iMagazine

Jajecznica po francusku
– Kobieta w delegacji

22/10/2017, 10:17 · · · 1

Drogie koleżanki, powiedzcie mi, kiedy ostatnio omawiałyście z kolegą z pracy jego garnitur? Kiedy kolega z pracy komplementował Wasze perfumy? I zastanówcie się, czy na pewno nie był to gej… Drodzy koledzy, kiedy ostatnio przywitaliście się z kolegą w biurze buzi-buzi, jak polskie psiapsiółki, z których się wyśmiewacie i kiedy wybieraliście z innymi kolegą kolor nowego garnituru, przeglądając przy biurowym ekspresie do kawy próbki materiałów? I, jeśli tak, to zastanówcie się, drodzy koledzy, czy nie jesteście… oj, znowu się zagalopowałam.


Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 5/2017


Po jajecznicy na maśle w polskim WARS-ie podróż mija szybciej niż przed jajecznicą. Nawet jeśli jajecznicę się zjadło kwadrans po tym, jak pociąg ruszył, a przed naszym składem jeszcze ponad dwie godziny na torach prowadzących z Krakowa do Warszawy. Przyglądam się współpasażerom w wagonie restauracyjnym. Każdy, kto zasiada przy stolikach, mówi to samo, choć różnymi słowami. Jajecznica. Niektórzy potrzebują kilku minut na zastanowienie nad aksamitną w dotyku kartą WARS-u, by wreszcie zapytać kelnerkę/kelnera „A może poprosiłbym jajecznicę, a może nawet jajecznicę na masełku?”. Inni – wyjadacze – nawet nie spojrzą na kartę i rzucają „Śniadanie polskie”, które jest lepszą (czyt. droższą) formą jajecznicy. Tak, wokół jajecznicy kręcą się poranki w szybkich pociągach przemierzających Polskę.

Dlaczego piszę o jajecznicy, skoro miało być (cytuję siebie samą z poprzedniego numeru) „o perfumach i mężczyznach w paryskim biurze”. Gdzie jajecznica, gdzie perfumy? – słusznie zawołacie z pretensją znad majówkowego numeru iMagazine. Jeszcze jeden akapit i dojdziemy do tych tematów. Cierpliwości. Otóż niemal równie często, jak wcześnie rano na trasie Kraków–Warszawa, jeżdżę pociągami po Francji. Do Marsylii, do Nantes, do Le Mans, które wielu z Was kojarzy ze słynnego toru samochodowego, a ja – z siedziby czegoś w rodzaju francuskiego ZUS-u. W drodze też zachodzę do wagonu restauracyjnego, by coś zjeść. Kończy się na tym samym, co zamawiają towarzyszący mi Francuzi: kawa. Kropka. Żadna tam jajecznica, żadna jajeczniczka, masełko, żadne śniadanie polskie. Śniadanie francuskie to kawa i co najwyżej rogalik.

I tu nareszcie dochodzę do różnic kulturowych. Kocham Francję i uwielbiam pracować z Francuzami, ale śniadania wolę polskie. Za to perfumy… za to mężczyźni… Ups, zagalopowałam się, znowu! Z moimi francuskimi kolegami spędzamy tyle samo czasu przy kawie i rogaliku, co z polskimi przy jajecznicy. Nie dlatego, że rogalik może być monstrualnych rozmiarów i potrzeba godzin, by takiego skonsumować. Dlatego, że nawet rogalika Francuz będzie celebrował. My zjemy naszą jajecznicę byle jak, na szybko, nie rozglądając się wokoło i często milcząc, a przy rogaliku z Francuzami omówimy ostatnie plotki biurowe, przygotujemy propal, czyli ofertę, uzgodnimy plan działania na dzień, a przy okazji dowiem się, że moje nowe perfumy mają oszałamiająco piękny zapach i zdziwię się, że kolega skończył już 47 lat, choć wygląda dziesięć lat młodziej, a on się spłoni jak niejedna polska koleżanka i powie, że zdaje sobie sprawę, że ciągle wygląda niepoważnie.

