Netflix i narodowa szabelka

06/03/2016, 10:00 · · · 7

Piekło zamarzło, można by rzec, gdy w środę 6 stycznia AD 2016, podczas tegorocznych targów CES w Mieście Grzechu, szef Netflixa, Reed Hastings, oznajmił, że serwis jest od teraz wszędzie (#netflixeverywhere). Globalne uruchomienie najpopularniejszej usługi VOD (Video On Demand) na świecie dotyczy także Polski. Zaznaczam globalne, ale dlaczego – nieco później. Internet został praktycznie zdetonowany. Niektórzy nawet po kilkunastu godzinach ustawili w swoich Tweetbotach filtry na wspomniany hashtag, ponieważ hype osiągnął błyskawicznie apogeum. Nie ma jednak róży bez kolców, a patrząc przez naszą narodową optykę, to właściwie nie ma życia bez użalania się. Nad sobą i na własny koszt.

Automanipulacja

To będzie całkowicie moje spojrzenie. Mogę – dziękuję, przepraszam, proszę. Z ostatnim

zwracam się przede wszystkim do młodszych czytelników iMagazine. Nie dajcie sobie wmówić, że przedstawione podejście jest z góry narzuconym schematem, od którego wstyd się wyłamać.

Polacy:

– Dlacego nie ma Netflixa w Polsce?! Czy my jesteśmy jakimś Trzecim Światem?!

– 8 euro to stanowczo za drogo! Jesteśmy biednym krajem!

Nie jest. Nie jest też miło obserwować, w jaki sposób za każdym niemal razem niektórzy ludzie internetu reagują na wprowadzanie nad Wisłę kolejnych globalnych usług. Reagują agresją i użalaniem się nad swoim, rzekomo okrutnym losem bycia Polakiem. Ponoć tak bardzo ubogim, tak bardzo skrzywdzonym przez historię, która niczym piekielny bumerang wraca co jakiś czas i podcina im resztki inteligencji. Bo jak inaczej nazwać sytuację, w której ktoś, ot tak, po prostu rzuca w publiczny kanał podobne do powyższego przykładu frazy? Albo zapytam inaczej: Naprawdę jesteśmy gotowi na bycie krajem „pierwszego świata”?

Komu obecny stan przeszkadza? Choćby mnie. Dlaczego? Ponieważ obserwuję z roku na rok, jak społeczeństwo traci zdolność wyrażania subiektywnego osądu na jakikolwiek temat. Odrywamy się od rzeczywistości, w której istnieje produkt i klient, który za ten produkt gotowy jest zapłacić. Od rzeczywistości, w której kultura jest szanowana i doceniana – także dosłownie, ponieważ konsumenci szanują siebie nawzajem. Czy to jest przypadek czysto polski? Nie. Era konsumpcjonizmu i jeszcze milion innych powodów, które można by podać, by argumentować, ale tego nie zrobię, bo problem leży w nas.

Sam pamiętam czasy technikum, gimnazjum także, kiedy rzeczywiście trudno było zrozumieć, dlaczego Zatoka Piratów nie jest jedynym miejscem na Ziemi, w którym należy szukać oprogramowania, muzyki i filmów. Potrzebowałem kilku lat i odkąd przesiadłem się na nagryzione jabłka, w końcu piractwo i wszelkiej maści kombinowanie do dziś mnie brzydzi. O tym, dlaczego nie warto, pisałem w zeszłym miesiącu w felietonie „Infinite Loop na Nowy Rok”. Jesteśmy tak bardzo oporni na płacenie za szeroko rozumianą własność intelektualną…

Dzieje się tak, ponieważ paradoksalnie ciągle rozpamiętujemy przeszłość – myśląc, że nie mamy, nawet gdy mamy, jednocześnie pragnąc lepszej przyszłości i to od zaraz, i za darmo. Nakręcamy spiralę pretensji do całego świata, stawiając siebie w jego centrum. Nie – nie jesteśmy tam i wcale nie musimy być. Już w pierwszych godzinach obserwowałem szum informacyjny: jedni przez drugich podawali szumnie informacje brzmiące mniej więcej tak: „Polska doceniona! Netflix wchodzi do naszego kraju!”. Po pierwsze, Netflix w tym dniu został uruchomiony globalnie, w niemal 130 krajach. Nie tylko w cierpiącej i biednej Polsce. Po drugie, globalne uruchomienie usługi nie oznacza tego samego, co uruchomienie jej tylko na danym rynku i nie znaczy, że musi w niej być plejada serialowych produkcji polskich stacji telewizyjnych czy polski interfejs strony www w dniu premiery. Jakoś nikt nie narzeka, że Apple nie tłumaczy stron produktowych w dniu Keynote. No tak, to Apple – im się wybacza. A wystarczyłoby, żeby 50% osób dodających hashtag #netflixeverywhere zadało sobie trud i dowiedziało się na stronie głównej usługi, co za nim stoi i dlaczego.

