Mastodon
Zdjęcie okładkowe wpisu Have a fun!

Have a fun!

0
Dodane: 2 lata temu

Miałem ostatnio przyjemność porozmawiać z pewnym Amerykaninem – pozdrawiam Cię Max, bo wiem, że to czytasz – o technologii i elektronice użytkowej. To była jedna z wielu rozmów toczących się w tych wszystkich momentach, gdy dwójka nieznających się wcześniej osób trafia na siebie w magicznej przestrzeni internetu. Tak się stało, ponieważ ja szukałem odpowiedniego (czyt. pasującego do wystroju nowego studia) przewodu do mojej klawiatury, a Max trafił później na ten sam wątek na Reddit. Przy okazji doświadczyłem rdzennego internetu. Tego, który pamiętam jeszcze z czasów Neostrady. Gdy dwójka ludzi po prostu chciała sobie pomóc.


Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 11/2022


Pogadajmy

Szybko okazało się, że Max jest całkiem klawym gościem, więc z podcasterskiej ciekawości postanowiłem się z nim zdzwonić. Przegadaliśmy w jesienny wieczór jakieś dwie, a może cztery godziny? Szybko powód naszego spotkania w sieci przestał mieć już jakiekolwiek znaczenie. Myślę, że Max będzie kiedyś gościem w moim podcaście, ponieważ mało znam tak otwartych osób jak on. Tak, wiem, że Amerykanie słyną ze swojej ekstrawertyczności, a to też ma ciemne strony, jednak tutaj chodziło o coś zupełnie innego. O zburzenie w głowie, po raz kolejny, tego muru otaczania się wyłącznie rodakami.

Tutaj nie chodzi o żadną złość na Polskę. Nic z tych rzeczy. Po prostu cała sytuacja skłoniła mnie do refleksji, że zdecydowanie za mało nawiązujemy (albo chociaż próbujemy nawiązywać) kontaktów międzynarodowych w sieci. Tak, nie jest łatwo, ale łatwiej nie będzie, jeśli kiedyś spotkamy interesującą osobę na żywo. Wiele kapitalnych przyjaźni czy znajomości, które nawiązałem w życiu, było wynikiem jednej, niepowtarzalnej chwili. Momentu, który albo uda się dostrzec, albo przepadnie na zawsze. Właśnie dlatego tak ważna jest otwartość i uważność na innych. Zwłaszcza w społecznościach, w których się obracamy. Fani kosiarek elektrycznych znajdą swoją, klawiatur mechanicznych inną, a fani Apple dopłyną do jeszcze innego portu w bezmiarze internetu.

Kojarzycie te sceny z amerykańskich filmów, w których średnio co pięć minut pada: „Yes, Dude! Get it!”. Ileż to razy padło, aż w końcu Max zaniemówił na dobre dziesięć minut.

Nie rozumiem, stary…

Nie odmówiłem sobie rozpoczęcia dyskusji na temat podejścia Maksa i Amerykanów do sprzętów Apple. Opowiedziałem mu krótko, co robimy w iMagazine. Co staram się promować w podcaście i że coraz bardziej nie rozumiem fanatycznego podejścia oraz oceniania innych przez pryzmat własnych problemów i potrzeb. Max zaniemówił, ponieważ w Stanach nikt nie toczy dyskusji na temat tego, że ktoś inny powiedział, że nie uznaje innej konfiguracji sprzętu niż jego własna. Podczas premier nowych sprzętów ludzie częściej dyskutują o ich kolorach i wyglądzie niż o tym, co kupić. Często nawet nie planują wymiany w danym roku, a mimo to potrafią czerpać nieporównywalną z naszym community w Polsce radość z bycia fanami Apple.

Pamiętam, że w latach 2007–2010 nad Wisłą było podobnie. I tak, zdaję sobie sprawę, że ceny sprzętów, siła złotówki i wszystkie inne okoliczności były zgoła odmienne od obecnych. Nie o to tutaj chodzi. To nie ma żadnego znaczenia. Chodzi o pewnego rodzaju lekkość, którą zostawiamy często na zawsze tam daleko, w dzieciństwie. Nie chodzi też o naiwność, bo wiem, że zaraz ktoś może podnieść larum: „Amerykanie po prostu się nie znają!”. Znają się. Wierzcie mi. Często lepiej niż niejeden wyedukowany w ramach systemu uczącego o wszystkim Europejczyk. Dzieje się tak, ponieważ gdy już się czymś zainteresują – złapią bakcyla, jakby to powiedział mój dziadek – to idą w to na 100%, angażując ogromne pokłady emocji. Jasne, zdarzają się skrajności, ale w czerpaniu żywej frajdy z danego tematu, hobby czy pracy nie mają sobie równych.

