iMagazine

Rzeczozmęczenie
– książka, którą należy zacząć czytać od końca.

16/09/2017, 12:09 · · · 2

Kiedy Naczelny przysłał mi książkę „Rzeczozmęczenie. Jak żyć pełniej, posiadając mniej” autorstwa Jamesa Wallmana, skwitował to słowami: „Akurat jesteś po przeprowadzce, więc pewnie wielu rzeczy się pozbyłaś”. Przytaknęłam ochoczo, bo dokładnie tak było i przed oczami od razu stanęły mi dwa skipy, które zamówiłam w celu pozbycia się wszystkich zalegających śmieci. Przy okazji organizuję się w nowym domu, wszelkie rady dotyczące zarządzania przestrzenią i przedmiotami są więc bardzo w cenie. Wymościłam sobie wygodną miejscówkę, wrzuciłam książkę na Kindle’a i z poczuciem, że robię coś pożytecznego dla siebie i otoczenia, zabrałam się za lekturę.


Ten artykuł pochodzi z iMagazine 9/2017


Niestety, już na samym wstępie coś zazgrzytało nieprzyjemnie, bo umieszczona na początku ankieta dotycząca tego, czy jesteś już gotowy, by ze świata materializmu przenieść się na łono doświadczeń, ma się do rzeczywistości jak pięść do nosa. Jestem uczulona na wszelkie chwyty i zabiegi marketingowe, postawiłam więc kolce jak jeż. Mimo wszystko przeczytałam ją do końca, od deski do deski, łącznie z przypisami, krzywiąc się momentami niemiłosiernie. Następnie, przez dwa tygodnie biłam się z myślami – bo z jednej strony książka wychodzi pod patronatem iMagazine, z drugiej – na rynek wprowadza ją moje ulubione wydawnictwo Insignis, a z trzeciej – jest tak niedostosowana do naszej rzeczywistości, że trudno powstrzymać się od zgrzytania zębami. Gdybym chciała wyjaśnić to wszystko szczegółowo, niniejsza recenzja ciągnęłaby się przez pół wydania, skoncentruję się więc na jej merytorycznej wartości, a swoje poglądy wyjaśnię w oddzielnym felietonie, który znajdziecie na łamach bieżącego iMagazine.

Przede wszystkim, książka „Rzeczozmęczenie” nie jest dla wszystkich. Mogę polecić ją czytelnikom, którzy są wstanie spojrzeć poza jej kulturowe korzenie osadzone głęboko w materialistycznym świecie amerykańskich klas średnich, gdzie wszystko musi być większe i bardziej okazałe niż u sąsiada na podwórku. Nie twierdzę, że tak jest wyłącznie w Ameryce, ale ponieważ dane, na których opiera się autor, dotyczą w ogromnej większości USA i UK, obraz, który się z nich wyłania, jest mocno przerysowany. Dlatego polecam rozpoczęcie lektury nieco wbrew intencjom autora, czyli od końca – od dodatku o nazwie „Droga eksperientalisty”. Dodatek ten pozwoli Wam szybko zapoznać się z różnymi sposobami dochodzenia do minimalizmu, dzięki czemu z mniejszą irytacją rozpoczniecie przygodę z właściwym materiałem książki. Proponuję również, choć wiem, że to bardzo kuszące, nie odpowiadać na pytania z ankiety, umieszczonej na samym początku książki. Jest to bowiem zwykły i mało wyszukany chwyt trenerów personalnych, który może przemawiać do zblazowanego umysłu amerykańskiego przedstawiciela klasy średniej, obraża natomiast inteligentnego czytelnika, który natychmiast ma ochotę zapytać: „A co ma piernik do wiatraka?!”. Niestety, żyjemy w takich czasach, że trudno uciec od motywacyjnego bełkotu i czasem musimy spojrzeć poza marketingowe zabiegi, by móc dostrzec prawdziwą wartość prezentowanego materiału. Jeśli pogodzimy się z tym, że autor kieruje swoją opowieść do ludzi, którzy wyrośli w kulturowo odmiennej rzeczywistości, książka zaoferuje nam również sporo wiedzy merytorycznej i kilka ostrzeżeń dotyczących tego, jak mogą potoczyć się losy naszego zakątka świata, jeśli nie będziemy wystarczająco ostrożni. Możemy zacząć uczyć się na błędach innych już teraz, możemy również poczekać, aż rzeczywistość opisana w „Rzeczozmęczeniu” dosięgnie i nas. Wybór oczywiście należy do każdego z nas.