Podobnie, choć bardziej tragikomicznie sprawa ma się w przypadku #NetflixAndChill, który ludzie zaczęli dodawać do tweetów, myśląc, że oznacza relaks. Przecież to oczywiste? Nie. Potoczne „Netflix and chill” to zwrot i hashtag zapraszający innych na… seks. Tak. Na seks. Na stosunek płciowy, któremu towarzyszy włączony w tle Netflix. Tutaj macie wyjaśnione: http://www.urbandictionary.com/define.php?term=netflix+and+chill. Pierwszy link w Google’u. Wystarczyło sprawdzić. Proste? Nie zwalajmy więc winy na cały świat, na edukację, na rządy czy internet, jeśli sami nie chcemy podjąć minimum wysiłku prowadzącego do wyrobienia własnego stanowiska na dany temat. O pogłębionym researchu nie wspomnę. No, chyba że w przypadku szukania powodów do wojenek – o tak, tutaj potrafimy wiele. I tak każdy sprawdził w ciągu 5–10 minut od A do Z całą bazę filmów i seriali, którą Netflix zaoferował po starcie na terenie Polski. Bum. Oczywiście, potem była fala tłumaczeń: „Źle się uczy angielskiego w Polsce!”. O tym jeszcze później, ale: serio? To po co nam ten iPhone, Macbook, iPad czy w końcu logiczne myślenie? Tak, myślenie. Media społecznościowe nie robią tego za nas. Nie są sztuczną inteligencją, która ochroni nas przed tym, co niekorzystne, złe, oczerniające. Co tam seks, gdzie jest Underwood?!

Netflix

Co kontynent, to kontent

Uruchomienie Netflixa w Polsce to jeszcze przecież spisek wszelkich, możliwych rządów i masonów, o czym świadczy dogmatyczna sprawa braku serialu „House of Cards” w ofercie. Nie ma go, ponieważ inna firma na terenie Polski kupiła prawa do jego emisji. Ponownie – wystarczyło użyć Google’a.

„Niestety upłynie jeszcze sporo czasu, aż dojdziemy do ładu z licencjami, zwłaszcza że w Polsce jest przynajmniej kilka organizacji odpowiadających za prawa autorskie”, pisał, próbując ogarnąć wszechobecną burzę, w jednym z tekstów na iMagazine.pl Paweł Okopień. Nic dodać, nic ująć. Wprowadzenie jakiejkolwiek usługi na terytorium danego Państwa nie odbywa się tak, że do producenta dzwoni Frank Underwood i mówi: „Jutro pełny Netflix, albo świat o was zapomni”. Nie zapomni. Ten „pierwszy świat” rozumie, że producenci nie stoją ponad prawem, a prawo jakie jest, każdy widzi. Liczba uwarunkowań wytwórni muzycznych, organizacji chroniących prawa autorskie (jak polski ZAiKS) czy innych zmiennych, które o tym decydują, jest ogromna. Czy w takim razie uważam, że Netflix oferuje mało na terenie Polski? Nie. Uważam, że oferta jest okrojona, ale szczerze – mało mnie interesuje czy względem USA, czy choćby Bangladeszu, ponieważ przeglądnąwszy faktycznie całą bibliotekę, dodałem do swojej listy na tyle dużo seriali i pozycji, że wystarczy mi ich do około grudnia. Do tego czasu według mnie baza powiększy się dość znacząco.

