Czarne łabędzie

30/12/2021, 12:55 · · · 0
fot. Farrel Samuel

W Anglii łabędzie należą do królowej. Wszystkie poza czarnymi, bo te są własnością Borisa Johnsona i 51,9% procent społeczeństwa, które głosowało za Breksitem.


Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 10/2021


Angielska prasa rozpisuje się o tym, jak to Wielka Brytania zmaga się właśnie z szeregiem zdarzeń określanych mianem „czarnych łabędzi”. Czarny łabędź to niespodziewane i niedające się przewidzieć wydarzenie, którego konsekwencją są poważne skutki zauważalne w dziedzinie, której dotyczy. Moim zdaniem łabędzia mamy jednego, a cała reszta to farbowane kaczki – polityczne, medialne i internetowe.

Podstawowym łabędziem jest oczywiście pandemia – nie można jej było przewidzieć (chociaż nadal trwa debata na ten temat) i przynosi poważne skutki w życiu społecznym. Nie można jej jednak winić za stan, w którym znajduje się Wielka Brytania, bo pandemia dotyczy ni mniej, ni więcej całego świata, a reszta mapy jakoś nie znajduje się w rozsypce. Zostawmy więc wirusa w spokoju i przyjrzyjmy się farbowanym kaczkom, czyli wydarzeniom, które można było przewidzieć, ba – nie trzeba się było nawet specjalnie wysilać. Wystarczyła zdrowa, prosta logika.

Kaczka pierwsza: milion miejsc pracy

Pomimo „wielkiej rezygnacji”, jak dość romantycznie prasa określa brytyjską tendencję do porzucania stałego zatrudnienia na rzecz własnej działalności i elastycznego czasu pracy, dostępność zatrudnienia tylko po części wiąże się z pandemią, bo ogrom wolnych stanowisk to pobreksitowe manko wynikające z blokady imigracyjnej. Oczywiście, część Brytyjczyków czuje się rozczarowanych, zwłaszcza że w czasie pandemii wiele firm pokazało „nieludzką twarz”, polegającą na krytycznym obniżeniu zarobków i pozostawieniu samych sobie tych, którzy znajdowali się w samoizolacji lub na kwarantannie, jednak większa część ofert dostępnych na rynku to pozycje tradycyjnie zajmowane przez imigrantów. Należą do nich między innymi: opieka społeczna, kierowcy, pracownicy supermarketów, pracownicy sezonowi, kelnerzy, pielęgniarki… Obecnie, aby mieć szansę na otrzymanie wizy, należy być pracownikiem wykwalifikowanym, któremu sponsor zapewni dochody minimalne w okolicach 25 tys. GBP. W szczególnych przypadkach kwota ta może być niższa, ale nie będę się nad nimi rozwodzić, dotyczy to bowiem pracowników z bardzo pożądanym wykształceniem – na przykład doktoratem lub profesurą w wybranych dziedzinach. Problem w tym, że pozycje, które teraz wymagają natychmiastowego obsadzenia, nie przynoszą dochodów w wysokości 25 tys. rocznie. Co więcej – większość rodowitych Anglików, pracujących w zawodach niewymagających wykształcenia, nigdy nie zobaczy na swoim koncie takiej wypłaty. Płaca minimalna dla osoby dorosłej na dzień obecny to 8,91 GBP na godzinę, więc prawie nic. Wszystko to powoduje olbrzymią dziurę w zawodach, które są konieczne do codziennego funkcjonowania państwa. Niech mi ktoś powie, że nie dało się tego przewidzieć, dysponując statystycznymi danymi z każdej dziedziny zatrudnienia. To nie łabędź, to kaczka. I to nierówno pomalowana.

Kaczka druga: obowiązkowe szczepienia

Jak wspomniałam wyżej, jedną z dziedzin, w której pracowników brakuje, jest opieka społeczna. W Anglii do pracy w tym zawodzie nie jest konieczne żadne wykształcenie i to w sensie dosłownym – nie trzeba mieć nawet ekwiwalentu egzaminu gimnazjalisty. Płace są niskie, godziny pracy długie, a praca mało przyjemna. Rodowici mieszkańcy Wielkiej Brytanii specjalnie się do niej nie garną, więc dużą część pracowników w tym sektorze stanowili emigranci. Bez ich stałego dopływu sytuacja sama z siebie stała się trudna, a po tym, jak ogłoszone zostały obowiązkowe szczepienia i decyzję o odejściu z zawodu podjęli ludzie, którzy często pracowali w opiece społecznej przez dekady, sytuacja z trudnej zamieniła się w krytyczną. Ta sytuacja była jak najbardziej przewidywalna, już w okresie konsultacji przed wprowadzeniem mandatu wiadomo było, że niektóre organizacje mogą stracić od 30% do 50% pracowników. Kaczka kaczkę pogania, bez dwóch zdań.

