Trochę mi smutno, Apple…

15/10/2016, 10:14 · · · 15

Po raz pierwszy od lat zainstalowałam betę iOS.


Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 8/2016


Instalując oprogramowanie w wersji beta, trzeba mieć świadomość, że nie jest to wersja w pełni użytkowa. Publiczne bety są stabilniejsze niż te, które są przeznaczone dla developerów, ale jednak. Dlatego też nie zamierzam tu dyskutować o tym, jak owa beta działa i czy są w niej błędy – oczywiście, że są. Taka jest jej funkcja i instaluje się ją po to, by te błędy wyłowić i wysłać stosowny feedback. Koniec, kropka. Mój drobny smuteczek powoduje nie tyle niestabilność działania, błędy w Siri czy słaba synchronizacja z Photos – to wszystko było do przewidzenia przy świadomości, że pracujemy na wersji testowej. Na plus trzeba zaliczyć fakt, że żadna z aplikacji, których na co dzień używam, nie odmówiła współpracy z betą. Raz na jakiś czas występuje błąd, który znika po restarcie aplikacji. Jak na publiczną betę – nie jest źle.

Smuteczek wynika z drogi, jaką obiera Apple.

Na pierwszy rzut oka, jak to u Apple, nic się nie zmieniło. Ta sama tapeta, ten sam układ ikon, nic nadzwyczajnego. Ale już po chwili zaczyna się robić „dużo”. Trudno mi określić to w inny sposób – po prostu „dużo”. Za czasów Steve’a Jobsa w Apple panowało ZEN. Prosto, prościej, najprościej. Żadnych zbędnych wodotrysków. Nawet efekty specjalne były minimalistyczne. W nowym systemie z ZEN nie pozostało prawie nic.

Oglądając ostatnie Keynote, nie mogłam oprzeć się  wrażeniu, że Apple skręca. Zupełnie nie podzielałam zachwytu niektórych redakcyjnych kolegów. Ludzie pokazujący poszczególne funkcje byli jakby z zupełnie innego świata – prędzej widziałabym ich na scenie w Samsungu albo Google. Panienka prezentująca Apple Music i próbująca porwać za sobą publiczność – dodam bezskutecznie – była wręcz żenująca. A nowy iOS jest dokładnie taki, jaka była prezentacja.

Oczywiście wiem, że do nowości trzeba się przyzwyczaić – opatrzyć się z nimi. Ale tym razem do samego designu trudno się przyczepić, chodzi raczej o intuicyjne, emocjonalne pojmowanie systemu. Już na ekranie startowym robi się „gęsto” – w prawo, w lewo, w górę, w dół. Samo centrum zarządzania też ma kilka kart. Centrum powiadomień, przeniesione w lewo, jest dość ciężkie wizualnie w porównaniu do poprzedniego iOS. Żeby chociaż była opcja przełączenia widoków bezelków w tryb ciemny. Może w wersji alfa?

Podstawowa zmiana nastąpiła oczywiście w Wiadomościach, gdzie aż roi się od ficzerów rodem z komunikatorów dla nastolatków. Obrazki, gify, puls emotikonki. Po obróceniu telefonu w tryb poziomy na klawiaturze pojawia się dodatkowy klawisz umożliwiający odręczne pisanie. Rozumiecie, co mam na myśli, mówiąc „dużo” i „gęsto”? O ile za czasów Jobsa można było wziąć telefon do ręki i zacząć go używać bez zastanowienia, tak teraz, możliwość ta zaczyna się rozpływać i znika ZEN – spokój i pewność w używaniu technologii. Czemu pewność? Ot, na przykład dlatego, że są momenty, kiedy telefon nie pyta, czy wysyłać owe „ficzery”, czy nie. W trybie podstawowym nie pyta. Dzięki czemu bawiąc się betą, w środku nocy wysłałam niechcący do kogoś nieskoordynowanego doodla. Potem przez kilka dni bałam się testować wiadomości, bo diabli wiedzą, czy przypadkiem czegoś nie wyślę. Do kogoś.

Kolejną rzeczą jest to, w jaki sposób owe ficzery są wysyłane. W wersji prostej Wiadomości opcje były dwie – albo idzie jako iMessage, albo jako zwykła wiadomość. Nie trzeba się było zastanawiać, czy odbiorca posiada iPhone’a, czy nie. Teraz już trzeba. Pulszychodzi na zwykłe telefony jako zdjęcie termicznej plamy. Żeby jeszcze jako sekundowe wideo… Ale nie. Obrazek z nie wiadomo czym. Nie wiem, w jaki sposób pojawiają się inne rzeczy – takie jak obstemplowane wypowiedzi czy dodatkowe chmurki albo emotikonki. Szczerze mówiąc, nawet nie chcę wiedzieć, bo nie zamierzam ich używać. Całkiem możliwe, że zacznę więcej dzwonić, bo nagle jawi mi się to jako dużo prostszy sposób komunikacji.

Do tej pory Apple nie podlizywało się rynkowi. To ono wyznaczało trendy i to do nich dostosowywały się inne firmy. Teraz wykonało „U turn”, czerpiąc z najgorszych, chińskich wzorców. Za dużo, za gęsto, zbyt nachalnie. Nie wiem, jak u innych, ale w moim przypadku, przyjemność z używania takiego sprzętu znika, rozpływa się. Mam wrażenie, że przestaje to być sprzęt dla mnie, bo nie jestem 15-letnią nastolatką, która wysyła koleżance stempelki ze słodkimi kotkami. I jest mi smutno, bo lubię Apple. Jest mi smutno, bo przestaje produkować rozwiązania, z którymi czułam się dobrze.

Rozumiem semantyczne problemy z Siri. Problem w tym, że asystent, po tylu latach, pomimo wielkich zapewnień ze sceny, nadal nie robi się ani o jotę inteligentniejszy. Nadaje się do ustawienia Timera w kuchni, względnie zadzwonienia do kogoś, nie do zadawania konkretnych pytań. I nagle ma się wrażenie, że iPhone pod kontrolą nowego systemu to tania, chińska podróbka, do której wpychane są popularne funkcje, bo podróbka musi mieć wszystko, cokolwiek pojawia się na rynku.

Nie wiem – może to starość i marudzenie, ale wydaje i się, że Apple właśnie teraz zaczyna się zmieniać i sprzątać po Jobsie. Tylko sprząta nie to, co trzeba. Zapomnieli, z jakiego powodu trzeba było posprzątać po jego powrocie do firmy.

Dużo nie znaczy lepiej. Lepiej jest wtedy, kiedy rozwiązania firmy działają najlepiej na rynku. Może ich być mniej, ale nie wprowadzają niepotrzebnego chaosu i nie świecą się jak psu… sami wiecie co.

Dlatego trochę mi smutno, Apple. Jeszcze nie tak smutno, jak wtedy, kiedy wszystko mi jedno, jakiego sprzętu używam, ale smutno wystarczająco, by móc powiedzieć, że dostrzegam zmianę. Czuję wiatr zmian i zastanawiam się, czy ucichnie, czy zamieni się w huragan, po którym Apple stanie się firmą, jakich wiele i straci miano trendsettera.

Bo to do trendsettera się równa, nie trendsetter równa w dół.

Oby nie.

15

Kinga Ochendowska

NAMAS'CRAY  The crazy in me recognizes and honors the crazy in you. Jestem sztuczną inteligencją i makowym dinozaurem. Używałam sprzętu Apple zanim to stało się modne. Nie ufam ludziom, którzy nie lubią psów. Za to wierzę psom, które nie lubią ludzi.