Drogie koleżanki, powiedzcie mi, kiedy ostatnio omawiałyście z kolegą z pracy jego garnitur? Kiedy kolega z pracy komplementował Wasze perfumy? I zastanówcie się, czy na pewno nie był to gej… Drodzy koledzy, kiedy ostatnio przywitaliście się z kolegą w biurze buzi-buzi, jak polskie psiapsiółki, z których się wyśmiewacie i kiedy wybieraliście z innymi kolegą kolor nowego garnituru, przeglądając przy biurowym ekspresie do kawy próbki materiałów? I, jeśli tak, to zastanówcie się, drodzy koledzy, czy nie jesteście… oj, znowu się zagalopowałam.

Teraz powiecie, że Francuzi tylko o rogalikach, perfumach i garniturach, a praca leży. Nic bardziej mylnego. Uwaga, dochodzę do sedna. Różnice kulturowe powodują, że na „innych” patrzymy z podejrzliwością i szukamy jakichś stereotypowych uzasadnień dla własnych lęków czy tylko po to, by tych „innych” ośmieszyć. Dzięki temu tacy „inni” stają się mniej groźni, a zarazem my, w naszych własnych oczach, okazujemy się lepsi, więksi, mocniejsi, wytrwalsi, bardziej efektywni. Wiecie, jaki jest ulubiony sport Francuzów? Wyścig, kto pierwszy zatknie białą flagę. Leniwe żabojady. Tymczasem…

Tymczasem praca z Francuzami to przyjemność. Życie „po francusku” to życie takie, w którym planuje się jak najlepiej, by jak najmniej się narobić i czerpać właśnie z życia jak najwięcej przyjemności. W typowym francuskim domu obowiązuje zasada sprzątania po kolacji wieczorem – w wielu typowych polskich domach pewnie też tak jest. Tylko motywacja jest inna. Francuz posprząta wieczorem, bo dzięki temu będzie miał lepszy poranek i robienie rano kawy stanie się przyjemnością. A my sprzątamy, bo musimy, bo mama kazała, bo mogą przyjść goście, bo nie wypada… Taka sama zasada obowiązuje w pracy: posprzątaj po sobie na koniec dnia, by dzień zacząć od nowych rzeczy, a nie od kończenia starych. Takie to niby proste, a – przyznajcie się – kto, poza specjalistami od GTD lub modnymi obecnie coachami biznesowymi Wam to powiedział? Może profesor na studiach? Może babcia? A może szef/szefowa w pierwszej pracy?

Francuzom takie rzeczy mówi się na studiach, mówi się im to w domu, mówi im to przełożony w pracy. Rzuca się takie zdanie mimochodem, przy okazji rozmowy o czymś zupełnie innym. Powie się coś w tym rodzaju przy obiedzie, który nieraz trwa dwie godziny. Wielu się śmieje z takich dwóch godzin jedzenia, bo jak długo można dziubać spaghetti w biurowej kantynie? Można tak długo, jak trzeba, by nie tylko najeść się porządnie, ale również uzyskać choć trochę radości płynącej ze wspólnego posiłku, pozytywnej energii na pozostałe godziny pracy.

Pozytywna energia, właśnie. Nie ufam francuskim uśmiechom, bo – jak na całym świecie – za uśmiechem często kryje się obojętność lub nieszczerość. Nie daję się na nie nabrać, ale gram w tę samą grę, co oni. „Dzień dobry” – głośno mówię, wchodząc do paryskiego biura i podchodzę do pierwszego kolegi. „Jak leci” – pytam przy pierwszym bisous – pocałunku w policzek. „Świetnie” – odpowiada, zarazem rzucając „a jak u ciebie?”. Gdy mówię „i u mnie świetnie”, kolega już na mnie nie patrzy, wymienia powitalne buziaczki z kolejną osobą, która właśnie weszła do biura. Poranny rytuał – śmieszy, irytuje, a jak miło pozwala zacząć dzień! Takie biurowe zachowania znamy nie tylko z Francji – podobnie jest w UK (tylko bez buzi-buzi). Głośne „Hi, how are you?!” rzucane w przestrzeń biurową bez oczekiwania na odpowiedź „robi” dzień. W Polsce, w jednej z moich poprzednich prac dzień rozpoczynało się od gruntownej lektury działu nekrologów lokalnej gazety… Ot, taki nasz polski nekrofolklor.

