iMagazine

#lifehacker – Jak się nie dać ludziom z internetu

11/10/2017, 20:16 · · · 2

Jakiś czas temu zadałam pytanie w internecie. Na swoje usprawiedliwienie powiem, że dorosłych nie było w domu, a dwa koty i pies nie opanowały jeszcze sztuki wiązania rąk z tyłu na węzeł kapitański.


Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 3/2017


Kiedyś w internecie zadawało się pytania. Ku ogólnemu zdziwieniu, uzyskiwało się również konkretne odpowiedzi. Za dryf ogólny i wodolejstwo dostawało się po głowie. Taka kultura była tak dziwna, że odzywali się ci, którzy mieli coś do powiedzenia i może jakąś wiedzę na zadany temat. Od dłuższego czasu nie zadaję pytań szerokiej publiczności, ale raz na jakiś czas każdemu trafia się moment słabości. Mój przyszedł w środku nocy i, jak już wspomniałam, nie było obok nikogo, kto mógłby mnie powstrzymać. A szkoda.

Pomyślałam sobie, że w sumie ludzie zadają w internecie pytania, więc muszą to robić w nadziei na uzyskanie odpowiedzi. Wszyscy teraz są tacy światowi, znają się na każdym temacie, robią kariery i znają każdą możliwą szychę. Co sto głów, to nie jedna – pomyślałam. A raczej nie pomyślałam i zrobiłam. Moje ręce zrobiły. Na klawiaturze. I pożałowałam natychmiast.

Śpieszę wyjaśnić – od dłuższego czasu trwałam w martwym zawodowym punkcie. Mój czas, zarówno roboczy, jak i prywatny, był zajęty… pracą. Pracowałam, przychodziłam do domu, pracowałam trochę więcej, spałam, wstawałam i szłam do pracy. I tak całymi latami. Nie przekładało się to ani na rozwój osobisty, ani na fejm i sławę, ani na status finansowy. W pewnym momencie nawet poczucie obowiązku przestało usprawiedliwiać mój oryginalny styl życia. Postanowiłam więc to zmienić jak każdy rozsądny człowiek, który zdał sobie sprawę, że biega w kołowrotku jak zziajany chomik. Dawno już nie szukałam pracy, a rozglądając się wokół siebie, zauważyłam, że zawody i stanowiska jakieś takie dziwne i inne niż przed ostatnim zlodowaceniem, wypadałoby się więc zorientować w sytuacji, czyli zasięgnąć rady mądrych ludzi. Jakiegoś doradcy zawodowego czy innego specjalisty od tych dziwnych czasów. W swojej naiwności sądziłam, że taki doradca profesjonalny to patrzy na to, co masz – wykształcenie, umiejętności, potencjał, a potem, dzięki swojej szerokiej i rozległej wiedzy, wyciąga wnioski i kieruje Cię w odpowiednią stronę. W sumie to on wie, co się dzieje na rynku, jakie są możliwości i perspektywy.

Jak już wspomniałam, założyłam naiwnie, że gdzieś wśród moich znajomych znajdzie się kilkoro takich, co to wiedzą, do kogo iść z sytuacją trudną, chociaż nie beznadziejną. Skracając opowieść – zamiast konkretnych wskazówek, zalała mnie fala motywacyjnego bełkotu, dotyczącego podejmowania decyzji, wsłuchiwania się w siebie i niedziałania pod wpływem emocji. Serio? Założyłabym, że wszyscy, którzy mnie znają, wiedzą dokładnie, że nie działam pod wpływem emocji. Decyzję już podjęłam, teraz potrzebuję ją tylko zrealizować. A do realizacji potrzebuję konkretów, czyli mięsa. Nie baloników i puchatej waty cukrowej. Jedyną osobą, która odczytała pytanie ze zrozumieniem i udzieliła konkretnej odpowiedzi, była koleżanka moja, Madzia Witkiewicz, pisarka, która z założenia powinna bujać w obłokach, a nie chodzić po ziemi. Niestety w chwili, kiedy dotarła do mnie jej informacja, nie miałam już ochoty gadać z nikim i o niczym. Postanowiłam załatwić sprawę po swojemu, czyli jak zwykle – zgodnie z zasadą, że jak chcesz na kogoś liczyć, to licz na siebie. No to policzyłam.

I pozbyłam się – wszystkiego. I pracy, i działań pozalekcyjnych. I jeszcze miejsca zamieszkania. Bo jak rewolucja, to rewolucja. Nie można zrobić połowy rewolucji, więc trzeba spiąć pośladki, stanąć prosto i zrobić tak, żeby było dobrze.

A co na to ludzie?

