebiega szybko i sprawnie. Co ciekawe, wszystkie loty, nie tylko z Polski, odbywają się nocą.

Narty i snowboard

Najlepszym miejscem dla miłośników zimowych sportów jest Gudauri, kurort narciarski leżący w górach Kaukazu. Miejscowość położona jest na wysokości 2200 m n.p.m. Znajduje się tu kilkanaście hoteli i jeszcze więcej restauracji i barów, a na szczyty gór Sadzele i Kudebi prowadzą wyciągi krzesełkowe. Trasy zjazdowe mają w sumie ponad 35 kilometrów, a różne stopnie trudności zaspokoją zapędy każdego narciarza i snowboardzisty. Jeśli zgłodniejemy w trakcie zjeżdżania, możemy usiąść w jednej z położonych przy wyciągu restauracji i podziwiając przepiękne widoki, delektować się zarówno potrawami typowo gruzińskimi, jak i europejskimi (np. pizzą).

Kazbegi, Gergeti, Kazbek

Będąc w Gruzji, warto wybrać się do miejscowości Kazbegi. Tam, na placu w centrum miasteczka, można wynająć samochód z kierowcą, który zawiezie nas do położonego 350 metrów wyżej kościoła Gergeti (Tsminda Sameba, co oznacza „Trójcy Świętej”). Kręta droga prowadzi wzdłuż urwiska, widoki zapierają dech w piersiach, a nasz puls podczas jazdy nie spada poniżej 100 uderzeń na minutę. Trasę tę można też pokonać pieszo. Widoki z polany przed świątynią oraz z murów świątyni są niesamowite! Widać stamtąd Kazbek, dolinę Tereka oraz masyw Kuru górujący nad miastem.

Gdy już znajdziemy się z powrotem w miasteczku, warto zajrzeć do Rooms Hotel i na jego tarasie, podziwiając panoramę gór, wypić pyszną kawę. Wracając natomiast, koniecznie trzeba zahaczyć o pomnik przyjaźni radziecko-gruzińskiej, czyli po prostu platformę widokową. Ściany pomnika mają upamiętniać zawarcie traktatu gieorgijewskiego – ustanowienia rosyjskiego protektoratu nad wschodnią Gruzją w zamian za ochronę przed najeźdźcami z południa. Widok z platformy jest niesamowity!

Tbilisi – stolica Gruzji

Droga z Gudauri do Tbilisi prowadzi przez starą Gruzińską Drogę Wojenną, główny szlak przechodzący w poprzek Wielkiego Kaukazu. Szlak był znany już w starożytności. Wykorzystywały go armie rzymskie, perskie i mongolskie, a także kupcy i ludy wędrujące między Europą i Azją.

Nad stolicą Gruzji góruje posąg Kartwlis Deda, czyli Matki Gruzinów. Dwudziestometrowa sylwetka kobiety jest wykonana z aluminium i usytuowana na szczycie Sololaki na zachodzie miasta, w najstarszej jego części. Statua patrzy w kierunku miasta, trzymając w lewej ręce puchar wina (którym wita przyjaciół), a w prawej miecz (przeznaczony dla wrogów). Tuż obok posągu, między łaźniami siarkowymi i ogrodami botanicznymi, znajduje się starożytna twierdza Narikala. Można się do niej dostać pieszo lub wjechać, korzystając z kolejki linowej (stacja początkowa znajduje się w Parku Europejskim). Z murów twierdzy rozpościera się widok na panoramę całego miasta. Wzrok od razu przyciąga wykonany ze stali i szkła futurystyczny Most Pokoju, który jest przeznaczony tylko dla pieszych i nazywany potocznie przez turystów „podpaską”.

Kuchnia gruzińska

Mówi się, że część kuchni gruzińskiej ma swoje korzenie w Indiach. Szczerze mówiąc, nie zauważyłam tu wielkich podobieństw. O gruzińskich potrawach można by pisać bez końca. Postaram się jednak ograniczyć do kilku najbardziej znanych.

Potrawą, którą spotkamy na każdym kroku, podawaną do śniadania, obiadu, kolacji, a także jako przekąska, jest chaczapuri. To zapiekany placek nadziewany serem (trochę przypomina pizzę margheritę bez sosu pomidorowego), czyli najpopularniejsze danie gruzińskie. Podaje się go w różnych wariacjach, najczęściej spotykana to okrągłe ciasto ze znajdującym się wewnątrz serem. Mnie jednak najbardziej smakowała wersja chaczapuri adżaruli, w której ciasto przypomina kształtem łódkę, a na znajdujący się w środku ser wbija się żółtko jajka i dodaje masło. Drugą przekąską, która bardzo mi smakowała, jest adżapsandali, składające się z bakłażana, ziemniaków, papryki i pomidorów. 

