W kolejce po rozum

03/07/2010, 12:42 · · 9

Jest taka reklama, w której dzieciaty i żonaty syn opowiada mamuśce, albo uchowaj Boże teściowej, jakie to korzyści płyną z dobrze wziętego kredytu, a owa mamuśka z wywróconymi oczami do niebios wygłasza formułkę, że „za jej czasów to tego nie było”.

Powstaje pytanie; czy nie było kredytów, czy nie było kredytów z korzyściami? Bo ja nie wiem.

W sumie jak nie było kredytów z korzyściami, to chwała Bogu, bo jak usługodawca daje nam korzyści za nasze pieniądze, to trzeba zawsze sobie uzmysłowić, że te korzyści są jak góra lodowa. Jedna dziesiąta na powierzchni, reszta pod wodą. I my dostajemy tą jedną dziesiątą – co ją widać, a zapłacić musimy za całość, a szczególnie za tę część, której nie widać i z której najbardziej cieszy się usługodawca. Dlatego, na swój własny użytek, posiadam takie zapytanie dla samego siebie; „gdzie tkwi haczyk?” I w określonych sytuacjach staram się je sobie zadawać. Czasami jednak to pytanie zadaję sprzedawcy, który w danej chwili epatuje mnie niesamowitymi okazjami i wtedy okazuje się, że jest to strzał w dziesiątkę. Opracowana i wyklepana naiwnemu klientowi formułka zaczyna się pruć, sprzedawca traci pewność siebie a misterny plan zdobycia naiwniaka bierze w łeb. Naiwniak przejmuje prowadzenie rozmowy i wtedy na przykład okazuje się, że przy ratach malejących klient nie zyskuje tak samo, jak przy ratach niemalejących, a kredyt okazuje się nie do spłacenia jeszcze przez prawnuków, o ile w ogóle jest do spłacenia.

No ale co zrobić, kiedy jednak musimy skorzystać z usługi bankowej?

I na tak postawione pytanie jest tylko jedna odpowiedź; usługi bankowe są dla ludzi mądrych. A ludź mądry korzysta z kalkulatora a najlepiej z arkusza kalkulacyjnego i nie podejmuje decyzji na chybcika. A przede wszystkim czyta to, co drobnym drukiem. Co oczywiste poprzegląda Internet i przyjrzy się rankingom, porówna, pomyśli, skalkuluje, niemal dotknie. Człowieka biednego nie stać na chłam.

Z tymi bankami to dziwna sprawa. Założysz sobie człowieku konto, dadzą ci trochę czasu a potem tylko wydzwaniają, że mają świetne okazje. I nic tylko korzystać. No i nie ma chwili spokoju. Jedziesz samochodem a tu telefon.  Czekasz właśnie na jakiś ważny. Może to ten? Odbierasz a to bank. I zaczyna się zawracanie gitary.

Jak bank ma do ciebie sprawę, to łapie za telefon i dzwoni do upadłego. Jak Ty masz do banku sprawę, to masz przyjść, albo porządnie się zalogować podając długie rzędy cyfr pinów a potem jeszcze odpowiedzieć na kilka pytań kontrolnych. A jak masz pilną sprawę, to  z samochodu nie zadzwonisz do banku.

Do mnie bardzo często dzwonią i proponują szybkie pożyczki i kredyty. Pewnie, jakbym potrzebował, to by nie dzwonili. Ale na razie dzwonią. No i taki pan, czy taka pani, a są to zazwyczaj młodzi ludzie, dla których to pierwsza praca i początek kariery zawodowej, tak potrafi kilka razy dziennie zadzwonić i zapytać się, czy może porozmawiać ze mną o propozycji bankowej.

Z jednego banku, co to już w nim nie jestem, to dzwonili sami kulturalni. „Dzień dobry i te rzeczy, czy możemy teraz chwilę porozmawiać, jeżeli przeszkadzam to może zadzwonię później?” „O której godzinie?” Sama kultura.

„No dobra, teraz mam trochę czasu, właśnie jadę samochodem, słucham Panią”

„Mam dla Pana propozycję.”