Nie każdy będzie miał tak samo, ale po to jest właśnie testowy miesiąc. Jeszcze raz, bo nie każdy może wyłapał: testowy i całkowicie za darmo. Producenci oprogramowania, dostawcy usług czy krawiec, nie będą za nas podejmowali decyzji o korzystaniu z ich produktów. Mogą doradzić, dać przymierzyć, uwzględnić ewentualne sugestie, ale nie nakażą niczego, jeśli sam tego nie zaakceptujesz. Nie kupisz, nie zapomnisz o mailu przypominającym, że za trzy dni zostanie pobrana pierwsza opłata, ponieważ okres testowy dobiega końca. A jeśli już się zdecydujesz, to czy warto? Tutaj znowu kwestia jest szalenie indywidualna. Dotyczy twojego, nie mojego budżetu domowego. Jeśli znamy nasze potrzeby, wydatki, oczekiwania – decyzja nie będzie trudna. Paweł podał jednak dość trafną kalkulację, którą pozwolę sobie przytoczyć:

„Netflix jest drogi, jeśli do tej pory za filmy wcale nie płaciliśmy, ale z perspektywy legalnego dostępu do treści jego cena jest naprawdę atrakcyjna. 52 złote możemy podzielić pomiędzy bliskich, a nawet znajomych i wyjdzie nam 13 złotych miesięcznie (przy 4 płacących osobach), nie łamiąc żadnych regulaminów. 52 złote miesięcznie to mniej niż jeden nowy film na Blu-ray. To podobna kwota co za abonament do kina Cinema City”.

W kinie mamy jednak polskie napisy. No właśnie. I tutaj dochodzimy do najbardziej przykrego, a jednocześnie najbardziej genialnego wątku, w całej aferze związanej z premierą Netflixa w naszym kraju.

Netflix-2

English SDH, czyli „po jakiemu”?

Ileż to boleści przelało się przez internet w związku z tym, że Netflix nie zaoferował na starcie całego kontentu zaopatrzonego w polskiego lektora lub (co gorsza) dubbing albo chociaż napisy. Jak tak można? Przepraszam bardzo, czy ktoś tu nie chciał być czasem taki „światowy”?

Odstawmy na bok malkontentów, ponieważ – powiedzmy to sobie wprost – większość młodych osób, a to oni są targetem Netflixa i najliczniejszą grupą odbiorców w Polsce – uczyła się angielskiego kilka lat. Lepiej lub gorzej, lecz jednak uczyła. I tym, którzy właśnie nieco słabiej radzą sobie z tym językiem, Netflix spada wręcz z nieba. A przynajmniej może spaść. Wszystko za sprawą faktu, że anglojęzyczne produkcje w tej usłudze, posiadają opcję włączenia angielskich napisów, którą ktoś nazwał tajemniczo: „English SDH”. O co chodzi?

English SDH, czyli „Subtitles for the deaf and hard-of-hearing”, to nic innego, jak napisy dla osób głuchoniemych. Co ciekawe, oferują je także wybrani nadawcy telewizji naziemnej DVB-T w Polsce. Kto o nich słyszał? Na czym polega ich szczególna zaleta? Właśnie na trybie SDH, który po prostu opisuje nam różne dźwięki, płynące z otoczenia w trakcie trwania danej sceny. Są to na przykład skrzypiące drzwi, iskrzące się w kominku drewno, dźwięk dzwonka do drzwi, szelest liści, rozmowa z tak zwanego offu – kiedy bohaterka dyskutuje z kimś przez telefon, trzymając go przy uchu czy chociażby gwizdanie. Kwestie opisujące zdarzenia w tle są wyświetlane w nawiasach kwadratowych, pomiędzy głównymi dialogami lub równo z nimi. Nie tylko więc uczą nowych słów czy idiomów, ale także pewnych specyficznych dla języka angielskiego określeń opisujących dane czynności, sytuacje czy po prostu wydarzenia dnia codziennego. Nie ma co zwalać winy na nauczycieli, o co zapytałem osobę, która o takim sposobie nauczania i samodoskonalenia języka wie prawie wszystko – Arlenę Witt, znaną jako @wittamina, prowadzącą kanał „Po Cudzemu” na YouTube. „W edukacji rzadko stosuje się jakiekolwiek materiały spoza podręcznika, bo podręcznik jest najłatwiejszym rozwiązaniem dla nauczyciela, a wszystko inne to dodatkowa praca. (…) Taki film to zapychacz czasu albo – dla niektórych nauczycieli – pomysł na lekcję, gdy mają kaca” – mówi Arlena. Natomiast odwrotna strona medalu jest taka, że jeśli chcemy szybko i efektywnie – czyli nie metodą bezśladową „Wykuj, zalicz, zapomnij” – nauczyć się języka, musimy się z nim nieustannie osłuchiwać. Szukać, dopytywać, powtarzać. Jeśli w końcu spróbujesz oglądać anglojęzyczne filmy bez lektora, zrozumiesz, jak wiele zyskałeś i nigdy do niego nie wrócisz. Pozostaniesz przez jakiś czas na polskich napisach i wtedy warto albo używać jakiejś usługi VOD, jak właśnie Netflix, albo gdzieś je wypożyczać. Dlaczego? Ponieważ o ile można spotkać prawdziwych miłośników robienia tłumaczeń, którzy z pasji wykonują napisy do filmów w Zatoce Piratów, o tyle w 75% przypadków jakość tłumaczeń w popularnej sieci torrentów jest mniej niż średnia. W końcu warto całkowicie zrezygnować z tłumaczeń, choćby kosztem stopowania oglądanego materiału co jakiś czas, aby znaleźć znaczenie niezrozumiałych w angielskich napisach słów. „Do napisów angielskich trzeba dorosnąć czy raczej się douczyć. Aby oglądać filmy z angielskimi napisami, wystarczy uczyć się angielskiego rok lub dwa i spokojnie poradzimy sobie ze zrozumieniem 80% treści filmu” – dodaje Arlena. Spróbujcie i sami się przekonajcie.

