Koń to koń

15/08/2010, 11:32 · · 2

Tak sobie myślę, że jak kiedyś skonstruowano pierwszy samochód, taki jeszcze niedoskonały i głośny, to wielu ludzi powiedziało, że takie coś to nie ma przyszłości. Koń to koń, zatniesz go batem po du… i pójdzie, a samochód bata nie słucha, więc jak na nim cokolwiek wymusić?

A wtedy jeszcze nie do końca było wiadomo, czy zwycięży auto na paliwo kupowane w aptece, czy też może pojazd parowy. Już sobie oczami wyobraźni znajduję taki obrazek, jak to na postój taksówek zajeżdża takie coś zwaliste, z kotłem i paleniskiem, i taksówkarz zanim złamie chorągiewkę, to najpierw podrzuca do kotła. Ale, skoro jednak wyścig wygrało auto jakie znamy (które, jak się dobrze zastanowić, to też powoli odchodzi w niebyt, bo wszyscy doskonale rozumiemy, że paliwo ropopochodne to nie jest to, co tygrysy lubią najbardziej), to spodobało nam się na zawsze, choć wiemy jakie jest niedobre i jakie popełnia wypadki drogowe. Bo przecież nie my.

No, ale samochód tak utrwalił się w naszej kulturze i tak zadomowił, że jakoś na nic innego nie mamy ochoty. Konstruktorzy bardziej zastanawiają się nad nowymi paliwami, niż nad nową ideą. I trwa wyścig: czy paliwa nieropopochodne – mam tu na myśli gaz ziemny, ten sprężony lub ten skroplony, czy może wodór albo elektryczność. Przy czym, jak mi się wydaje, liczenie na samochód elektryczny to raczej ślepa uliczka. Bo, powtórzę tu za pewnym redaktorem z telewizji: baterie, nawet najlepsze, kiedyś trzeba będzie wymienić, a utylizacja to jest dobry sposób, tylko dlaczego prędzej czy później baterie skończą w Bałtyku?

I tu na pewno trzeba przyznać, że Unia Europejska (tak, tak, to ta od norm zakrzywienia ogórka czy banana albo innych równie znakomitych pomysłów) tym razem idzie w sukurs zmianom, których jeszcze sobie nie uświadamiamy.

Kiedyś, jak przeżywaliśmy bujny rozkwit dorożkarstwa na całym świecie, to niektórzy myśliciele słusznie obawiali się, że końskie odchody uniemożliwią za chwilę poruszanie się po ulicach. Dziś, samochód, który zastąpił bryczkę, jak się okazuje, też nie obywa się bez zanieczyszczeń i smrodu. Ale czym go zastąpić, skoro jest tak niezastąpiony? Pomysłów parę jest, ale jeden brzydszy od drugiego. No, może segway? Chociaż jak się tak zastanowić, to bardziej on zastępuje skuter, bo na pewno nie samochód. I tak idziemy w tym kierunku zmian, do których zmusza nas wcześniej wymieniona Unia Ogórko… znaczy Europejska i nie zauważamy, że za chwilę przeżyjemy szok co się zowie. Bo mało kto wie, że owa Unia opracowała parę dyrektyw, które wymuszają na państwach europejskich bardzo poważne zmiany. I im szybciej je zastosujemy, tym lepiej, bo potem to będzie bieg na złamanie karku albo kary, o których kolega Egona Olsena z gangu zapewne by powiedział „klawo jak cholera”.

Z jednej strony państwo musi wprowadzić do użytkowania określony w dyrektywie kontyngent pojazdów napędzanych paliwem nieropopochodnym, a z drugiej państwo ma wprowadzić na autostradach wschód-zachód tak zwane Blue coridor, czyli zapewnić tankowanie gazu ziemnego. Ja nie słyszałem, aby coś się działo w tym kierunku, a tu mało czasu kruca bomba, mało czasu. No, ale odchodząc od dyrektyw brniemy dalej.

My, tak zwani ludzie, lubimy to co znamy. Samochód – za ten smrodek benzyny, pęd i klimę w środku. Motocykl za gang silnika, możliwość jazdy na jednym kole i moc oddawania nerek za darmo. Skuter o włoskim dizajnie, za możliwość poderwania prawie każdej panienki. Bo prawie każda mdleje na widok Lambretty.

Lubimy to co znamy, ale jednocześnie rozglądamy się za nowościami, co napędzają świat.

Ale my, tak zwani ludzie, nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie narzekali, jojczyli, czy chrzanili za uszami. No musimy. Musimy i już.

Proszę, np. taki komputer. Od dziesięcioleci zadomowił się na naszych biurkach, potem przeszedł w stan laptopiczny i tak naprawdę ulepszanie go polega na dodawaniu mu pamięci, odejmowaniu kilogramów, zwiększaniu mocy procesora, czy zmianie ekranu. Ale idea się nie zmienia. Komputer to komputer, czyli ekran, klawiatura i walizka pod biurkiem, o ile to nie iMac. A przecież, tak naprawdę, od paru lat czekamy na jakiś przyzwoity tablet. Na nową przyzwoitą ideę.

A jak jeden Stefan z Uesowa zademonstrował iPada, to zaraz padły pytania: a po co to nam? Do czego będzie służył? A czy aby jest to coś, na co czekamy? Bryczka czy samochód?

Tyle, że jak się przypatrzymy temu czemuś, to okazuje się, że to może być właśnie ta droga, którą powinniśmy kroczyć. Czyli nowa idea. Nie laptopy, notebooki czy netbooki, tylko tablecik. Większy od iPhone’a, a zarazem dużo bardziej funkcjonalny. Lekki prosty i wszystko ma.

Tylko ile to nas będzie kosztować? I nie chodzi tu o cenę iPada (która dla nas Polaków, przy naszych zarobkach jest kilkukrotnie zbyt wysoka), tylko chociażby o to, że trudniej cokolwiek sobie będzie spiratować, zainstalować jakiś niezakupiony program, czy dokonać czegoś, czego by producent nie przewidział. I to jest pewnie ta cena i to jest ten ból posiadania owego tablecika.

Jednak każdy kij ma dwa końce.

Komputer, jako forma otwarta, dawał możliwości kreatywne każdemu użytkownikowi. Oczywiście do najbardziej kreatywnych należą też producenci złośliwych oprogramowań, hakerzy, sieciowi złodziejaszkowie i tego typu gawiedź. Ale jest też cała grupa osób, która nie pracując w Cupertino czy Richmond, pokazywała drogę rozwoju.

Bo iPad postrzegany jest przy całej swojej nowoczesności, jako forma zamknięta. Czy w takim razie iPad jako forma zamknięta, będzie tym, czym jest komputer?

Jak na razie rozwój programów i programików w Apple Store pokazuje, że tak.

Chociaż wydaje się, że więcej wolności daje ten stary komputer jaki znamy. Więc na pewno tak szybko z naszych biurek nie zniknie.

Bo koń to koń, a bat to bat. To takie proste.

Pisane 11 kwietnia 2010 r., w bezsile w obliczu tragedii. Oby nigdy.

Felieton pochodzi z magazynu Moje Jabłuszko numer 4-5/2010



2