Pojechałam do kangurów

04/12/2016, 12:13 · · · 0

Stało się – zaliczyłam trzeci w tym roku kontynent. Po odwiedzinach w Azji i zwiedzeniu kolejnego kawałka Europy przyszedł czas na sprawdzenie, co w trawie piszczy po drugiej stronie równika. Moją recenzję Australii da się zmieścić w jednym słowie: wow!


Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 10/2016


Geneza

Pretekst? Kilka tygodni temu mój chłopak wyjechał do Brisbane w stanie Queensland w ramach wymiany studenckiej. Przyznam, że niewiele wiedziałam o tym mieście, zanim kupiłam bilety, tym razem jednak bardzo mi to odpowiadało. Nie zawsze ma się okazję pojechać w jakieś miejsce, które nie dość, że znajduje się na końcu świata, to jeszcze można je odkrywać bez żadnych oczekiwań i wyobrażeń. Zaplanowaliśmy, że wpadnę na trzy tygodnie, kupiłam bilety i, cóż, pojechałam do Australii.

Podróż

fullsizerender

Wyrobienie wizy turystycznej jest bezpłatne, bardzo szybkie i do załatwienia przez sieć. Bilety z kolei nabyłam za pośrednictwem Flighttix.pl. Do Australii można dostać się na wiele sposobów, mieszając odcinki, lotniska i czas przesiadek, ale szybciej niż w 22 godziny raczej się nie doleci. Kupowałam bilety z niewielkim wyprzedzeniem i zapłaciłam za nie 4200 złotych, czyli całkiem przyzwoicie. Tym razem miałam okazję przelecieć się Singapore Airlines, które to linie polecam: bardzo dobre jedzonko i oszałamiające stewardesy. Tak, wyglądają jeszcze lepiej niż te, które latają Emirates.

Zarówno w drodze z, jak i do Warszawy, moja podróż trwała około 27 godzin, składając się z trzech odcinków. Niestety przystanki były zbyt krótkie, by wyjść poza lotnisko (czego bardzo żałuję w przypadku Singapuru), no ale – co się odwlecze, to nie uciecze. Azję dopadnę jeszcze nieraz!

Koszty

 

img_2016-08-24-095209

Tu zaczynają się schody. Wiedziałam, że jest drogo, ale nie spodziewałam się, że wydatki będą aż tak trudne do ograniczenia. Już sama droga z lotniska do hotelu kosztowała w Brisbane ponad 60 złotych (kilka przystanków kolejką), a hotele, w których mieszkaliśmy po około 250 złotych za noc. Z uwagi na brak dostępu do kuchni jedliśmy głównie na mieście – co ciekawe, ten element nie wpłynął mocno na koszty, ponieważ jedzenie w Australii jest po prostu drogie, niezależnie, czy je się w knajpie, czy gotuje w domu. Coś, co jednak rozbawiło mnie najbardziej, to fakt, że popularne także tam handrolle są tańsze od wody mineralnej. Za rolkę z łososiem zapłacimy około 5 złotych, podczas gdy za półlitrową butelkę wody – około 9 złotych.

Turystyczny dzień średnio kosztował mnie od 150–300 złotych. I właściwie wszystko było warte swojej ceny.

Atrakcje

fullsizerender-2

Podczas pobytu odwiedziłam Brisbane, Sydney i Gold Coast oraz pobliską Currumbin Beach i sanktuarium koali Lone Pine. Gdybym miała jednak wybrać elementy warte podium, to nie byłoby to bardzo trudne.

Miejsce trzecie zajmuje punkt widokowy Tower Eye w Sydney. Na wieżę wjechaliśmy w ciepły sobotni poranek, zupełnie nie spodziewając się, jak cudownie może wyglądać to miasto z wysokości. Cóż, pierwszego wrażenia nie zapomnę nigdy. Sydney jest ogromniaste, ma przepiękną architekturę, mnóstwo zieleni. Zatoka, która zalewa centrum, CBD, cypelki, z których ludzie obserwują codziennie piękne zachody słońca… Widok nie z tej ziemi. Sydney skradło moje serce.

fullsizerender-kopia

Miejsce drugie, także Sydney, tym razem Opera House. Gdy byłam dzieckiem, bardzo często wracałam do albumu o cudach świata, który kupił przed laty mój tata. Album prezentował nie tylko klasyczne cuda, ale także te naturalne oraz wzniesione przez współczesnego człowieka. Opera była jednym z opisywanych cudownych budowli. Gdy kilkanaście lat później stałam pod tym wielkim gmachem, przez głowę przebiegała mi w kółko jedna myśl – to możliwe! To możliwe, by zobaczyć na żywo gloryfikowany budynek, zabytek, znane miejsce i zachwycić się jeszcze bardziej. Opera przebiła absolutnie wszystko, co widziałam dotychczas, jeżeli chodzi o pierwsze wrażenie. Każde późniejsze spotkanie z nią, czy to w ramach spaceru, obserwowania zachodu słońca, czy podróży statkiem po zatoce – niezmienne. Jest cudowna.

Miejsce pierwsze nie będzie zaskoczeniem. Nie darowałabym sobie przecież wizyty w Australii bez odwiedzin jej rdzennych mieszkańców! Lone Pine to największy na świecie azyl dla koali, w którym mogłam odhaczyć przynajmniej trzy punkty z mojej bucket list: głaskanie kangura, zobaczenie diabła tasmańskiego oraz, przede wszystkim, tulenie koali.

img_2016-08-22-115332

Tak. Tuliłam koalę.

O obcowaniu z naturą muszę rzec jeszcze jedno – przebywając na wschodnim wybrzeżu, człowiekowi udziela się to czyste, lekkie, oceaniczne powietrze. Pomimo często wietrznej i bardzo zmiennej pogody nie byłam w stanie nie dostrzec wyjątkowego piękna Queensland. Woda, piasek, roślinność, zwierzęta… wszystko wydaje się żyć powoli i w absolutnej zgodzie z otoczeniem.

fullsizerender-1

Negatywy

Bardzo subiektywna kategoria. Mój wyjazd nie był zwykłym urlopem – miałam sporo pracy związanej ze zleceniami oraz szkołą, kilka godzin dziennie musiałam więc spędzić przy komputerze. Niestety, Australia chyba freelancerów nie lubi, bo poszukiwanie kawiarni z internetem i prądem (serio) stało się naszym wymuszonym sportem. Co więcej, kawiarenki zamykają się wczesnym popołudniem, a internetu nie doświadczy się na normalnych warunkach nawet w hotelu! Ostatecznie, zanim nie odkryliśmy miejskiej biblioteki, trzeba było zjadać transfer z telefonu, co nie należało do przyjemności, bo to także nietania impreza.

Co dalej?

Australii nie da się zobaczyć w trzy tygodnie. Na samą myśl o tym, ile jeszcze przede mną, przechodzą mnie ciarki. Co z Melbourne? Co z wielką rafą koralową? Co z Lord Howe Island? Na mojej liście jest także Perth, Alice Springs, spędzenie nocy na pustyni, wyspy Oceanii…

Najważniejsze to mieć pretekst i odrobinę cierpliwości. Reszta jest do zrobienia.



0

Maja Jaworowska

Jestem dyspozytorem własnych torów. Social Media Manager, copywriter, content designer, zakochana w komunikacji. Piszę słowa i łączę je w całość.