Azja vs. Koronawirus

13/07/2020, 14:34 · · · 0

Gdy jesienią 2019 roku planowaliśmy lutowy urlop w południowo-wschodniej Azji, nasze jedyne obawy dotyczyły pogody, która w tym rejonie świata nawet w najbardziej obleganej porze roku potrafi być kapryśna, oraz tego, czy dziesięć dni na miejscu wystarczy na odwiedzenie wszystkich zaplanowanych miejsc. Niespodziewanie na horyzoncie pojawił się koronawirus, który zniechęcił do wszelkich podróży miliony osób na całym świecie; my jednak nie zdecydowaliśmy się na zmianę planów, co w kontekście dalszego rozwoju tego globalnego problemu okazało się dobrym wyborem. Jak podróżowało się po Azji w przededniu globalnej epidemii?


Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 4/2020


Plan podróży

Wpis ten powstał w połowie marca, kilka tygodni po naszym powrocie z Azji. Biorąc pod uwagę, jak dynamicznie zmienia się w ostatnich tygodniach sytuacja związana z koronawirusem, pewne jest, że podróż udało nam się odbyć w ostatnim możliwym momencie. Gdy opuszczaliśmy Polskę, media donosiły o tysiącach przypadków w Chinach, kilkuset w innych częściach Azji i pierwszych chorych w Europie. Wszelkie blokady miast, ograniczenia w swobodnym poruszaniu mieszkańców czy wstrzymanie połączeń lotniczych wydawały się wtedy odległym, niedotyczącym nas bezpośrednio problemem. Niestety, obecna rzeczywistość brutalnie weryfikuje to podejście.

Wracając do planu… przygotowana przez nas trasa zakładała podróż świetnymi liniami Qatar Airways (to zdecydowanie moja ulubiona opcja lotu do Azji) do Bangkoku z przesiadką w Doha i kilkudniowy pobyt na miejscu; następnie lot krajowy na Phuket, z którego przemieściliśmy się na wyspy Koh Phi Phi; kolejny etap to powrót na Phuket i lot na ostatnie kilka dni wycieczki – do Singapuru; finałowy odcinek stanowiła podróż powrotna do Polski, ponownie z przesiadką w Katarze.

Biorąc pod uwagę stosunkowo długą listę celów i odcinków podróży, do ostatniego dnia uważnie obserwowaliśmy komunikaty o sytuacji zdrowotnej w Tajlandii i Singapurze. Te były jednak dużej mierze uspokajające – właśnie dlatego postanowiliśmy, że zamiast odwoływać wyjazd, odbędziemy go, stosując się bardzo dokładnie do wszelkich zaleceń i wytycznych odnośnie do higieny i bezpieczeństwa.

Bangkok

Kilkunastogodzinna, dwuodcinkowa podróż z Warszawy do Bangkoku przebiegła spokojnie, jednak w przeciwieństwie do moich wcześniejszych lotów międzykontynentalnych, ok. 20% pasażerów zdecydowała się na noszenie maseczek na twarzy, nie brakowało także pustych foteli. Różnica ta zanikła jednak już krótko po opuszczeniu gigantycznego lotniska Suvarnabhumi – w stolicy Tajlandii życie zdawało się toczyć normalnym rytmem, ulice, sklepy i restauracje były przepełnione mieszanką lokalnych mieszkańców i turystów, a efekt koronawirusa sprowadzał się do okazjonalnych tabliczek przypominających o utrzymywaniu higieny oraz rozmieszczonych w uczęszczanych miejscach dozownikach z płynem do dezynfekcji rąk.

Nieco inaczej przedstawiała się sytuacja w najbardziej znanych atrakcjach, takich jak Pałac Królewski, świątynia Wat Pho czy ultraturystyczne okolice Khaosan Road – chociaż nie brakowało tam odwiedzających, to z całą pewnością było ich znacznie mniej niż w normalnie o tej porze roku. Efekt? Wejście do nawet najbardziej obleganych miejsc nie wymagało długiego oczekiwania w kolejkach, co było niewątpliwie czynnikiem korzystnym w kontekście naszego krótkiego, zaledwie trzydniowego pobytu na miejscu.