Kaczka trzecia: puste półki

Od jakiegoś czasu w całym internecie można zobaczyć zdjęcia pustych sklepowych półek, zwłaszcza jeśli chodzi o sekcje warzyw i owoców. Rząd próbował zwalić tę sytuację na globalną pandemię, ale – jak słusznie wytknęli mu dziennikarze – pandemia dotyczy całego świata, a w krajach UE jakoś pustych półek nie ma. Mogę potwierdzić – półki warzywno-owocowe w moim lokalnym Tesco świecą pustkami o każdej porze dnia. Trochę lepiej radzi sobie osiedlowa ASDA, gdzie można znaleźć polskie jagody i pieczarki. Najwyraźniej Polacy nie stracili zmysłu biznesowego, który całkiem zanika u członków brytyjskiego parlamentu. Rolnicy zwracają się do nich z kolejnymi petycjami o wprowadzenie tymczasowych wiz dla pracowników sezonowych, bo uprawy gniją na polach i nie ma ich kto zbierać. Rząd twardo obstaje przy swoim, że nie trzeba i nabija na pal kolejną kaczkę, gotową do pomazania czarną farbą. Twierdzi bowiem, że na pola powinni wyjść Brytyjczycy! Nie oszukujmy się – Brytyjczyk nie pójdzie zbierać truskawek w błocie za niecałe 9 GBP na godzinę. Ale dobrze jest wierzyć w cuda. Co więcej, żeby zwieźć z pola i dostarczyć produkty do sklepów, potrzebni są kierowcy, a Anglicy mają bardzo niewielu wykwalifikowanych kierowców ciężarówek. Odkąd pamiętam, we wszystkich agencjach pracy najlepsze oferty czekały na imigrantów z kategorią C. Pod naciskiem i w obliczu kryzysu rząd zapowiedział przyznanie 5000 wiz tymczasowych dla kierowców ciężarówek, których ważność upłynie 25 grudnia. Żeby zdążyli dowieźć, co trzeba na święta – świnki w kocykach i inne tradycyjne specjały. Tyle tylko, że do utrzymania stabilnego łańcucha dostaw Wielka Brytania potrzebuje nie 5000 kierowców a 100 000.

Kaczka czwarta: kryzys paliwowy, prąd i gaz

To najnowszy farbowany łabędź, który zamieszkał na brytyjskich ulicach. Nie trzeba daleko patrzeć – zaledwie wczoraj, idąc na wieczorny spacer z psem, obserwować mogłam długi korowód samochodów, wijący się niczym wąż aż do samego ronda. Kryzys paliwowy to prawdziwy jednorożec – praktycznie nie istnieje, ale medialno-internetowa nagonka powoduje, że ludzie w panice kupują więcej paliwa, niż potrzebują. Powoduje to braki na stacjach benzynowych i generuje… kryzys. Nie dalej jak dzisiaj z samego rana napadły mnie pytania na lokalnych grupach, z których większość to prośby o wskazanie stacji, na której jeszcze jest paliwo, bo ludzie nie mogą dojechać do pracy. Wzrosła też sprzedaż rowerów, więc w obliczu kryzysu więcej ludzi będzie poruszało się za pomocą odnawialnej energii mięśniowej. No, chyba że półki w supermarketach pozostaną puste, a energia nie będzie mogła się odnowić należycie. Na całe szczęście zatankowałam przed kryzysem, więc bak starczy mi na jakiś miesiąc, a potem już powinno być po sprawie. Cieszą się ci kierowcy, którzy jeżdżą elektrykami, ale już niedługo. Padają bowiem firmy dostarczające energię, więc ich też dosięgnie radość stania w kolejce. Do gniazdka, w którym jeszcze jest prąd. Wisienką na torcie jest wzrost cen gazu, który już zagląda nam do kieszeni. Wszystko to oczywiście, komisyjnie, wpłynie na ogólny stan ekonomiczny kraju – transportu, hodowli, uprawy i generalnej siły nabywczej gospodarstw domowych. Media oczywiście zagrają swoją rolę, bo zaczną się artykuły o tym, jak Wielka Brytania pogrąża się w kryzysie i recesji, internet rozniesie tę wieść szeroko i daleko i oto, jak za dotknięciem magicznej różdżki, firmy zaczną przeciwdziałać czemuś, co jeszcze się nie wydarzyło, obcinać wydatki i ograniczać zatrudnienie. A od tego już tylko kilka kroków do zapaści ekonomicznej. Zniknie milion miejsc pracy, za to wzrośnie wskaźnik bezrobocia. I komu był potrzebny ten cały Brexit?

Jeśli ktoś twierdzi, że tych wydarzeń nie dało się przewidzieć, to ogłoszę się Nostradamusem i zacznę przewidywać przyszłość zawodowo. Bo jeszcze zanim Brexit został przesądzony, większość imigrantów szeroko otwierała oczy ze zdumienia, zastanawiając się nad naiwnością postulatów głoszonych przez zwolenników opuszczenia Unii Europejskiej.

No ale jeśli ktoś kaczki od łabędzia nie odróżnia, to czego oczekiwać?

Tak czy inaczej, śmiesznie się dzieje w Zjednoczonym Królestwie. I to trochę dobrze, że inne kraje zobaczą, jak chwieje się kolos na glinianych nogach i nie będą im przychodziły do głowy głupie pomysły.



0

Kinga Ochendowska

NAMAS'CRAY  The crazy in me recognizes and honors the crazy in you. Jestem sztuczną inteligencją i makowym dinozaurem. Używałam sprzętu Apple zanim to stało się modne. Nie ufam ludziom, którzy nie lubią psów. Za to wierzę psom, które nie lubią ludzi.