iMagazine

Gotując żabę

12/07/2015, 10:57 · · · 2

Już w 1872 roku Heinzmann udowodnił, że żaba umieszczona w stopniowo i ostrożnie podgrzewanej wodzie nie próbuje uciekać, bo powolne podwyższanie temperatury nie wyzwala u niej instynktu samozachowawczego.

Żaba to bardzo interesujące zwierzę, podobnie jak człowiek. Nie znaczy to, że żaba jest jakoś wyjątkowo podobna do człowieka z twarzy, ale o to, że eksperymenty z ludźmi są tak samo wciągające jak te z żabą. Może nawet bardziej? Bo człowiek to z jednej strony najinteligentniejsze stworzenie na ziemi, a z drugiej – głupsze niż but z lewej nogi, bo trudno mu przychodzi uczenie się na własnych błędach.

Weźmy na przykład takie komputery. Na samym początku, kiedy komputery zaczęły wchodzić do firm i powstały arkusze kalkulacyjne, wszystkim wydawało się, że idzie ku dobremu. Dzięki takiemu komputerowemu arkuszowi w ciągu jednego dnia można wykonać rachunki, które księgowemu zajmowały cały miesiąc. A skoro tak, to nie tylko będzie taniej, ale jeszcze zostanie nam miesiąc bez jednego dnia na zabawę i swawolę. Nie tylko naszą pracę będziemy wykonywać bardziej efektywnie, ale jeszcze do tego pracować będziemy krócej. W pozostałym czasie możemy pławić się w błogiej bezczynności, rozrywkach i życiu rodzinnym. Człowiek to takie zwierzę, które lubi myśleć z jednej strony nieco życzeniowo, a z drugiej nieco naiwnie. I jednodrożnie. Bo o ile z komputerowo-technologicznego punktu widzenia twierdzenie takie mogłoby być prawdą, to z punktu widzenia ekonomicznego nie można wymyślić nic głupszego. Szybko więc przekonaliśmy się, że właściwą implikacją postępu technologicznego jest fakt, że skoro w jeden dzień możemy wykonać pracę zajmującą miesiąc, to znaczy, że musimy jej wykonać w miesiącu 30 razy więcej. Zamiast odejmować, dodajemy. Albo mnożymy. W skrócie – to, co miało spadać – wzrasta, a to, co miało wzrastać – spada. A mimo wszystko nadal oczy nam się świecą, gdy widzimy szybsze i bardziej efektywne komputery.

Analogicznie można spojrzeć na komunikację. Najpierw telefonia stacjonarna, następnie komórkowa. Po chwili smartfony, czyli nic innego jak przenośne komputery w kieszeniach. A w dzisiejszych czasach – wisienka na torcie, czyli inteligentne zegarki. Kiedyś można było nie odebrać telefonu, bo akurat „nie było mnie w domu”. W erze komórek mogło nie być zasięgu lub akurat rozładowała się bateria, ale stopień trudności stawał się już dużo wyższy. A jak dzisiaj powiedzieć szefowi, że przeoczyło się jego wiadomość, skoro dzwoni nam urządzenie na nadgarstku? Ktoś obciął nam rękę razem z zegarkiem?

Paradoksalnie, im efektywniejsi się stajemy, tym mniej mamy czasu. Im szybsza komunikacja, tym bardziej powierzchowna interakcja.

Zgodnie z piramidą Abrahama Maslowa człowiek ma pięć grup potrzeb: potrzeby fizjologiczne, bezpieczeństwa, przynależności, uznania i samorealizacji. O ile potrzeby fizjologiczne nie wymagają szerszego tłumaczenia, a potrzeby bezpieczeństwa są cywilizacyjne mocno zachwiane, o tyle trzy pozostałe grupy zaczynają być realizowane w świecie cyfrowym, co jasno tłumaczy fenomen wszelkiego rodzaju serwisów społecznościowych. Pozwalają one bowiem, na życzenie i z natychmiastową gratyfikacją, na zaspokojenie większości z wyższych potrzeb człowieka – przynależności, uznania i samorealizacji. Zaspokojenie oferowane przez świat wirtualny jest bardzo powierzchowne, ale na tyle realne, że wracamy po więcej, nie zastanawiając się nad potencjalnymi konsekwencjami tego złudnego poczucia zaspokojenia. Co więcej, sam internet ingeruje również w potrzeby niższego rzędu – na przykład fizjologiczne (seks) czy bezpieczeństwa (przekazując olbrzymie ilości niesprawdzonych wiadomości o potencjalnych zagrożeniach).

