Jak nie zarządzać zespołem: 5 kroków na przykładzie Elona Muska i Twittera

14/01/2023, 16:37 · · · 0

To, co się wydarzyło po przejęciu Twittera przez najbogatszego człowieka na świecie, przechodzi do historii jako jedna z serii najdziwniejszych decyzji w biznesie. Wszystko to stało się w listopadzie tego roku, więc na gorąco spisuję wnioski, które, mam nadzieję, przydadzą się i Tobie. Robię to z trzech powodów.


Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 12/2022


Po pierwsze, bardzo lubię Twittera – jestem użytkownikiem prawie od początku jego istnienia i nie chcę, aby upadł (choć niestety chyba właśnie to go czeka). Po drugie, dotychczas w pewien sposób podziwiałem Elona Muska za jego osiągnięcia z PayPalem, Teslą czy SpaceX. Po trzecie, jestem przedsiębiorcą, który prowadzi małą firmę Nozbe i bardzo mnie ciekawi, jak funkcjonują inni przedsiębiorcy. Poczynania Elona z Twitterem uważam za powalający antyprzykład. Zaczynajmy.

Twitter nie jest idealną społecznościówką, ale jest sukcesem!

Pomimo iż Twitter ma znacznie mniej aktywnych użytkowników niż Facebook, Instagram, TikTok, Pinterest lub LinkedIn, zyskał status wpływowego na świecie. Korzystają z niego nie tylko osoby takie jak ja, ale także mniej lub bardziej znane marki, politycy, sportowcy, gwiazdy show-biznesu, autorzy, dziennikarze… Powoduje to, że cokolwiek pojawi się na Twitterze, traktowane jest praktycznie jak informacja prasowa. W znanych pismach powstają całe artykuły na podstawie tweetów konkretnych osób.

Do tego Twitter ciągle wspiera nie tylko swoją oficjalną appkę, ale też inne aplikacje. Ja na przykład przeglądam Twittera za pomocą Tweetbota. Pomijam dziwne algorytmy, dzięki czemu to ja decyduję, kogo obserwuję i czyje Tweety chcę widzieć. Nie podtyka mi się przed oczy treści ludzi, których nie znam. To poczucie kontroli nad moim feedem jest genialne i wyjątkowe wśród tego typu serwisów.

Twitter i Elon Musk – duże ego i duża platforma – co może się nie udać?

Twitter ma jednak wady. Daje niesamowity zasięg narcyzom. To między innymi dzięki Twitterowi Donald Trump wygrał wybory prezydenckie w 2016 roku. Ze znanego bogacza stał się głównym krzykaczem partii republikańskiej i uzbierał sobie dziesiątki miliony obserwujących. Tak samo Elon Musk. Gdy tylko ktoś nie zgadzał się z opinią lub wydarzeniem związanym z Teslą czy SpaceX, momentalnie był bombardowany przez Elona i jego fanów. Do tego Elon nauczył się być człowiekiem-memem Twittera – w tej chwili jego konto obserwuje ponad 100 milionów osób. Takie zasięgi dla narcyza to woda na młyn.

Dlatego najbogatszy człowiek na świecie obudził się któregoś dnia i wymyślił, że oprócz bycia najbardziej znaną osobą na Twitterze, może po prostu sobie go kupić. Zaczęło się od żartu, ale niestety po kilku miesiącach heheszkowania zakup Twittera stał się faktem.

Biorąc pod uwagę karierę Elona Muska, można było założyć, że, gdy przejmie Twittera, będzie wesoło, ale jednak poprowadzi go do sukcesu, jak każdą swoją firmę. Wprawdzie niektóre jego opinie o „wolności słowa” czy zażyła znajomość z ludźmi szerzącymi hejt i teorie spiskowe wróżyły nieciekawe decyzje, ale nie to, co się wydarzyło i ciągle dzieje…

No i teraz przechodzimy do sedna sprawy, czyli:

Elon Musk przejął Twittera, czyli jak rozwalić markę, firmę i zespół w pięciu krokach, kompletnie się przy tym kompromitując

Krok 1 – podważyć zaufanie do produktu! Na szybko!

Jak już wspomniałem, sukces Twittera opiera się na tym, że wszyscy tam są. I na tym, że wiemy, kto jest kim: jeśli komentuje Elon Musk, to faktycznie jest to on, a nie nastolatek z Ohio. Znane osoby były wyraźnie odznaczone niebieskim znaczkiem. Elon jednak wymyślił, że przecież można na tym zarobić kasę i zamiast wysilać się, aby weryfikować znane osoby, można każdemu pozwolić na kupno takiej plakietki za jedyne 8 dolarów miesięcznie. Co może pójść nie tak?