Bangkok, podobnie jak Tokio, Nowy Jork czy Londyn to miasto na tyle duże, ciekawe i różnorodne, że nie sposób nawet podczas długiej wizyty spróbować wszystkiego, co mają one do zaoferowania. Właśnie dlatego trzy dni na miejscu podzieliliśmy między kluczowe atrakcje, o których wspomniałem wyżej, próbowanie lokalnych specjałów w ulicznych barach, sklepach i restauracjach, a także… kurs gotowania. W żadnym wypadku nie próbowaliśmy na siłę zobaczyć zbyt wiele – będą ku temu inne okazje.

Chef Leez Thai Cooking Class, o której mowa, to według rankingu Trip Advisor najlepsze tego typu miejsce w Tajlandii. Położona na obrzeżach miasta szkoła prowadzona jest przez niezwykle sympatyczną szefową kuchni, a jej autorski, anglojęzyczny program dla turystów stanowi świetny balans pomiędzy faktycznym gotowaniem, nauką o składnikach i przepisach oraz oczywiście… jedzeniem własnoręcznie przygotowanych dań. Dzięki przystępnej formie i dobrej organizacji podczas lekcji odwiedziliśmy lokalny targ, porozmawialiśmy z okolicznymi sprzedawcami, a następnie wspólnie przyrządziliśmy kilkanaście dań takich jak pad thai, zupa tom kha, sałatka z papai czy uwielbiany przeze mnie tajski deser – mango sticky rice. Koszt lekcji to około 250 zł za osobę, jednak muszę przyznać, że były to świetnie wydane pieniądze.

Wyspy

Kilkanaście godzin po kursie gotowania nadszedł czas na opuszczenie Bangkoku i rozpoczęcie wypoczynkowej części naszego wyjazdu, którą stanowił kilkudniowy pobyt na wyspie Koh Phi Phi. Osoby doświadczone w podróżowaniu po południowo-wschodniej Azji wiedzą, że dostanie się na wyspę może stanowić nie lada wyzwanie. W naszym przypadku pierwszym etapem był przelot na Phuket, które z racji licznych połączeń krajowych i międzynarodowych stanowi świetną bazę wypadową dla kilkudziesięciu okolicznych wysepek. Jako że trasy te cieszą się ogromną popularnością, możemy wybierać z bogatej oferty co najmniej kilku linii lotniczych, a przy odrobinie szczęścia i planowania – trafić na prawdziwą gratkę dla fanów lotnictwa. Tak właśnie było w naszym przypadku – krótki, zaledwie godzinny lot wykonywany był na legendarnym Boeingu 747 narodowych linii lotniczych Thai Airways.

Przelot na Phuket był dopiero początkiem podróży – kolejny etap stanowił łączony transfer taksówką do portu morskiego i 1,5-godzinny rejs szybką łodzią (speedboat), który ze względu na oszczędność czasu zarezerwowaliśmy poprzez wybrany przez nas hotel na wyspie Phi Phi – Village Beach Resort. Wyższa niż w przypadku innych opcji cena (ok. 250 zł za osobę w jedną stronę) pozwoliła błyskawicznie dostać się bezpośrednio do hotelu – bez konieczności samodzielnej organizacji kilkuetapowego transportu.

Południe Tajlandii to dziesiątki pięknych wysp o bardzo różnym profilu – mniejsze, większe, dzikie lub oferujące bardziej rozbudowaną infrastrukturę. Opinii na temat tego, które warto odwiedzić, a których nie, będzie tyle, ilu oceniających – po kilku dniach researchu zdałem sobie sprawę, że warto wypośrodkować te kontrastowe i kierować się własnymi preferencjami. W rezultacie zdecydowaliśmy się na Phi Phi – jedną z najpiękniejszych, ale jednocześnie najbardziej obleganych wysp; jednak zamiast rezerwować hotel w centralnej, imprezowej części wyspy, wybraliśmy niezwykle klimatyczny i komfortowy resort po drugiej stronie, do której wygodny dostęp możliwy jest jedynie od strony morskiej.