Max bardzo się zdziwił, że komukolwiek, cytuję: „…chce się zużywać energię na dyskusję o skomplikowanych parametrach procesorów czy sposobie, w jaki pracuje macOS, skoro taka dyskusja dotyczy w sumie tych, którzy i tak wiedzą, co kupić”. Czyli tych PRO?

„Ale co to znaczy PRO, stary?! Nie rozumiem tego myślenia. U nas PRO kupujesz zarówno wtedy, kiedy chcesz pokazać, że Cię stać, jak i wtedy, gdy siedzisz w małym, ciasnym laboratorium i po prostu nie chcesz czekać na to, aż sprzęt zareaguje. Tylko wtedy nie mówisz wszystkim, że – jak Ty to nazwałeś – jesteś PRO. C’mon, to śmieszne!”.

Trudno się nie zgodzić i właśnie tego brakuje nam w krajowej dyskusji. Ktoś może czerpać radochę z tego, że jego MacBook Air jest bardziej różowy niż złoty (znam osobiście i miałem zaszczyt obserwować tę radość w ostatnim czasie), a ktoś, że kupił najwyższą konfigurację tego czy innego sprzętu. I super, o ile w dalszym kroku nie postanowi ewangelizować całego świata, mówiąc, że wszystko inne to, wybaczcie dosadność: „gówno ze śmietnika”.

Problemy

Zapytałem też Maksa o AppleCare, z którego w pełni nie możemy w Polsce korzystać (choć biznes może, o czym posłuchacie w jednym z odcinków podcastu):

„Nie, no nie każdy je kupuje, ale sporo osób. Generalnie nie rozumiem, dlaczego miałbym iść do jakiegoś serwisu, a nie do Apple? Nawet jak już nie mam gwarancji, to idę do Apple, oni kupują ode mnie mój stary telefon, dokładam i mam nowy. Przecież naprawa kosztowałaby prawie tyle samo”.

Serwisy pogwarancyjne w USA są rzadkością i faktycznie nie dziwi mnie takie podejście. Inna sprawa, że patrząc na siłę nabywczą dolara, Amerykanin inaczej patrzy na wymianę telefonu niż my. To warto zdecydowanie odnotować. Natomiast wywiązała nam się również ciekawa dyskusja o wadach fabrycznych sprzętów, które nie tylko u Apple, po prosto się zdarzają.

„Wiesz co, Krzysiek, jak tak słucham, to chyba na siłę często tych wad szukacie. Prawo Murphy’ego bywa bezlitosne <śmiech>”.

I wiecie co? Miał rację. Sam pamiętam siebie, jak rozważałem zakup jakiegoś produktu długimi tygodniami, podświadomie wiedząc, co chcę kupić, katując przy tym psychikę czytaniem rozmaitych analiz czy recenzji. Innym razem po prostu tak długo szukałem dziury w całym, aż znajdowałem. Efekt? Zero frajdy, sporo stresu. Całkowicie zbędnego i dyskusja o problemach pierwszego świata w tym kontekście wydaje się niewystarczająca. Przyznaję się do tego i staram się innych chronić, aby nie popełniali moich błędów, m.in. w podcaście.

Czego nauczyła mnie jesienna, wieczorna rozmowa z Maksem? Ano tego, że można po prostu czerpać radość z bycia fanem danej marki, a to, z jakich jej sprzętów czy konfiguracji korzystasz, nie ma absolutnie żadnego znaczenia. Apple powstało, by „po prostu działać” i nadal – dla 90% konsumentów w Polsce – dokładnie i dobrze wypełnia te założenia.

Krzysztof Kołacz

🎙️ O technologii i nas samych w podcaście oraz newsletterze „Bo czemu nie?”. ☕️ O kawie w podcaście „Kawa. Bo czemu nie?”. 🏃🏻‍♂️ Po godzinach biegam z wdzięczności za życie.

Zapraszamy do dalszej dyskusji na Mastodonie lub Twitterze .