Nie trzeba być geniuszem, aby przewidzieć skutki. Od razu powstało mnóstwo profili podszywających się pod znane marki i osoby. Nagle przestało być jasne, która postać jest prawdziwa. Niektóre treści wywołały spadki akcji, pozwy i chaos. Nie dość, że zysk z tych 8 dolarów był niewielki, to nagle firmy wydające największe pieniądze na reklamę na Twitterze wycofały się, nie mogąc dalej ufać platformie.

Już po zaledwie kilku dniach od wprowadzenia tego pomysłu Elon musiał go zablokować.

Najśmieszniejsze jest to, że biznesman decyzji produktowych nie konsultował z doświadczonymi pracownikami Twittera, tylko ze swoimi obserwującymi. Jego głównym narzędziem są ankiety, a drugim – pytania do celebrytów. Czy Twitter Blue powinien kosztować 20, czy 8 dolarów? Czy powinno się odblokować te konta, czy tamte? Czy powinno pozwalać się na takie, czy inne tweety? Czy legalne powinno być to, czy tamto?

Takie podejście do rozwoju produktu bardziej przypomina nastolatka szukającego akceptacji wśród kolegów, niż przedsiębiorcę budującego globalną sieć społecznościową.

Krok 2 – podważyć zaufanie do zespołu, zwalniając połowę załogi bez głębszej analizy

Jeszcze przed przejęciem Twittera Elon uważał, że ta firma ma za wielu pracowników. Gdy tylko ją przejął, zwolnił połowę osób. Bo mógł.

Wielu stanęło w jego obronie, mówiąc, że Steve Jobs też zwolnił połowę załogi, wracając do Apple pod koniec lat 90. Zgadza się, ale po pierwsze, Apple był na skraju bankructwa, a po drugie, Steve najpierw poświęcił czas na to, by poznać firmę i dopiero wtedy zdecydował, kogo zwolnić. Jest cała historia o tym, jak Jobs był pewien, że skoro Macintoshe są tak brzydkie, trzeba zwolnić cały dział designu, po czym poznał Jonny’ego Ive’a i zobaczył, że ten zespół to geniusze, którzy po prostu nie mogą się przebić ze swoimi pomysłami.

Elon Musk musi mieć nadludzkie wręcz umiejętności, jeśli w ciągu tygodnia: przeanalizował, jak działa Twitter, zrozumiał, który zespół, za co odpowiada i jakie ma znaczenie dla platformy, aby móc podjąć trafne decyzje odnośnie do zwolnień. Geniusz!

Efektem tej „dogłębnej analizy Elona” były zwolnienia całych zespołów i wielu utalentowanych inżynierów… tylko po to, by prosić ich o powrót po tygodniu, gdy okazało się, że część firmy bez nich po prostu nie będzie działać.

Krok 3 – zademonstrować siłę i sprawczość dzięki… przemocy

W tej całej historii o zwolnieniach nie można zapomnieć, w jaki sposób były przeprowadzone! Bo to sztuka sama w sobie i Elon okazał się liderem światowego formatu i prawdziwym wirtuozem!

Najpierw, dzień przed przejęciem Twittera, przyszedł do biura, niosąc umywalkę, aby pośmiać się z podwójnego znaczenia angielskiej frazy „let it sink in”. Tym samym od razu upokorzył swoich przyszłych podwładnych.

Następnego dnia kazał spektakularnie wyprowadzić wszystkich byłych szefów Twittera w obstawie ochrony, jak gangsterów. Na pewno pracownicy czuli się bardzo dobrze, widząc swoich szefów traktowanych w ten sposób.

Później z całego procesu zwolnień zrobił nie tyle szopkę, ile rosyjską ruletkę. Informacja, jaką otrzymali pracownicy, była niesamowita: „Od jutra połowa zespołu straci pracę. Chcesz wiedzieć kto? Sprawdź rano maila. Jeśli nie dostaniesz wiadomości, to znaczy, że ciągle masz pracę. W przeciwnym razie już wiesz, że właśnie potem ci maila odetniemy i stracisz dostęp do danych”.

Elon bardzo szybko zablokował możliwość pracy zdalnej w Twitterze. Jeśli ktoś chce pracować z domu i nie przyjeżdżać do biura, nie ma dla niego miejsca. I to w firmie, która po pandemii zatrudniła wiele osób zdalnie i szczyciła się tym, że właśnie oni będą promować ten styl pracy. Pozamiatane.

Nie obeszło się też bez porządnej dawki dyskryminacji tych, którzy są najsłabsi. Na takich przecież najłatwiej się wyżyć i nie wymaga to za wiele wysiłku!