Zdecydowanie najbardziej charakterystycznym daniem głównym są pierożki chinkali. Mają kształt sakiewek ze zgrubieniem na szczycie. Faszeruje się je rosołem i mięsem wołowym. Pycha! Innym daniem, które bardzo mi smakowało, są szaszłyki z baraniny mcwadi. Przyrządza się je na długich metalowych prętach i podaje wraz z lekko podsmażaną cebulą. Charczo z kolei to gęsta zupa gulaszowa z wołowiny, określana jako „tak ostra, że się po niej charczy”.

Najpopularniejszy deser to czurczchela. Nawleczone na nitkę orzechy laskowe zatopione w masie z soku z winogron oraz z mąki kukurydzianej. Smakują bardzo specyficznie, mnie nie przypadły do gustu.

Internet i rozmowy

Jako że Gruzja nie należy do Unii Europejskiej, rozmowy w roamingu oraz internet mobilny kosztują majątek! Wysokie opłaty można obejść na dwa sposoby:

  1. Kupując lokalną kartę SIM
  2. Korzystając tylko z ogólnodostępnych sieci Wi-Fi i rozmów VoWiFi (Voice over Wi-Fi)

Ja wybrałam ten drugi sposób. Wszystkie hotele i większość restauracji miały bezpłatne sieci Wi-Fi, a mój operator (T-Mobile) udostępniał już wtedy usługę VoWiFi. Dzięki temu rozmawiałam z rodziną w Polsce całkowicie za darmo. 

Podsumowując, Gruzja jest przepięknym i zróżnicowanym krajem. Z jednej strony mamy góry, z drugiej równiny porośnięte roślinami śródziemnomorskimi. Do tego trzeba dodać wiele zabytkowych budowli. Cieszę się, że mogłam ją zobaczyć i mam nadzieję, że jeszcze kiedyś tam wrócę, nie na snowboard, lecz na zwiedzanie…

Zapraszamy do dalszej dyskusji na Mastodonie lub Twitterze .

Komentarze: 4

Jak czytam coś takiego jak poniżej w cytacie to trafia mnie szlag. Cały nasz pobyt w Gruzji zachodziłem w głowę, kto rozjeżdża terenówkami ten piękny kraj. Teraz już wiem :(

„Tam, na placu w centrum miasteczka, można wynająć samochód z kierowcą, który zawiezie nas do położonego 350 metrów wyżej kościoła Gergeti (Tsminda Sameba, co oznacza „Trójcy Świętej”). Kręta droga prowadzi wzdłuż urwiska, widoki zapierają dech w piersiach, a nasz puls podczas jazdy nie spada poniżej 100 uderzeń na minutę. „

Zamiast chodzić, smakować, chłonąć – traktujesz to miejsce jak supermarket, w którym kupujesz piękny obrazek a potem wyrzucasz opakowanie do strumyka.

Latem spokojnie możesz wejść, ale zimą i wczesną wiosną nie polecam. Chyba, że życie i zdrowie ci nie miłe. Plan był wejść, ale niestety, na początku marca się nie dało.

Ja rozumiem, ze to jest “lajfstajlowy magazin” i wszystko ma być “ąę zaebistę” ale jednak warto by ocierać się choć trochę o realny świat. Skoro ” plan był by wejść, ale na początku marca się nie dało” to czemu w relacji jest jak wół napisane: “Kręta droga prowadzi wzdłuż urwiska, widoki zapierają dech w piersiach, a nasz puls podczas jazdy nie spada poniżej 100 uderzeń na minutę. Trasę tę można też pokonać pieszo.”

Naprawdę? O to Wam chodzi? Żeby ludzie czytający tę relację myśleli sobie, ze to jest takie zajebiste, wjechać pod górę Ładą bo ciśnienie skacze? Przecież dojście do kościoła to jest godzina, półtorej. I największą upierdliwością jest błoto spowodowane przez samochody, którymi na zlecenie “cywilizowanych Europejczyków” jeżdżą tam lokalsi. Bajeczne obrazki kościoła Tsminda Sameba nie pokazują kolein po terenówkach, które Was tam zawiozły, nie pokazują syfu, który “cywilizacja zachodu” za swoje pieniądze tam zostawia.

Gdy zamykam oczy i myśle “Gruzja” to po pierwsze płaczę wspominając genialne męskie harmonie w śpiewach w Mestii, ale po drugie, płaczę wspominając 60-litrowe kosze na śmieci wyrzucane do górskich potoków, a po trzecie – płaczę wspominając żebrające na ulicach Tbilisi dzieci – tak agresywne w swych żądaniach, że aż chciało się przełożyć przez kolano.

To nie jest piękny kraj. To nie jest laurka pijanego Mellera i plagiatorki Pakosinskiej. To jest kraj ekstremalnych doznań. Piękno (natury) miesza się tam z okropieństwem (ludzi).

Ale ja wiem, ze to nie pasuje do lajfstajlowego obrazka przeznaczonego do czytania przy sojowym latte na Zbawixie.