Główny cel, jaki sobie postawiliśmy – znaleźć hotel w klimacie „rajskiej wyspy”. Efekt długich poszukiwań przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania – Phi Phi Island Village Beach Resort to oddzielona skałami od reszty wyspy zatoka, w której zbudowano kilkadziesiąt drewnianych chatek (pokoje), kilka restauracji, dwa baseny oraz strefę spa. W połączeniu ze wysokim standardem obsługi, świetną kuchnią i licznymi atrakcjami hotel ten stanowi doskonałe miejsce na pełen relaks. Uzupełnienie kompleksu stanowi pobliska wioska, w której znajdziemy kilkanaście barów, sklepów, salonów tajskiego masażu i innych rozrywek. Jednym słowem – raj.

A jak na nasz pobyt wpłynął koronawirus? W teorii pozytywnie, gdyż niższe od normalnego obłożenie w hotelu sprzyjało spokojnemu odpoczynkowi. Podczas całego pobytu mieliśmy jednak z tyłu głowy powód tej sytuacji, co z całą pewnością nie było świadomością komfortową. Mniejsza liczba turystów to przede wszystkim ogromny problem dla lokalnych hotelarzy i właścicieli restauracji – miejmy nadzieję, że globalna pandemia skończy się tak szybko, jak się rozpoczęła, a tajscy (i nie tylko) przedsiębiorcy odczują ulgę, na którą w pełni zasługują za swoją gościnność i otwartość.

Po kilku dniach relaksu nadszedł czas na ostatni etap wakacji, czyli wyjazd do Singapuru. Jako że opisany wcześniej transfer na lotnisko na Phuket stanowi sam w sobie kawał solidnej podróży, postanowiliśmy podzielić ten odcinek na dwie części – zamiast lecieć do Singapuru tego samego dnia, zarezerwowaliśmy na jedną noc przyjemny hotel w parku narodowym Siranat, zaledwie kilka kilometrów od lokalnego portu lotniczego. Jest to rozwiązanie nie tylko wygodne, ale przede wszystkim bezpieczne – w przypadku opóźnienia przeprawy z Phi Phi (warunki na morzu potrafią być trudne) nie ryzykowaliśmy spóźnieniem się na samolot.

Singapur

O ile efekt epidemii koronawirusa nie był przesadnie odczuwalny na wcześniejszych etapach podróży, o tyle w Singapurze sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. Od momentu wyjścia z samolotu w oczy rzucały się wszechobecne pomiary temperatury ciała, których dziennie wykonywano nam nawet kilkanaście. Hotele, galerie handlowe, muzea, restauracje – wejście do wszystkich tych miejsc wymagało uprzedniego poddania się tej prostej kontroli. Podejście do tematu władz tego azjatyckiego państwa-miasta budziło jednak znacznie więcej zaufania niż lęku – pomiary temperatury, liczne informacje w miejscach publicznych, utrzymywanie sterylnej czystości przestrzeni miejskiej czy zmiany w organizacji wydarzeń publicznych (np. odwołanie pokazów fontann w zatoce) sprawiają, że miejsce to stawiane jest za wzór walki z efektami epidemii.

W Singapurze gościłem poprzednio jesienią 2015 roku – w tamtym czasie wizytę utrudniała jednak monsunowa pogoda, która przyniosła ciągłe opady deszczu oraz pożary lasów w pobliskiej Indonezji. W rezultacie zanieczyszczenie powietrza zbliżało się do niebezpiecznego dla zdrowia poziomu, a zwiedzanie nie należało do najprzyjemniejszych doświadczeń. Tym razem warunki były jednak idealne – zupełny brak opadów, wysoka temperatura i słońce przyczyniły się do świetnego odbioru odwiedzanych miejsc. Swoje zrobiła także mniejsza od normalnej liczba turystów, pozwalająca na łatwy i szybki wstęp do nawet najbardziej obleganych atrakcji.

