Drogi właścicielu restauracji z profilem na Facebooku – oto jak tracisz klientów

02/06/2017, 12:28 · · · 25

Nie lubię Facebooka. Korzystam z niego „bo muszę”, głównie dla możliwości dodawania wydarzeń dla iMagazine (zapisaliście się już na #iChwila?). Powodów za tym stojących jest wiele, ale ostatnia przygoda z restauratorem mnie jeszcze bardziej zniechęciła…

Byłem niedawno we Wrocławiu i szukałem restauracji, którą polecili znajomi. Zbliżał się akurat weekend i chyba nawet jakieś święto było tego dnia. Wiadomo jednak, że większość restauracji jest w takich dniach otwarta szczególnie, gdy są to małe lokale, przeznaczone dla gości nietypowych, ceniących oryginalną i unikalną kuchnię. Zazwyczaj oznacza to też kuchnię drogą albo przynajmniej droższą niż „normalnie”. Udało mi się ją w końcu zlokalizować na Google Maps – pamiętałem, że jej nazwa pochodziła od państwa skandynawskiego i okazało się, że szukałem nie tego co trzeba – i rozwinąłem tę pozycję. Znalazłem tam numer telefonu oraz adres strony WWW, na którą wszedłem, aby ocenić czy menu będzie mi odpowiadało. Wyglądało wybornie. Podniosłem więc telefon… wróć… kliknąłem w ikonę zadzwoń i czekałem na połączenie. Nikt nie odebrał.

– Albo są zamknięci, albo mają dużo pracy – pomyślałem, używając dosadniejszego słowa, czyli wulgarnego synonimu dla „mają dużo pracy”.

Przez najbliższe kilkadziesiąt minut, kilkukrotnie próbowałem się dodzwonić, w przerwach przeglądając ich stronę WWW, w tym „aktualności”, szukając jakichkolwiek informacji na temat tego, czy są otwarci czy nie. Wszystko wskazywało na to, że są, ale nie chciałem ryzykować podróży na drugi koniec miasta, żeby pocałować klamkę. Jakimś cudem ktoś w końcu odebrał i zadałem swoje pytanie. W odpowiedzi…

– Przecież opublikowaliśmy, że wyjątkowo jesteśmy dzisiaj zamknięci! – usłyszałem oburzony głos, niemal krzyk.
– Przeglądam Państwa stronę od kilkunastu minut i nigdzie nie widzę takiej informacji – odpowiedziałem spokojnie, już wywracając oczami w odpowiedzi na ton.
– Stronę?! Na Facebooku! – odpowiedziała Pani jeszcze głośniej.
– A zdaje sobie Pani sprawę z tego, że nie każdy śledzi waszą restaurację na Facebooku, nie każdy w ogóle ma konto na Facebooku, a nawet jeśli, to najpierw będzie szukał informacji na stronie WWW? – zapytałem, nadal spokojnie.
– ALE JAK TO!??! – wrzasnęła.

Odłożyłem słuchawkę, zdając sobie sprawę z tego, że po pierwsze uważa mnie za idiotę, a po drugie nie jest w stanie pojąć, że istnieje świat poza Facebookiem.

Nie ukrywam, że „profesjonalne” podejście tej pani do swojego potencjalnego klienta miało ogromny wpływ na to, że jeszcze nie zawitaliśmy w ich progach (i nie planujemy), ale miałem wtedy jeszcze jedną myśl:

Już nigdy w życiu nie będę szukał na Facebooku fanpage’a restauracji lub lokalu, aby znaleźć na jego temat informacje. Po pierwsze, często jest kilka takowych profili i naprawdę szkoda mi czasu na szukanie tego właściwego, a po drugie nie mam zamiaru przekopywać się przez śmieci wyświetlane na każdej stronie Facebooka, aby znaleźć tą, która mnie interesuje lub dotyczy.

Drodzy restauratorzy, traktujecie Facebooka jako dodatek, a nie główny kanał dla swojego biznesu, tym bardziej, że Facebook jest zamknięty dla internetu – żadna wyszukiwarka nie rejestruje treści z niego, więc nie znajdę was w Google’u, Bingu czy DDG. Dziękuję.

PS. Przydaje się też bycie miłym. To zazwyczaj pomaga.

25

Wojtek Pietrusiewicz

Wydawca, fotograf, podróżnik, podcaster – niekoniecznie w tej kolejności. Lubię espresso, mechaniczne zegarki, mechaniczne klawiatury i zwinne samochody.