Można to porównać do sytuacji, kiedy zaczynamy się żywić wyłącznie produktami z fast foodów. Mają one smak i wydaje nam się, że zaspokajają nasze potrzeby, jednak na dłuższą metę nie dostarczają właściwych składników odżywczych, w rezultacie czego można zagłodzić się na śmierć, mając przy tym 100 kilogramów nadwagi.

Zachowujemy się więc jak owa gotowana żaba, która nie zauważa, że zaczyna się robić za gorąco i czas wyskoczyć z menzurki. Dodatkowym problemem jest fakt, że gotujemy nie pojedynczą żabę, ale całe społeczeństwa. I nawet jeśli tu i ówdzie jakaś żaba postanawia uratować swoje życie, w globalnym sensie nie ma to wielkiego znaczenia.

Pracujemy dużo więcej, żeby zaspokoić potrzeby fizjologiczne i bezpieczeństwa, potrzeby wyższe zaspokajamy fast foodami z internetu. Ograniczamy prawdziwą przynależność – w związkach osobistych, kołach znajomych czy grupach społecznych. Potrzeby uznania i samorealizacji również zaniedbujemy, zadowalając się chwilową gratyfikacją społeczności internetowych. To wszystko w żaden sposób nie przekłada się na „prawdziwy produkt”, jakim jest komunikacja interpersonalna czy wspólne, „fizyczne” wykonywanie czynności. Żeby się o tym przekonać, wystarczy w życiu realnym przeprowadzić eksperyment, polegający na rozmowie z kimś, kto nas nie słucha i kimś, kto przykłada uwagę do tego, co mówimy. Nie można mówić do poruszających się obiektów. Jeśli osoba, z którą rozmawiamy, w tym samym czasie wykonuje inne czynności i nie przykłada wagi do rozmowy, nasze poczucie własnej wartości natychmiast spada i zaczynamy się przed tym bronić. To właśnie dlatego wykładowca wyrzuca z wykładu studenta, który zamiast słuchać zajmuje się innymi rzeczami. Analogicznie, nasze poczucie zaspokojenia rośnie, kiedy osoba, z którą rozmawiamy, wyraża szczere zainteresowanie tym, co mówimy, koncentruje na nas swoją uwagę i utrzymuje kontakt wzrokowy. Niby nic, a jednak bardzo dużo.

Co ciekawe, tym, co powstrzymuje nas przed podejmowaniem racjonalnych wyborów, jest potrzeba przynależności i strach przed wykluczeniem – obawiamy się, że jeśli nie będziemy uczestniczyli w tym, w czym uczestniczy reszta naszego społeczeństwa, staniemy się wykluczeni i pośrednio zagrozimy naszemu bezpieczeństwu – przez nieotrzymywanie informacji, które mogą mieć dla niego bezpośrednie znaczenie. Można śmiało powiedzieć, że zaplątaliśmy się w sieci – w dosłownym i przenośnym tego słowa znaczeniu.

Oczywiście, takie wywody nie mają większego znaczenia, jeśli nie proponujemy żadnego rozwiązania – remedium, które zaradzi narastającym problemom. Nieszczęśliwie, w tym przypadku problem nie został jeszcze zdiagnozowany i niewiele osób dostrzega konieczność podjęcia zdecydowanych kroków. Wręcz odwrotnie – społeczna tendencja do podłączania coraz większej liczby życiowych aspektów do globalnej sieci narasta, wraz ze zwiększającą się liczbą technologicznych akolitów i wymieraniem tych, którzy pamiętają analogowe życie.

