Bieszczady – Garmin Road Challenge 2020 z licznikiem Garmin Edge 1030 Plus

27/12/2021, 11:41 · · · 0

„Rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady”. Od lat slogan używany najczęściej wśród zapracowanych i zmęczonych. Często to słychać w kręgach osób związanych z IT. Miało to symbolizować odcięcie się od technologii i ludzi. W tym roku po odwołaniu moich lotów do Izraela i Afryki postanowiłem dokładnie tak zrobić. Rzuciłem wszystko, zapakowałem rowery na samochód i ruszyłem przez prawie całą Polskę w Bieszczady.


Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 10/2020


Może nie było to tak, że z marszu, ale z przymrużeniem oka, prawie. Przed samym wyjazdem dostałem najnowszy licznik Garmina oraz zapisałem się na Garmin Road Challenge.

Po pierwsze: czym jest Garmin Road Challenge? To wyzwanie na pokonanie trzech tras rowerowych po drogach w trzech polskich pasmach górskich. Mamy wiec dziewięć tras. Karkonosze, Tatry i Bieszczady właśnie. W każdym pasmie znajdziemy trasę około 30–40 km, około 100 km i 200 km. Mamy miesiąc na pokonanie tych tras. Dokumentujemy je jakimkolwiek licznikiem czy telefonem, a wynik przesyłamy na stronę organizatora. Za wszystkie dziewięć tras pokonanych dostajemy figurkę fizyczną, za trzy trasy w jednym z pasm górskich medal fizyczny, a za jedną przejechaną trasę – medal wirtualny. Po zarejestrowaniu i opłaceniu symbolicznej opłaty startowej dostajemy przewodnik po trasach i trasy do wgrania w nasze urządzania. Pozostaje tylko ruszać w góry. Moim celem jest 100 km, Wielka Pętla Bieszczadzka.

Jak wspomniałem, otrzymałem też licznik. Testowałem go w Bieszczadach i po pierwszych niezbyt przychylnych odczuciach, zamówiłem sobie taki sam. Licznik jest ogromny. Każdy, kto go widział, pytał, czy to jakiś telefon. Jednak zastosowany w nim ekran, taki sam jak w liczniku Edge 830 i jego wielkość, dają nam wyjątkowo czytelny obraz z danymi czy mapami. Zastosowane rozwiązania omawiałem w liczniku 830 i wtedy mówiłem, że brakuje flagowca. Dostaliśmy go. Wykonanie świetne, na najwyższym poziomie. Jednak tu zaznaczę, że musiałem użyć fabrycznego uchwytu, ponieważ mój był zbyt delikatny i za mały. Licznik dotykał kierownicy. Nowy moduł GPS jest szybki i dużo sprawniej działa przeliczanie tras. Zwiększono pamięć urządzenia oraz baterię, która teraz jest ogromna. Po ośmiu godzinach jazdy nadal miałem 70%. Jest to bez wątpienia najlepszy licznik rowerowy, jednak nadal uważam, że do jazdy amatorskiej lepszym rozwiązaniem będzie licznik 830 lub 530.

Bieszczady.

Wynajęliśmy domek w Cisnej. Serce Bieszczad. Gdy pokonywałem ostatnie kilometry samochodem, już się uśmiechałem na każdym podjeździe. Mój rower pewnie podobnie. Cisna to niewielka miejscowość: dwa sklepy spożywcze, kilka kramików i kilka galerii z wyrobami lokalnych artystów. Niestety, przypomina mi to takie małe wioski w Tatrach. Jednak jest jedna rzecz, jeden lokal, który robi klimat… Ale o tym za chwilę.

Bieszczady przyjęły mnie fajną pogodą, więc mogłem cieszyć się poznawaniem ich z siedzenia roweru. Zabrałem ze sobą gravela. Stwierdziłem, że asfalty nie są idealne, a i pewnie gdzieś skręcimy z utwardzonych dróg.

Pierwszym przystankiem była zapora na Solinie i tam się przekonałem, co tak naprawdę zrobił COVID. Jeśli ktoś z Was był kiedykolwiek na Krupówkach w Zakopanem, to ma obraz tego, co zobaczyłem. Ogromne tłumy ludzi. Wszędzie tandetne budy i zapach przypalonego oleju. Pełno chińskich zabawek dla dzieci. Gwar i tłok. Nie tego szukałem w Bieszczadach. Szybko uciekłem.