Jest jeszcze jedna zaleta napisów. „Napisy nie zawsze są stuprocentowym transkryptem dialogów – są często uproszczone i nieco skrócone, bo czytamy wolniej, niż słuchamy. Właśnie dlatego kierowane są do osób niedosłyszących, aby poznały one treść dialogu, a niekoniecznie poznały go słowo w słowo”. Uzupełniając komentarz Arleny, dodam tylko, że według mnie tak samo nie należy słowo w słowo uczyć się języka lub zrażać, gdy nie rozumiemy konkretnych wyrazów w czytankach, książkach, podcastach czy filmach.

Dlaczego bowiem tak bardzo bijemy na alarm, gdy coś nie jest po polsku? @wittamina podsumowuje to tak:

„Można sądzić, że napisy to zło, bo jesteśmy leniwi i przyzwyczailiśmy się do tego, że mówi do nas lektor. Ale gdyby z dnia na dzień telewizje zastąpiły lektorów napisami, dzieci urodzone od jutra nie znałyby innej rzeczywistości, to napisy stałyby się dla nich naturalne. Tak samo jak dziś dla roczników 1995+ naturalny jest internet, a dla nas wszystkich naturalne są napisy w kinach – tam jakoś się lektora nie domagamy. Z tego samego powodu oczekujemy dostosowania takich usług jak Netflix do polskiej wersji językowej – jesteśmy leniami. A łatwiej żądać tłumaczenia, niż nauczyć się języka”.

I ta bariera zawsze będzie istniała. Zawsze też będziemy nieco leniwi. Sceptyczny był choćby nasz redakcyjny kolega, Paweł Jońca, który po jakimś tygodniu obcowania z Netflixem przyznał na Twitterze: „Coraz bardziej podoba mi się ten #Netflix. Okazało się, że znam angielski lepiej, niż myślałem”. Nie dlatego, że Netflix jest czarodziejski czy idealny, ale dlatego, że spróbował, chciał – słowo klucz, poznać jego możliwości i po prostu je odnieść je do swoich potrzeb. Tyle i aż tyle.

Jeśli dotrwałeś do tego momentu, czytelniku drogi, to gratuluję i bardzo dziękuję za twój czas. Będę szczęśliwy, jeśli choć jedna osoba nabierze dystansu i zacznie badać nowe przestrzenie, które co jakiś czas się pojawiają, zachowując przy tym swoje, a nie moje lub czyjeś zdanie. Dobrego odbioru dynamicznych czasów.


Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 02/2016



7

Krzysztof Kołacz

👨🏻‍💻 Technologia, kawa i my sami. 🎙 W podcaście „Bo czemu nie?”. 📰 W newsletterze „The Menu Bar” oraz tutaj. Kocham 🏃🏻‍♂️ i ☕️ specialty.