Chociaż trudno to sobie wyobrazić, pokolenie, które nie zna życia bez komputerów i sieci, właśnie wchodzi w dorosłość. Oznacza to również, że są to ludzie, którzy nie do końca rozumieją proporcje pomiędzy pracą a odpoczynkiem, podstawowymi wartościami czy różnymi głębokościami komunikacji. To młodzi ludzie, wychowani przez pierwsze pokolenie dorastające we względnej demokracji, które zachłysnęło się zachodnim stylem życia, pracą 12 godzin dziennie i wspinaniem się po szczeblach kariery. Przez to zachłyśnięcie się nie zdołało zadowalająco przekazać odpowiednich wartości i umiejętności swoim dzieciom, które teraz przekonane są, że relacje interpersonalne są zdecydowanie mniej istotne niż kariera i pieniądze.

Dodatkowo, w społeczeństwach zbudowanych na schemacie pierwszego świata, wyłamywanie się pojedynczych jednostek nie robi różnicy, aż do czasu osiągnięcia masy krytycznej. Jedynym rozwiązaniem wydaje się zachowywanie równowagi, a przynajmniej próby jej zachowania, czyli świadome korzystanie z dobrodziejstw technologii i niepopadanie w przesadę. Niestety, wymaga to wykształcenia w sobie pewnego poziomu asertywności w stosunku do zastosowań nowych technologii oraz powrotu do bardziej tradycyjnego modelu wychowania, który nie zakłada, że wszystko, co młody człowiek powinien wiedzieć, znajduje się w sieci. Nie twierdzę, że to zadanie łatwe, kiedy pracownik, który odmawia pracy 12 godzin dziennie, tłumacząc się potrzebą przebywania z rodziną, natychmiast zostaje zastąpiony takim, który nie demonstruje tym podobnych, ekonomicznie zakazanych potrzeb. Jednak jeśli osiągniemy pewną masę krytyczną, możemy ustawić technologię na właściwym, wspomagającym miejscu. Zamiast pozwalać jej dominować i podgrzewać wodę stopień po stopniu do momentu, kiedy po powierzchni będą pływać ugotowane żaby, z wybałuszonymi ze zdziwienia oczami.

Bo taka ugotowana żaba to bardzo smutny widok.

Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 06/2015


Kinga Ochendowska

NAMAS'CRAY  The crazy in me recognizes and honors the crazy in you. Jestem sztuczną inteligencją i makowym dinozaurem. Używałam sprzętu Apple zanim to stało się modne. Nie ufam ludziom, którzy nie lubią psów. Za to wierzę psom, które nie lubią ludzi.


Dodaj komentarz

Kosma Appel napisał(a):

Brawo! Świetny tekst, naprawdę dawno już nie czytałem lepszego, może też dlatego, że wyjątkowo trafił też w moje ostatnie przemyślenia dotyczące mojego życia i technologii.
Bardzo rzadko zdarza mi się komentować cokolwiek w sieci, nie mam na to ochoty i potrzeby, ale tym razem założyłem konto na disqus tylko po to, żeby Ci podziękować Kingo za ten artykuł.
Jedyne co mam do zarzucenia, że jest za krótki, chętnie oddałbym się lekturze i przemyśleniom na dłużej. Ale może to tęż jest właśnie ta oznaka nowych czasów, gdzie teksty stają się coraz krótsze, bo mamy coraz mniej czasu, aby się nimi odpowiednio delektować.

Jeszcze raz dziękuję i liczę na kolejne tak dobre teksty.

DoNotProcrastinate napisał(a):

Ciężko czyta mi się takie teksty. Ludzie, którzy są opisani w tekście, na pewno istnieją, ale nie wydaje mi się aby była to nawet połowa ludzkości, tej z dostępem do technologii. Znam takie osoby, ale są to znajomi, bliscy się tak nie zachowują.