Mastodon

Hejt w czasach wolności słowa

2
Dodane: 9 lat temu

Zderzenie wolności słowa z nowoczesnymi sposobami rozpowszechniania informacji skutkuje informacyjnym tsunami, które codziennie przelewa się przez sieć. W zalewie tym dużą karierę robi tak zwany hejt – zjawisko, wobec którego prawo wydaje się bezsilne.

Obowiązująca Konstytucja zapewnia nam wolność wyrażania poglądów oraz rozpowszechniania informacji, zwaną potocznie „wolnością słowa”. Znaczenie wolności słowa w porządku demokratycznym trudno przecenić. Dość powiedzieć, że jej brak jest cechą każdego autorytarnego czy totalitarnego reżimu, które znamy z historii. Dlatego stopień poszanowania wolności słowa można uznać za miernik stanu demokracji. Ograniczenia tej wolności przybierają różne formy, lecz prawie zawsze znamionują osłabienie demokracji na rzecz autorytaryzmu.

Z wolności słowa korzystamy zawsze, gdy zabieramy głos publicznie. Kiedy więc publikujemy wpisy w mediach społecznościowych, komentujemy wpisy innych osób, publikujemy informacje o znanych nam faktach lub inne treści pozostajemy pod ochroną Konstytucji. Mamy prawo głośno wyrażać swoje poglądy polityczne, społeczne, gospodarcze, religijne i jakiekolwiek inne, i powszechnie z tego prawa korzystamy.

Często zapominamy, że takie osoby również pozostają pod ochroną, a wolność słowa to także (a może przede wszystkim!) wolność niezgadzania się z opiniami innych, a także wolność krytykowania tych opinii.

Każdy jednak, kto publikuje swoje opinie, łatwo zauważy, że często pojawiać się będą oponenci gotowi do sporu z tymi poglądami. Często zapominamy, że takie osoby również pozostają pod ochroną, a wolność słowa to także (a może przede wszystkim!) wolność niezgadzania się z opiniami innych, a także wolność krytykowania tych opinii. Społeczeństwa demokratyczne oparte są na konkurencji różnych idei i opinii, tarcia między nimi są zaś naturalnym sposobem dochodzenia do konsensusu. Wymaga to od uczestników dysput tolerowania tego, że ich opinie nie będą podzielane, a tolerancja ta jest niezbędna do prowadzenia dyskusji bez względu na to, jak bardzo niedoważone lub nawet głupie wydają się nam poglądy naszego oponenta. Zatem każdy, kto publikuje swoje opinie, powinien uzbroić się w gotowość znoszenia ich krytyki, choćby przybierała ona bardzo szorstkie formy, z satyrą włącznie. Zaznaczmy jednak, że „ścieranie się idei” oznacza pojedynek na argumenty, nie zaś pojedynek na pięści, a szorstkość dyskusji powinna być skierowana na poglądy przeciwnika – nie na niego samego.

W internecie rywalizacja między ideami i opiniami przybiera wszystkie możliwe do wyobrażenia formy: od dysputy naukowej do bezpardonowych, wulgarnych rozrób. Najbardziej prostackie metody wydawania opinii – nazywane modnie hejtem – trudno w zasadzie zakwalifikować jako wymianę argumentów; stanowią one raczej wirtualny odpowiednik tego, co w tzw. realu nazywamy bijatyką. Hejt stał się stałym elementem internetowego krajobrazu i dzięki niestrudzonym wysiłkom pewnej kategorii internautów dopracował się statusu istotnego zjawiska społecznego, tematu prac naukowych z dziedziny socjologii czy psychologii społecznej.

Z prawnego punktu widzenia problem języka nienawiści nie jest nowy. Wiele przepisów prawa wytycza granice wolności słowa, a dyskusja na temat tych granic jest cały czas żywa w orzecznictwie sądowym, doktrynie prawniczej, publicystyce dziennikarskiej i na innych forach. Przykładowo z zakresu wolności słowa jest wyłączone publicznie nawoływanie do nienawiści na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych albo ze względu na bezwyznaniowość. Zakazano też publiczne stosowanie języka zniewag lub zniesławień w odniesieniu do grup ludności, instytucji lub osób indywidualnych. W pewnym uproszczeniu zniewagi polegają na używaniu języka obelżywego w stosunku do osób, zniesławienia zaś na przypisywaniu cech, które pomawianych osób nie cechują, jeśli może to te osoby poniżyć w opinii publicznej lub narazić na utratę zaufania potrzebnego dla zajmowanego przez nie stanowiska, lub wykonywanego zawodu czy działalności.