Wszystko to napisałam nie po to, by udowodnić, że Francuzi są lepsi, a Polacy są gburami, niechlujami i czyhają na cudzą śmierć. Zmierzam do tego, by wrócić do jajecznicy, że nie chodzi o to, co jemy na śniadanie, ale również jak to śniadanie jemy. Istotne jest nie tylko to, co robimy w pracy, ale również jak to robimy. Ważne w życiu zawodowym jest to, jak pracujemy z naszymi koleżankami i kolegami. Perfumy – zdałam sobie z tego sprawę właśnie we Francji – są nie po to, by mnie pięknie pachniały, ale po to, by ci, z którymi pracuję, czerpali przyjemność z pracy ze mną. Mnie samej także robi się lepiej i przyjemniej, gdy patrzę na francuskich kolegów w ich świetnie skrojonych francuskich garniturach. Pewnie, nie szata zdobi człowieka, ale dbając o szatę, okazujemy szacunek innym – we Francji ważne jest właśnie nie tylko to „co”, ale i „jak”. Dokumenty projektowe, które przygotowuję dla moich francuskich klientów, są bardziej estetyczne niż dla klientów w innych krajach – Francuzi mówią o ich formie wizualnej. Dbam o formę, bo zachowanie formy to we Francji podstawa dobrych relacji. Tak samo, jak dbając o uśmiech i francuskie „ça va?”, zgłaszamy akces do gry społecznej. Kolega liczy na moje „ça va?”, a ja na jego. Wiemy, że możemy na siebie liczyć. Tworzymy wspólnotę. A przecież każdy coach Wam powie, że najlepszym sposobem na team building są właśnie gry… Francuzi taki team building robią co rano. I to działa!

Wracając do naszej jajecznicy i do kodów kulturowych, to wyznam szczerze, że cenię te różnice kulturowe, może dlatego, że przedkładam jajecznicę nad rogalika. Nie znaczy to jednak, że je oceniam – lepsze, gorsze, nijakie. Cenię je i szanuję, bo mogę wybrać, co chcę zjeść na śniadanie, a świat jest dzięki temu różnorodny i ciekawy. Żeby życie miało smaczek, raz jajecznica, raz rogalik. Wszystko z szacunkiem, wszystko z chęcią poznania tego, co inne i zaszczepienia na naszym gruncie tego, co gdzie indziej się sprawdza. No więc jak tam, drodzy Czytelnicy, ça va?

Kobieta w delegacji powoli myśli o wakacjach i przerwie w pracy. Jak zaplanować wakacje, by nie oszaleć? Jasna cholera, znowu się nie udało… Zróbmy tak, by tym razem było inaczej – o tym w następnym numerze.

PS. Od dawna nurtowało mnie pytanie, ile takich jajecznic w porannym pociągu Kraków–Warszawa może się smażyć. W poniedziałki nawet ponad sto – powiedziała mi pani, ale w taki dzień jak dzisiaj – sobota – to może dobijemy do pięćdziesięciu. Fiu, fiu!


Anna Gabryś

Byłam flecistką, wydawczynią, historyczką, muzealniczką. Jestem IT PM. Nie wiem, kim jeszcze zostanę. #piszęSobie #smartkultura #polszczyzna


Dodaj komentarz

Tomasz T. napisał(a):

Świetny artykuł. Czytałem z ogromną przyjemnością. Proszę o więcej.