Co robiliśmy w Singapurze? Zaczęliśmy od klasyków, jak niezwykłe ogrody Gardens by the Bay ze stanowiącymi symbol miasta sztucznymi, podświetlanymi drzewami czy wizyty na szczycie Marina Bay Sands – przestrzeni rozciągającej się na dachu trzech połączonych wieżowców, która dostarcza imponujących widoków na całe miasto. Do takich miejsc zaliczyć można także muzea – niezwykle interesujące Art+Science Museum, a także gratkę dla fanów projektowania przemysłowego – Red Dot Design Museum. Wejście do większości z nich kosztuje od kilkunastu do kilkudziesięciu dolarów singapurskich – kwoty, które mogą zostać uznane za wygórowane, jednak całkowicie adekwatne do tego, co oferują i w jakim mieście się znajdują.

Jedną z rzeczy, za które najbardziej lubię Azję, jest jedzenie. Chociaż zdecydowanym faworytem pozostanie u mnie kuchnia japońska, to w Singapurze foodies z całą pewnością również nie mają na co narzekać. Spacerując po mieście, natrafimy na równie wiele wyszukanych, wykwintnych lokali, co małych, rodzinnych barów; posiłek może kosztować zarówno kilka, jak i kilkaset złotych; kuchnia łączy w sobie wpływy chińskie, tajskie, europejskie i wiele, wiele innych. My celowaliśmy głównie w miejsca, w których jadała lokalna społeczność – dominowały mikroskopijne, na pozór zaniedbane restauracje w tzw. hawkers centers, czyli centrach wypełnionych rzędami lokali z jedzeniem. Ceny? Od kilku do ok. 20 zł za posiłek, co przy kosztach życia w bogatym Singapurze jest kwotą niezwykle niską.

Wśród nich na uwagę z pewnością zasługuje odwiedzone przez nas miejsce, które część z Was może kojarzyć. Hawker Chan, której pełna nazwa brzmi Liao Fan Hong Kong Soya Sauce Chicken Rice & Noodle, zdobyła międzynarodową sławę jako najtańsza (lub obecnie jedna z najtańszych) restauracji nagrodzonych gwiazdką przewodnika Michelin na świecie. Czy jest tanio? Tak, pozycje na liczącej zaledwie kilka dań karcie kosztują ok. 10 zł. Czy jest smacznie? Tak, otrzymana po ok. 15 min oczekiwania w kolejce porcja pieczonego kurczaka w sosie sojowym na ryżu (czyli dokładnie to, co znalazło się w pełnej nazwie lokalu) bardzo nam smakowała. Czy miejsce to jest jednak w jakikolwiek sposób wyjątkowe? Z całą pewnością nie – podobnej jakości dania zjemy z wielu miejscach w Singapurze, przesadnie się nad nimi nie zastanawiając. Niemniej, jeśli tylko będziecie mieli okazję spacerować po singapurskim China Town, to z całą pewnością warto odhaczyć także Hawker Chan.

Podsumując…

Popołudnie na wspomnianym China Town stanowiło jednocześnie zwieńczenie naszej podróży po południowo-wschodniej Azji, która mimo wszystko upłynęła pod znakiem rozszerzającej się epidemii koronawirusa. I chociaż nas nie dotknęła ona jeszcze w sposób bezpośredni, to brakowało naprawdę niewiele – wylot zaledwie kilkanaście dni później oznaczałby problemy z powrotem do domu za sprawą zamknięcia polskich lotnisk dla ruchu regularnego. Słuchając historii znajomych, którzy w tym okresie utknęli w miastach Azji, Europy czy Ameryki jeszcze bardziej doceniam, że w naszym przypadku obyło się bez kłopotów. Kończąc ten wpis, pozostaje mieć nadzieję, że od powrotu do czasów beztroskiego podróżowania po niezwykłych, odległych zakątkach świata dzielą nas tygodnie, a nie miesiące. Trzymajmy za to kciuki, a teraz… #StayTheFuckHome.

0

Tomasz Szykulski

Fotograf, podróżnik, freelancer. Student uczelni w USA, Irlandii i Australii. Zajrzyj na moją stronę - szykulski.com.