I tu nauczony doświadczeniem, kieruję moją rozmówczynię na właściwy tor, aby rozmowę zamknąć w szybkim tempie.

„Czy chciałaby Pani zaproponować mi zapomogę w wysokości pięciu tysięcy euro lub wysokiej klasy samochód za pół ceny?”

„Nie.”

„A to przepraszam bardzo, ale nie mogę poświęcić więcej czasu na tę rozmowę.”

„Chcielibyśmy zaproponować pożyczkę.”

Cholera, żeby tak inne propozycje składali, ale oni chcą pożyczać. Więc ja zawsze pytam: „A kto tą pożyczkę będzie spłacał?”

„No … (i tu lekka konsternacja) … Pan.”

„A nie, nie, nie, droga Pani, ja nie będę spłacał.”

„A dlaczego?”

„Bo mnie na to nie stać”

Albo taki tekst; „Uprzejmie zapraszamy do naszego oddziału przy ulicy Jakiejś Tam.” To dzwoni mój obecny bank.

„A w jakim celu?”

„Czeka na pana pożyczka.”

„Ale ja się z nią nie umawiałem”

I tak wymyślam co raz bardziej złośliwe teksty i czekam na to, kiedy im się znudzi. A im się nie nudzi.

Opracowali sobie kiedyś taką czarną listę dłużników, a nie mogą opracować czarnej listy złośliwców, którzy nie chcą brać pożyczek i kredytów. Nie rozumiem tego. W końcu jest nas złośliwców całkiem spora grupa. Ile by banki zaoszczędziły na niedzwonieniu do niej? Ale nie, muszą se podzwonić.

Kiedyś się mówiło, że bank to taka instytucja, w której się oszczędza. Dziś się mówi, że bank to jedna z niewielu instytucji, która nie oszczędza.

Albo wakacje.

Raczej nie spędzam wakacji w kraju, bo jest za drogo. Objeździłem co się dało; Wybrzeże, Mazury, Pojezierze. Teraz rozjeżdżam się po kraju w celach wycieczkowych, z dziećmi. Miło jest porozglądać się i pozwiedzać, podziwiać przyrodę, ale na wakacje nie. Wolę zrujnować się na drogi przelot i narażać się na trudności porozumiewawcze ale mieć zagwarantowaną pogodę i wcześniej wynegocjowane warunki. Wczasy w kraju są stanowczo dla mnie za drogie i obarczone zbyt wielką liczbą niewiadomych.

No i z tego co wiem, tak czyni bardzo liczna grupa ludzi w kraju, na potrzeby których wykształcił się już nawet całkiem pokaźny przemysł wakacyjny. Biura podróży, czartery, rezydenci, wycieczki fakultatywne, pokoje rodzinne, baseny, miejsca dla dzieci, all inclusive, obiadokolacje, B&B.

Ale, i tu nie mam wątpliwości, istnieje w kraju całkiem spora grupa ludzi, którzy żyją z wypoczynku innych. Wynajmują pokoje, domy, przygotowują posiłki, wynajmują autokary. Czasami jest to grupa, dla których jest główne źródło utrzymania. I na pewno robią wszystko, aby ściągnąć do siebie turystę. A obywatel ma wybór. I to on decyduje. Państwo w tym nie uczestniczy. Ba, nawet polityk, który właśnie przyjechał z zagranicznego wojażu, nie zabiera na ten temat głosu. Należy to do złego tonu.

Tak więc każdy ma wybór, jak kiedyś w Warszawie, na Ciuchach, przy Wschodnim. Decyduje atrakcja i cena.