Elon nie zwracał uwagi na to, czy ktoś jest obywatelem USA, czy jest na wizie H1B, która pozwala na pobyt pod warunkiem zatrudnienia. Imigranci, którzy stracili pracę na skutek cięć Muska, będą musieli szybko wyjechać z kraju, a ci, którym się udało zostać, będą żyli w ciągłym strachu. A ludzi, którzy się boją, łatwo się przecież kontroluje… Pardon: zarządza nimi.

I nie ma sprzeciwu. Siła to przemoc. Gdy tylko Elon napisał na Twitterze bzdurę na temat tego, jak działa Twitter i jeden z jego inżynierów się temu sprzeciwił, od razu stracił pracę. Elon kazał swoim zaufanym ludziom sprawdzać wewnątrzfirmowe kanały czatu i odszukać wszystkich tych, którzy go krytykowali i natychmiast ich zwolnić. Nie ma miejsca na krytykę pana i władcy.

Krok 4 – Twitter 2.0, czyli po demonstracji siły – czas na cyrograf i mikrozarządzanie!

Jakby tych zwolnień i chaosu było mało, Elon, pokazawszy „muskuły”, wymyślił, że ci, którzy zostali, muszą mu być wierni na śmierć i życie.

Wysłał maila do pozostałych pracowników, w którym poinformował, że teraz Twitter wchodzi w fazę 2.0 i będzie dużo pracy. Nie tylko dlatego, że po takich zwolnieniach nie ma komu pracować, ale przede wszystkim dlatego, że zostać mają tylko najlepsi i najwierniejsi, więc kto by nie chciał być tym wybranym? Zatem wybrani mają jeden dzień na podpisanie lojalki, że będą pracować dzień i noc, że będą pracować „hardcore” (cokolwiek to miałoby znaczyć), a jak tylko powinie im się noga, wylecą.

Jak można się domyślić, niewielu podpisało ten cyrograf.

A ci, którzy podpisali, albo musieli podpisać, bojąc się o swój status wizowy lub sytuację finansową, dowiedzieli się po tygodniu, że co piątek mają wysyłać maile do Elona z podsumowaniem tego, co zrobili i screenshotami swojej pracy i kodu do oceny. Musk to przecież prawdziwy geniusz i jest w stanie ocenić pracę setek ludzi w kilka minut w piątkowe popołudnie.

Krok 5 – nieprzewidywalność level master – jak, zmieniając zdanie co kilka minut, dobić Twittera

Kiedy już cały świat dowiedział się, że prawie nikt nie pracuje w firmie Twitter i platforma działa właściwie na słowo honoru, czas podnieść poziom chaosu jeszcze bardziej!

Najpierw Elon mówi, że Twitter to platforma „wolności słowa”, po czym blokuje kogokolwiek, kto mu się przeciwstawi lub go skrytykuje. Bo może. Wystarczy tweetnąć: „f*ck @elonmusk” i konto zablokowane.

Najpierw Elon mówi, że nie przywróci kont kontrowersyjnych osób, dopóki nie uformuje „rady programowej” na Twitterze. Po czym chyba stwierdził, że taka rada jest niepotrzebna i zaczął samemu przywracać osoby szerzące hejt na platformie.

Najpierw Elon mówi, że Twitter to jego obecny priorytet, po czym miesiąc po tym, jak przyszedł i namieszał, znudziło mu się i już szuka kogoś, kto pozamiata ten bajzel pod jego dyktando. Takie podejście nazywane jest w biznesie zarządzaniem w stylu mewy (ang. seagull management), czyli: „Przylatujesz, robisz dużo hałasu, pokrywasz wszystko odchodami i odlatujesz”. Brzmi jak geniusz Elon.

Elon Musk – publiczna kompromitacja numer jeden na świecie

Rozpisałem się, bo tak jak wielu osobom zależy mi na Twitterze, ale słabo widzę jego przyszłość, od kiedy prowadzi go Elon Musk.

Co więcej, moja opinia o Elonie jest już na poziomie -1. Nie mogę uwierzyć, że ktoś, kto zrewolucjonizował branżę samochodową, kosmiczną i nie tylko, okazuje się taką osobą. I tu nie chodzi tylko o jego charakter, narcyzm, rozdmuchane ego czy dziwne opinie polityczne. Chodzi o podstawy zarządzania! Elon zachowuje się, jakby nigdy nie prowadził żadnego biznesu i nie miał do czynienia z pracą zespołową.

Moja firma Nozbe to zaledwie 20 osób, więc nie mam co się z nim porównywać pod względem skali operacji, ale nawet przy tak małym zespole wiem, jak ważne i trudne jest prowadzenie go, motywowanie, wspieranie i skuteczna współpraca między ludźmi.

Elon pokazał dokładnie to, czego NIE POWINNO SIĘ ROBIĆ. Książkowy ANTYPRZYKŁAD. Kompletna kompromitacja. I wielka szkoda.



0