Ludzie mają wbudowane określone mechanizmy. Najrzadziej spotykanym jest pozytywne wsparcie. Kiedy słyszą o Twojej sytuacji, to oczywiście jest im niezmiernie przykro, że przechodzisz trudny okres. Bo wypada uronić łezkę lub dwie. Jeśli zaś chodzi o praktyczne, pozytywne wsparcie – no cóż, czapkę na uszy i beret włóż, jak mawialiśmy w szkole podstawowej. Warto więc przygotować sobie zestaw odpowiedzi na najbardziej popularne pytania, z którymi możecie się spotkać.

  1. I co Ty teraz będziesz robić?

Na początku mojego pobytu w UK poznałam kolegę, który miał na to świetną odpowiedź: „Żyć. Z jedzenia i picia najpewniej!”.

  1. A co, jak Ci się nie uda?

Słońce nie wstanie rano, roztopią się lodowce, a głos z nieba każe zbudować Arkę i płynąć na wschód.

  1. Boisz się, że nie znajdziesz pracy i wylądujesz pod mostem?

Mam dwie ręce, dwie nogi, dwoje oczu i głowę na karku. Wszystko zależy od tego, jakie masz oczekiwania. Ja nie mam żadnych, pracę więc znajdę zawsze.

  1. A co, jak zmienisz wszystko na gorsze?

Jakby nigdy nie było gorzej, to nie wiadomo byłoby, kiedy jest lepiej. Zmiana jest zawsze na lepsze, w najgorszym przypadku nauczysz się, czego nie robić w przyszłości.

  1. Nikogo tam nie znasz, kto Ci pomoże?

Tutaj znam sporo ludzi i jakoś nikt nie wyrywał się z pomocną dłonią. Różnica jest wyłącznie teoretyczna.

  1. Mogę Ci jakoś pomóc? W zasadzie nie mogę pomóc, ale pytam, dla przyzwoitości.

Dla przyzwoitości – nie przeszkadzaj.

  1. Mogę Ci jakoś pomóc? Tak naprawdę nie chcę Ci pomóc, najbardziej ucieszyłoby mnie, gdybyś wylądowała pod mostem, ale pytam, dla przyzwoitości.

Dla przyzwoitości – nie dzwoń do mnie więcej.

  1. Mogę Ci jakoś pomóc? Opowiedziałbym Ci, jak wspaniale daję sobie radę i o wakacjach w Mozambiku, i o nowym samochodzie, i jeszcze o złotym słoniu na łańcuchu.

Jeśli zdecyduję się założyć gabinet terapeutyczny, będę Cię kasować za godzinę, która trwa 45 minut.

Zapewniam Was, że użyłam każdej z tych odpowiedzi, walczyłam z informacjami o ciężkich czasach, o tym, że pracy nie ma, że Brexit, że gradobicie i najlepiej siedzieć cichutko, jak mysz pod miotłą. Miotła jeszcze by się znalazła, ale myszy nie ma w domu. Jest koza, bardzo uparta. I właśnie dlatego piszę ten artykuł w przerwie pomiędzy pakowaniem pudełek, które naniosłam do domu z pobliskiego supermarketu. A kiedy Wy będziecie go czytali, będę bezrobotna i na walizkach. Takie kwiatki.

Niniejszym dziękuję dwóm hrabstwom – Oxfordshire i Warwickshire – za to, że były moim domem przez ostatnie 11 lat. I witam Dorset – jako nowy dom, inny świat i szeroki potencjał dla zmiany. Jak będzie, tak będzie, ale na pewno będzie ciekawie.

Polecam ten styl.

2

Kinga Ochendowska

NAMAS’CRAY  The crazy in me recognizes and honors the crazy in you. Jestem sztuczną inteligencją i makowym dinozaurem. Używałam sprzętu Apple zanim to stało się modne. Nie ufam ludziom, którzy nie lubią psów. Za to wierzę psom, które nie lubią ludzi.


Dodaj komentarz

Szczerze gratuluję!

Dla mnie to właśnie takie teksty są kopalnią motywacji, a nie tzw. „samopomoc przyjaciół i rodziny”. Choć może to trochę smutne…

Happy napisał(a):

Na pewno będzie ciekawie. Też się zmagałem z takimi problemami w Londynie. Dałem radę a nie było łatwo, ale mam dwie ręce, łeb na karku i trochę umiejętności. Dziś mam pracę marzeń. W zasadzie tylko jedno, unikam Polaków w UK jak ognia. Zasada „nikt ci tak nie doj#%@^ jak rodak za granicą sprawdza się w 100%”. Oczywiście pewnie są też wspaniali ludzie, ale to zaledwie promil emigracji.