Nawet w zatęchłym socjalizmie, kto chciał, ten wybierał. Kto chciał, to kupował na Ciuchach ,oryginalne lub nieoryginalne dżinsy Lee lub Wrangler, za okropne pieniądze. A kogo nie było stać, kupował polskie „Super Szariki” w sklepach MHD. I tak to leciało. Aż państwo puknęło się w głowę i wybudowało sieć sklepów Pewex i Baltona, gdzie można było kupić, może nie koniecznie tanio ale na pewno z gwarancją, to czego bazar nie dawał. Ale była taka święta zasada: „politycy nie mówili o tym gdzie kupować”. Mówiły reklamy i mówiły ceny. Reklam bazarów nie było a i ceny na bazarach też nie były adekwatne i z czasem bazary przegrały. Ale nigdy nie słyszałem żadnej oficjalnej wypowiedzi, że w MHD czy w Peweksie, kupuje tylko światły obywatel.

I tak by to swoim torem się rozwijało, aż być może ktoś wpadłby na całkiem niezły pomysł, że wzorem państw zachodnich, całkiem fantastycznie byłoby wybudować ośrodki wypoczynkowe na przykład na Helu, albo na Pojezierzu czy Mazurach i zaprosić nie tylko rodaków wzorem Portugalii, ale choćby Greków, aby zobaczyli jak wyglądają piaszczyste plaże i jak smakuje piwo. Ale nie, znalazł się pewien niewłaściwie poinformowany Prezes, który zaczyna namawiać do wyjazdu do Egiptu i Tunezji. Że niby tam jest Mekka Niemców i my też tam musimy być. Bo niby tam bogaci jeżdżą.

Krótka wypowiedź a ile w niej błędów. Może nawet niezamierzonych.

Po pierwsze, raczej Niemcy tam nie jeżdżą. Po drugie, nie jest tam drożej tylko taniej niż w kraju. Po trzecie, po co rujnować ledwie dychający polski „przemysł wakacyjny”. Przecież ci ludzie muszą z czegoś żyć. Trzeba dać im szansę.

Chociaż, jak już tak dywaguję, to z nadzieją chciałbym zapytać: „gdzie tkwi haczyk?” Piszę „z nadzieją”, bo chciałbym aby jego wypowiedź miała jakiś głęboko ukryty sens. Bo raczej głupota go nie ma.

I tu mi się nasuwa takie spostrzeżenie. Nie tak dawno przeczytałem ze zdziwieniem, że sir Clive Sinclair, wynalazca ZX Spectrum, powiedział, że mu komputery zbrzydły do tego stopnia, iż nawet jego asystent musi odczytywać mu pocztę internetową, bo jego cofa. No, ale on ma do tego prawo. Jego dorobek z dziedziny komputerowej jest niekwestionowany a jego udział w rewolucji naukowo-techicznej nie ulega wątpliwości.

No a co może Prezes bez takiego dorobku?

Na pewno zanim zacznie go odpychać, powinien popracować w banku. Dowiedzieć się co to takiego konto, co karta płatnicza, zdobyć trochę wiedzy na temat kredytu. Podzwonić po takich złośliwcach jak ja i skonstatować, że wyklepana na blachę formułka, którą się nabiera ludzi, czasami fałszywie pobrzmiewa i w zderzeniu z cynizmem klienta ma zadziwiająco inne oddziaływanie. Następnie, jak już trochę popracowało, należy zrujnować się na wypoczynek w kraju. Polecam Bałtyk. Zimna woda ma swój urok – orzeźwia, a bałtyckie plaże, gdzie zewsząd słychać rodzime problemy w rodzimym języku, zmuszają do wglądu w siebie. No i jak się wypoczywa za wielkie pieniądze po ciężkiej, mało płatnej pracy, to ma się poczucie spełnienia i raczej postępuje się z sensem. To taka droga, którą należy przejść i to takie doświadczenia, które należy mieć.

Wtedy, jak się zostanie Prezesem, to ma się dystans do tego co się mówi. I rozumie się to o czym się mówi, nawet jak to jest tekst, który przygotował asystent. A wzorowanie się na sir Clivie Sinclairze raczej powinno pozostać na później, kiedy ma się za sobą doświadczenie w przeglądaniu kilku internetowych stron traktujących choćby o wypoczynku i kiedy się umie sobie przypomnieć widok swojego tłustego d….ska na plaży w Chałupach.



9