Sezon na Swift? Nie, na Zwift!

23/03/2020, 10:47 · · · 3

Zwift – przypomina mi słowo Swift. Jednak znaczenia obu się różnią. Po pięknym lecie i bardzo intensywnych jazdach w tym roku na rowerze czas albo zapaść w sen zimowy, albo wejść do świata wirtualnego.


Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 11/2019


To, że nowe technologie przenikają do sportu, wiemy od dawna. Jednak teraz coraz częściej trafiają do amatorów. Opisywałem w jednym z poprzednich iMagazine bikefiting. Do niedawna niedostępne dla zwykłych amatorów kolarstwa dopasowanie roweru do zawodnika teraz może wykonać każdy. Dziś następny krok.

Trenażery czy rowery stacjonarne znane są od dawna. Jednak jazda na nich miała jedną ogromną wadę. Było to strasznie nudne. Nudne, a w dodatku byliśmy zamknięci w swoim pokoju czy innym pomieszczeniu. Od niedawna modny też jest spinning – w grupie, najczęściej na siłowniach, ludzie kręcą na rowerach stacjonarnych. Jednak dla wielu osób problemem są godziny, w jakich się to odbywa, no i dostęp do takich zajęć. Nie wszędzie są organizowane.

Trenażery zaczęły być dostępne w relatywnie niskich cenach. Pojawiły się też w wersji smart, czyli takiej, gdzie opór koła (lub kasety w bardziej zaawansowanych) jest sterowany przez komputer, telefon, tablet czy nawet Apple TV. Trenażer taki ma też wbudowane czujniki mocy i kadencji (czyli tego, ile razy kręcimy pedałami). Jeśli dodamy do tego dodatkowy czujnik tętna i naszą wagę, to możemy określić dokładnie wszystkie parametry jazdy rowerem.

Treningi takie są oczywiście dostępne, dzięki czemu wiemy, ile czasu mamy jechać z jakim oporem i jak szybko (symulacja jady pod górę), czy to, jak często mamy robić interwały. Sprawdza się to genialnie, gdy budujemy formę na nowy sezon. Nasz trenażer, mając takie możliwości, może nam budować wydajne treningi. Jednak to nadal jest nudne. Rewolucją jest Zwift.

Do końca nie wiadomo, czym jest Zwift. Jedni mówią, że to gra komputerowa. Inni, że wirtualna rzeczywistość. Dla mnie genialna rozrywka połączona z aktywnością fizyczną. Czym więc jest? Jest to program, platforma, gdzie podobnie jak w grach sieciowych ludzie sterują swoimi awatarami. Awatara buduje się podobnie jak w grze komputerowej, określając jego wygląd. Mamy też do dyspozycji stroje kolarskie, które sukcesywnie zdobywamy, przechodząc na wyższe etapy. Kupuje się też rowery. Są nawet odwzorowane rzeczywiste marki. Gdy mamy już nasz wirtualny obraz, możemy ruszać.

Sterowanie awatarem jest proste. Trzeba jechać na naszym rowerze. Trenażer jest podłączony do Zwifta i odzwierciedla ukształtowanie terenu. Pod górę jest nam więc dużo trudniej jechać niż z górki. Efekt jest super, gdy mamy przed sobą duży telewizor. Nagle, jak się wkręcimy, wyskakujemy z naszego pokoju w wirtualny świat. Zmęczenie pomaga w przeniesieniu się. Jesteśmy w grze. Jednak pot i zmęczenie są jak najbardziej rzeczywiste. Widziałem kilka porównań jazdy rowerem z trasy realnej i wirtualnej. Wyniki niewiele się różniły. W Zwifcie nie mamy jedynie odwzorowania pogody. Jeszcze… Bo są już trenażery, które symulują nawierzchnię.

To jednak nie jest chyba największą siłą Zwifta. Zwift to cała społeczność. Polska ekipa na Zwift jest zgrupowana w ZwiftTeamPL. Jesteśmy najliczniejszą grupą. Są grupy kolarskie z całego świata. Gdy jesteśmy członkiem grupy, przy naszym awatarze wyświetla się nazwa teamu. Najfajniejszą jednak sprawą są eventy organizowane na Zwifcie. Mamy symulacje normalnych zawodów kolarskich. Mamy cykle wyścigów i zorganizowaną ligę kolarską. Pierwsze zawody polskiej ligi Zwifta 2019–2020 odbyły się kilka dni temu. Są organizowane cyklicznie co tydzień. Cykliczne są też wyścigi innych teamów. Każdego dnia jest kilkadziesiąt różnych zawodów i jazd. Można się ścigać przez całą dobę.

Wyścigi czy jazdy w eventach mają swoje scenariusze. Przy jazdach treningowych nie ma klasyfikacji. Każdy jedzie, ile mu starcza sił. Oczywiście w swojej grupie zaawansowania. Wszyscy podzieleni są na grupy A, B, C, D oraz E. Grupa E jest otwarta i może w niej jechać każdy. Grupa A to najlepsi zawodnicy. Podział jest uwarunkowany naszą mocą. Wyznacznikiem są waty na kilogram. Tu istotne jest, by podać swoją prawdziwą wagę. Zaniżając ją, można sobie podnieść kategorię. Ale nie jest to uczciwe.

Jeśli jest to jazda typu Ride, to polecam we środę wieczorem CoffeRidePL. Jest w grupie lider, który ogrania całość. Pomaga słabszym i tłumaczy zasady. Ustawia też „mur”, czyli taką wirtualną barierę, by ograniczyć zapędy silniejszych zawodników. Po jej przekroczeniu ma się 60 sekund, by wrócić do grupy, a jeśli tego nie zrobimy, wypadamy z eventu. W grupie jazda jest łatwiejsza. Tu mamy wirtualnie odzwierciedlony drafting, czyli jazdę w czyimś tunelu aerodynamicznym.

Zawody to już normalna rywalizacja. Każdy jedzie tak, by wygrać, ale przeniesione są zasady z normalnego peletonu. Jedzie się w peletonie, by oszczędzać siły i atakuje na ostatnim kilometrze lub robi się ucieczki na podjazdach.

Genialną sprawą są odwzorowania realnych tras, np. części Tour de France. Każdy wirtualnie może się sprawdzić, jak dawałby sobie radę na zawodach. Coraz częściej też można wirtualnie spotkać najlepszych obecnie zawodników czy inne znane osoby, np. komentatorzy Eurosportu na rowerze wirtualnie pokonują trasę Mistrzostw Świata w Kolarstwie Yorkshire 2019.

Są już głosy, by jazdę wirtualną zaliczyć do jednej z dziedzin kolarstwa i sportu. Mają być rozgrywane mistrzostwa krajowe i świata. Mam wielką nadzieję, że tak się stanie. To wyjątkowo dobre połączenie nowych technologii ze światem realnym. Tu nie wystarczy umiejętność operowania klawiaturą czy padem.

Do zobaczenia na wirtualnych zawodach.

3

Adalbert Freeman

Fotoreporter i dziennikarz. Zakochany w krajach arabskich i islamie. Użytkownik nadgryzionych jabłek.