Żegnaj, Apple!

11/10/2017, 12:39 · · · 22

Technologia potrzebuje duszy.


Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 2/2017


Ten tekst chodził za mną od dłuższego czasu, ale przekładałam go z miesiąca na miesiąc. Może jeszcze nie teraz, nie dziś, to przecież Apple. Może przemyślę to sobie jeszcze raz, poukładam w głowie. Może mi przejdzie. Z przykrością muszę jednak powiedzieć, że nie przeszło. I obawiam się, że nie przejdzie.

Od kilku lat zastanawialiśmy się, wszyscy razem i każdy z osobna, co stanie się z Apple po śmierci Steve’a Jobsa. Jedni twierdzili, że nic się nie zmieni, inni zwiastowali błyskawiczny upadek firmy. Dziś wiemy już, że ani jedna, ani druga wersja przyszłości się nie sprawdziła. Stało się coś mniej spektakularnego – coś, co dzieje się zazwyczaj wtedy, kiedy obiekt traci wartość dodaną.

Każda firma potrzebuje kogoś, kto nią trzęsie. Trzyma wszystkich w garści. Zmusza do przekraczania granic. Spojrzy złym wzrokiem, że aż ciarki przejdą po plecach. Będzie prosił, groził, płakał, rzucał się na ziemię jak dziecko, zagrozi zwolnieniem, zwolni, przyjmie, obrzuci błotem i przeprosi. Szefowie firm nie są po to, żeby ich lubić. Nie za to im płacą, nie tego się od nich oczekuje. Rada nadzorcza oczekuje kasy, szmalcu, mamony, pieniąchów, zysków. A klienci oczekują produktów, które zwalą ich z nóg. Nie tylko w tym spektakularnym sensie, kiedy ilość nowych ficzerów sprawia, że oczy zasnuwają się mgłą a na usta wypełza błogi uśmiech zadowolenia. Również takich, które działają. Takich, na których można polegać jak na Zawiszy. Nie muszą być wysadzane diamentami i nie muszą mieć wszystkich dostępnych na rynku wodotrysków. Za to te funkcje, które mają zaimplementowane, muszą działać bez zarzutu. Klient ma wyjąć, użyć, schować, wyjąć i… wiedzieć za co zapłacił.

Tym, co mnie urzekło w Apple kilkanaście lat temu, kiedy przesiadłam się z systemu Microsoftu, było to, że Maki po prostu działają. Nie mówię tu, że nie było problemów. Były i to spore. Skonfigurowanie Maka pod swoje potrzeby, dobranie akcesoriów, które zupełnym przypadkiem z nim współpracowały, znalezienie oprogramowania, rozwiązanie problemów ze sterownikami, polskimi znakami diakrytycznymi i całą resztą – to było wyzwanie. Ale kiedy skończył się etap konfiguracji – wszystko po prostu działało. Zawsze. Zdarzały się problemy sprzętowe, były programy wymiany, Maki miały wady konstrukcyjne, ale żadna z tych wad nie była na tyle krytyczna, żeby w skuteczny sposób uniemożliwiała pracę z urządzeniem.

Tak samo było z iPhone’ami. Pewnie, że żaden iPhone nie miał nigdy baterii, która trzymałaby trzy dni. To kompromis, na który się zgadzamy, przesiadając się na telefon, który jest niewielkim, przenośnym komputerem. Oczywiście, że jeden czy drugi update, chwilowo zamienił niewielkiej części użytkowników telefon w cegłę. Ale problemów na taką skalę, jaką obserwujemy dzisiaj, nie było nigdy. System iOS 10 to najbardziej niestabilny, nieprzewidywalny i zabugowany iOS, jaki Apple udało się wypuścić na rynek. Kolejne aktualizacje nie rozwiązują problemów z baterią, która okresowo (u mnie w każdą niedzielę) postanawia przestać trzymać poziom naładowania i energia wypływa z niej wartkim strumieniem. Jedną z ciekawszych rzeczy jest to, że początkowo, po wystąpieniu problemu u użytkowników, Apple wydało update, który bez problemu przywrócił baterię w rocznych i starszych telefonach do stanu „nówkasztukanieśmigana”. Oznacza to po prostu, że czas życia baterii nie zależy od czasu życia baterii, ale od bezczelnego i powszechnie stosowanego przez wiele firm softwarowego postarzania baterii. Do tego statystyki, które Apple tak gloryfikuje w czasie swoich prezentacji, polegające na porównaniu procentowego udziału w rynku najnowszych systemów w porównaniu z Androidem, wynikają głównie z tego, że Apple uniemożliwia powrót do starszego systemu, nawet wkurzonym i niezadowolonym klientom.