Niewątpliwie nowy jest natomiast swoisty rozmach, z jakim hejt rozprzestrzenił się w naszej codzienności i znaczenie, jakie udało mu się osiągnąć.

Niewątpliwie nowy jest natomiast swoisty rozmach, z jakim hejt rozprzestrzenił się w naszej codzienności i znaczenie, jakie udało mu się osiągnąć. Jego spowszednienie i wszechobecność rodzi łatwo dostrzegalne negatywne skutki społeczne, ale jednocześnie spektakularnie pokazuje słabość narzędzi prawnych w walce z tym zjawiskiem. Z przyczyn praktycznych nie może być nawet mowy o wszczynaniu dochodzenia za każdym razie, gdy w internecie pojawia się mowa nienawiści. Z tego samego powodu policja, prokuratura i sądy mogą reagować jedynie w sytuacjach skrajnych, często dopiero po nagłośnieniu medialnym sprawy, kiedy negatywne skutki hejtu nie są już możliwe do zignorowania. Bardzo rzadko ochrony swoich praw poszukują ofiary zniewag czy zniesławień internetowych. Wizja długotrwałych, skomplikowanych i kosztownych postępowań sądowych, czy to cywilnych, czy karnych skutecznie odstrasza wszystkich poza garstką najbardziej zdeterminowanych.

…hejt to cena płacona za wolność słowa w społeczeństwie nieumiejącym dyskutować.

Można i trzeba zastanawiać się nad tym, czy jest możliwe stworzenie narzędzi prawnych do skutecznej walki z hejtem. Ważne jest jednak uświadomienie sobie także, że hejt to cena płacona za wolność słowa w społeczeństwie nieumiejącym dyskutować. Cena ta jest tym większa, im mniejsza jest skłonność do szanowania oponentów i umiejętność posługiwania się racjonalnymi argumentami. Dobrą wiadomością jest to, że sztuki toczenia sporów, choćby twardych, można się nauczyć. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby umiejętności te przekazywać uczniom w szkołach, pokazując wartość racjonalnego argumentu oraz szacunku dla oponenta bez względu na to, czy się z nim zgadzamy, czy nie. Można uczyć, że spór sam w sobie – jeśli prowadzony racjonalnie – niesie ze sobą wiele pozytywnych skutków, ponieważ stanowi okazję do zrozumienia innego punktu widzenia, poszerzenia wiedzy, a nawet szansę na zmianę zdania, jeśli tkwimy w błędzie. Warto zadbać o jakość sporu, ponieważ będzie on nam towarzyszył tak długo, jak długo istnieje myśl. I to jest, wbrew pozorom, dobra wiadomość.


Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 12/2015

Gracjan Pietras

Autor jest adwokatem i wspólnikiem w kancelarii „Doktór Jerszyński Pietras” w Warszawie. www.djp.pl

Zapraszamy do dalszej dyskusji na Mastodonie lub Twitterze .

Komentarze: 2

Zabrakło wzmianki o czymś co zwą konstruktywną krytyką. Moim zdaniem dobrze, że nie we wszystkich sprawach reaguje policja i prokuratura. Dzięki temu nikt nie żyje w szklanej kuli, która broni go przed światem zewnętrznym. Same pozytywne komentarze i treści wnoszą tylko część myśli odbiorców. Oczywiście skrajne przypadki hejtu trzeba tępić, ale mały diss na nas czy na kogoś raz na jakiś czas pozwala mieć szerszy obraz. Ważne żeby był balans, samo uwielbienie bądź hejt to dwie skrajności, które nie same w sobie nie są dobre dla nikogo.

Przeciwnie: ten artykuł jest przede wszystkim o konieczności tolerowania krytyki, a także o pięknie sporu toczonego na argumenty.