W książce znajdziecie sporo wiadomości na temat tego, w jaki sposób kształtowała się nasza materialistyczna kultura i wiele przykładów na to, w jaki sposób można z tą kulturą zerwać poprzez przeniesienie się do świata doświadczeń. Z mojej perspektywy nie jest to idea nowa ani odkrywcza. Wystarczy liznąć nieco historii, by dostrzec, że rzeczozmęczenie było plagą wyższych sfer od stuleci, a nawet tysiącleci. Królowie, książęta czy nawet rzymscy cesarze, posiadając wszelkie dobra i całą władzę, o jakiej mogli marzyć, poszukiwali innych, bardziej wysublimowanych sposobów pobudzania ośrodków przyjemności w mózgu. To samo doprowadziło do spalenia Rzymu, to samo doprowadziło do krwawych igrzysk, to samo było motorem rozwiązłości na dworach francuskiej arystokracji i na papieskim tronie. Tego samego doświadczacie, kupując prezent komuś, kogo na wszystko stać. Kiedyś, kiedy dobra luksusowe były trudno dostępne, podarowanie komuś przedmiotu dawało obdarowywanemu poczucie satysfakcji. Dzisiaj, kiedy klasa średnia jest liczniejsza niż kiedykolwiek, jedyne, co możemy podarować, to doświadczenia o różnych walorach i kolorach. Nie chcę Was martwić, ale doświadczenia też się kiedyś kończą lub dryfują w kierunku perwersji. O tym jednak autor książki nie wspomina.

Niemniej jednak książkę warto przeczytać. Opowiada ona między innymi o różnorakich zabiegach, które stosuje rynek, by zmusić nas do kupowania więcej i więcej. Wskazuje również na naszą zwierzęcą stronę, która nakazuje nam stroszenie piórek i ciągłe udowadnianie, że nasze geny są najlepsze na świecie. Opowiada też historię, która może wydać się nam nieco smutna – historię odchodzenia w życiu od tego, co naprawdę ważne i istotne. Jeśli przymkniecie oczy na niektóre zabiegi stosowane przez autora, znajdziecie w niej również fajną porcję wiedzy. Ja nie wyniosłam z niej wielu praktycznych porad, ale nie kierujcie się wyłącznie moją opinią. Jeśli toniecie w oparach materializmu, może okazać się skutecznym kołem ratunkowym. Ponieważ jednak swoją filozofię wcieliłam w życie już lata temu, jestem do niej przywiązana i całkiem nieźle spełnia swoje zadania, pozostanę przy niej. Zwłaszcza że nie toleruję żadnych odmian ekstremizmu. Ale o tym wszystkim opowiem Wam w oddzielnym felietonie.

Podsumowując, polecam zapoznanie się z książką, ale z odpowiednią dozą dystansu. Filtrowanie treści będzie Waszym najlepszym przyjacielem. Pod merytorycznym, naukowo-badawczym względem trudno jej cokolwiek zarzucić, chociaż wiedza podana jest w ciężko strawnym towarzystwie. W przypisach zaś znajdziecie pokaźną bibliografię, jeśli więc lubicie wysnuwać własne wnioski, możecie zajrzeć do tekstów źródłowych. Na koniec zajrzyjcie na stronę: http://stuffocation.com, gdzie znajdziecie społeczność poszukiwaczy doświadczeń, forum, linki do bloga autora i artykuły towarzyszące.

Możliwe, że znajdziecie własną metodę na wyrwanie się z pułapki materializmu. Możliwe, że pomoże Wam w tym ta książka. I możliwe też, że po przeczytaniu kilku rozdziałów rzucicie ją w kąt, całkowicie zniesmaczeni. Bo dla Amerykanów jest to w pewnym sensie ostatni dzwonek, a dla nas etap zmęczenia dopiero się zaczyna i jeszcze nie przywykliśmy do tego, że materialne rzeczy są na wyciągnięcie ręki. Dlatego ciągle posiadanie najnowszego iPhone’a i najszybszego Macbooka wydaje się nam świadectwem społecznego statusu.

Już niedługo, naprawdę, już niedługo.

Książkę Jamesa Wallmana „Rzeczozmęczenie. Jak żyć pełniej, posiadając mniej” znajdziecie w ofercie wydawnictwa Insignis. Książce patronuje iMagazine.

2

Kinga Ochendowska

NAMAS’CRAY  The crazy in me recognizes and honors the crazy in you. Jestem sztuczną inteligencją i makowym dinozaurem. Używałam sprzętu Apple zanim to stało się modne. Nie ufam ludziom, którzy nie lubią psów. Za to wierzę psom, które nie lubią ludzi.


Dodaj komentarz

foggy_lad napisał(a):

A mogłaby Pani polecić jakąś dobrą książkę traktującą o minimalizmie? Szukam na prezent dla mamy, która zagraca sobie życie masą zbędnych rzeczy.

someone napisał(a):

„Minimalizm po polsku”