Bez przeproszenia, drogie Apple, ale jeśli mój telefon ma być wszystkim – portfelem, kontem bankowym, urządzeniem fitnesowym i terminalem internetowym – to powinien działać, tak? Bo wyładowany do zera telefon nie płaci za zakupy oraz, jeśli jeszcze tego nie wiecie, nie wykonuje połączeń telefonicznych. Może za to służyć jako kiepskiej klasy lusterko.

To samo dzieje się z komputerami. Obserwując dyskusje redakcyjnych kolegów odnośnie problemów z najnowszym MacBookiem z touch barem, zaczynam się cieszyć, że nie mam najnowszego komputera. Co gorsze, zaczynam się też zastanawiać, czy gdy przyjdzie czas wymiany, Apple będzie posiadało w swojej ofercie sprzęt, któremu będę mogła zaufać. Bo radzie nadzorczej i zarządowi firmy już ufać przestałam. Zdecydowanie widać tendencję, której Steve Jobs nigdy nie ulegał – zaspokajanie fantazji rynku i upychanie w systemie nie do końca przetestowanych, za to obecnych w telefonach konkurencji wodotrysków. Bo ludzie chcą, bo inni mają. Apple z chwili na chwilę traci pozycję trendsettera, a staje się owcą, która potulnie podąża za stadem. Przez jakiś czas można się ślizgać na opinii, na renomie, na przywiązaniu i zaufaniu użytkowników. Wszystko się jednak kiedyś kończy, również wyrobiony wcześniej zapas plusów dodatnich. I użytkownicy zaczynają zauważać, że kupują już tylko drogi produkt, a nie drogi produkt najwyższej klasy.

Z moimi potrzebami, mogę używać dowolnego komputera i dowolnego telefonu. Podstawowe funkcje związane z pracą w chmurze, używaniem aplikacji, kont bankowych czy płatności bezkontaktowych mają już zaimplementowane wszystkie flagowe modele innych producentów. A przy Apple trzyma mnie już tylko mgliste wspomnienie filozofii produktu i wartości dodanych. I uwierzcie mi, nie jestem jedyną osobą, która dostrzega powolne staczanie się w dół Infinite Loop. Więc lepiej dla Apple, żeby przynajmniej spróbowało mnie przekonać, że nie zamierza do końca rezygnować z Think Different. Że znajdzie lidera, który nie będzie chylił głowy przed inwestorami i zarządem, tylko każe im wszystkim usiąść na tyłkach i grzecznie patrzeć, jak dokonuje się cudów w dziedzinie technologii. Kogoś kto ma wizję, będzie potrafił straszyć, błagać, żebrać, płakać, rozkazywać, zmuszać, przekraczać granice. Życia potrzeba w Apple. Życia i pirackiej bandery. Pasji i wizji. Mięcha. Mocy.

Zegar tyka i powoli odmierza czas. Kiedy zatrzymają się wskazówki, przyjdzie czas, aby dokonać wyboru. Zostać albo pożegnać się. I w chwili obecnej nie mogę zagwarantować, że zostanę.

Bo to zależy od Apple.

22

Kinga Ochendowska

NAMAS'CRAY  The crazy in me recognizes and honors the crazy in you. Jestem sztuczną inteligencją i makowym dinozaurem. Używałam sprzętu Apple zanim to stało się modne. Nie ufam ludziom, którzy nie lubią psów. Za to wierzę psom, które nie lubią ludzi.