Następny dzień to miał być szlak i wejście na jakąś górę. Podjechaliśmy na parking w pobliżu wejścia na szlak. Pani, która sprzedawała bilety, powiedziała, że wystawiła właśnie 300. bilet parkingowy tego dnia. 300 samochodów i kilka osób w każdym z nich. To nie jest moja bajka. Znajomi poszli, ja wróciłem i wsiadłem na rower.

Ruszyłem Garmin Road. Moje 100 km, przewyższeń wyszło ponad 1600 m. Droga w większości to główne linie komunikacyjne. Ruch i dużo samochodów. Nie najlepsze asfalty, jednak fragmentami można poczuć ogromną przyjemność obcowania z pięknymi widokami. Bardzo przyjemne podjazdy, podobne do tych, jakie pokonywałem w Hiszpanii. Może nie tak strome, ale jednak. Było gdzie się zmęczyć. Po drodze spotkałem kilka osób, które podobnie jak ja brało udział w wyzwaniu od Garmina. Przyjemnie było porozmawiać i podzielić się doświadczeniami.

Następny dzień zorganizowaliśmy już wspólnie ze znajomymi i to była podróż kolejką wąskotorową. Tu mała podpowiedź, że warto kupić bilety przez internet lub być na miejscu zaraz po otwarciu. Bilety szybko się kończą. Sama wycieczka kolejką trwa około 45 minut. Jedziemy na małą stacyjkę w głębi lasu, tam lokomotywka przepina się i wracamy tą samą trasą. Na stacji są trzy kramiki z kawą i miejscowymi przysmakami. Warto posmakować chleba pokrojonego od serca ze smalcem i kiszonym ogórkiem.

Dopiero następny dzień to były prawdziwe Bieszczady. Droga w dużej części szutrowa, od Cisnej w stronę Lisznej i prosto do granicy ze Słowacją. Fajny podjazd, a na szczycie wieża obserwacyjna. Potem szaleńczy zjazd i szutrem lub rozwalającą się drogą do Żubraczy przez Solinkę. Przepiękny fragment niezadeptanych Bieszczad. To było dokładnie to, czego szukałem. Po drodze mijaliśmy obozy zakapiorów Bieszczadzkich, wypalaczy węgla drzewnego. Gravel idealnie się sprawdzał.

Cisna. W niej jeden lokal.

Siekierezada. Kultowy lokal. Nie, nie jest to ten z filmu. Powstał chyba niejako pod wpływem tego filmu. Jednak jego wystrój i klimat tam panujący jest jedyny na świecie. Piwo i wino lane z kija. Rzeźbione wszędzie diabły pospinane łańcuchami. Na stołach powbijane siekiery. I książki. Oprawione w grube drewniane okładki, przynajmniej przez dekadę zostały zapisane przez każdego, kto miał długopis. Pierwotnie były tam opowieści właściciela knajpy. O przygodach i perypetiach klientów lokalu. O ich pijaństwie i o tym, jak sobie radzili w tym dzikim kiedyś zakątku. Teraz trudno rozczytać te opowiadania. Można je na szczęście znaleźć na stronie internetowej Siekierezady. Można też kupić trzy książki. Można też kupić szklankę wina z nalewaka, które „kopie” i poczytać to, co dodali ci, co tu byli. Od zwykłych „tu byłem”, po duże rysunki, aż do wierszy. No i na końcu… pierogi. Ruskie. Zapiekane.

Bieszczady. Pierwszy raz je zobaczyłem i… urzekły mnie. Nie te podobne do Krupówek, ale te bardziej schowane. Te na uboczu i mniej dostępne. No i Siekierezada. Mam nadzieję, że to latte w karcie, to tylko dla żartów. Dla samych pierogów mógłbym przejechać te ponad 800 km… Czy jest tu jak kiedyś? Nie, mimo że w wielu miejscach nie ma zasięgu telefonii komórkowej, jednak postęp coraz bardziej wpływa na takie miejsca. Już trudno zobaczyć coś pierwotnego i dzikiego… Choć może za płytko szukałem.



0

Adalbert Freeman

Fotoreporter i dziennikarz. Zakochany w krajach arabskich i islamie. Użytkownik nadgryzionych jabłek.