Surface Book 2 w wersji 15″ może być moim następnym komputerem

02/07/2018, 17:49 · · · 23

Odkąd opublikowałem swój felieton Laptopy z dotykowymi ekranami są nieergonomiczne w iMagazine 7/2018, to coraz częściej błądzę po stronach Microsoftu, zastanawiając się nad konfiguracją Surface Booka 2 odpowiednią dla mnie. Moje dłuższe doświadczenia z Surface Pro uświadomiły mi, jak genialnym tabletem jest iPad – w tej kwestii rozkłada Surface na łopatki. Jednocześnie, Surface jest znacznie lepszym notebookiem, jeśli zaczniemy szukać zadań wymagających bardziej zaawansowanych narzędzi, których iPad nie ma. Nie ma ich, ponieważ jest za słaby, ale dlatego, że nie opłaca się deweloperom ich tworzyć – to za mały rynek dla pro zastosowań. Oczywiście, na iPadzie da się obrobić zdjęcia RAW czy zmontować profesjonalny film, ale workflow nie jest tak wygodny, jak pod macOS czy Windows. Wynika to z wielu powodów, a Apple może rozwiązać jedynie część z nich, jak chociażby import zdjęć, aby pomijały Photos i leciały prosto do Files lub wybranej przeze mnie aplikacji. Obecnie proces wygląda mniej więcej tak i jest praktycznie niewykonalny, jeśli jesteśmy w podróży:

  1. Importuję zdjęcia do Photos.
  2. Zaimportowane RAW zaczynają się automatycznie uploadować do iClouda w zasadzie zabijając całkowicie podróżne Wi-Fi – nie spotkałem się jeszcze z takim, które potrafiłoby obsłużyć kilka GB uploadu bezproblemowo i szybko, na kierunkach, w których się wybieramy.
  3. Otwieram Adobe Lightroom dla iPada i importuję zdjęcia z Photos. Muszę mieć wykupioną subskrypcję, aby móc edytować pliki RAW.
  4. Mogę teraz skasować zdjęcia z Photos, aby odciążyć Wi-Fi (ale szkoda, bo to fajny dodatkowy backup).
  5. Lightroom dla iPada również uploaduje zdjęcia do Creative Cloud, który z kolei działa wolniej niż pijany ślimak powstrzymujący się przed snem. Na szybkim Wi-Fi, z moich doświadczeń, muszę liczyć na średnio 120 sekund na zdjęcie, czyli przy 100 zdjęciach dziennie wychodzi na to, że ekran iPada musi być włączony przez 3,3 godziny, bo jeśli się wygasi, to upload zostanie przerwany. Na wolnym Wi-Fi jest to po prostu niemożliwe, a 20 GB limit na moim planie to zdecydowanie zbyt mało, aby zmieścić wszystko. Realnie pomieści około 250 zdjęć z mojego A7R III.
  6. Jednak zdjęcia mogę w międzyczasie edytować w Lightroomie, ale będę mógł je „wyciągnąć” z iPada na komputer tylko poprzez Creative Clouda. Oznacza to, przez wspomniany limit, że będę musiał całością żonglować. Mógłbym wykupić 1 TB przestrzeni, ale odmawiam płacenia za to 12 EUR miesięcznie, biorąc pod uwagę jak całość tragicznie wolno działa i jest to podwojenie ceny Planu Fotograficznego.
  7. Lightroom na iPada nie ma pełnego zestawu narzędzi z wersji desktopowej, co oznacza, że całość i tak będę musiał korygować po powrocie do domu.

Mógłbym korzystać z innych narzędzi do obróbki zdjęć RAW, bo takowe istnieją, ale jestem związany z Lightroomem i nie znalazłem lepszego narzędzia, a nie chcę cofać się w rozwoju do raczkujących programów o mniejszych możliwościach. Wszystkie moje powyższe problemy mógłby rozwiązać Adobe (poza importowaniem zdjęć przez Photos), ale nie robią tego. Mam to za złe obu firmom – Adobe i Apple. To powoduje, że na wyjazdy fotograficzne zabieram ze sobą MacBooka Pro, bo mam na nim pełnego Lightrooma, nie potrzebuję żadnego dostępu do internetu, a workflow jest zdecydowanie prostszy – wkładam kartę SD do czytnika (do niedawna wkładałem ją bezpośrednio do portu w MacBooku, ale Apple go wycięło), podłączam go do portu USB, uruchamiam Lightrooma i importuję całość. Problem z edytowaniem zdjęć jest taki, że muszę siedzieć przed biurkiem, aby to robić, nawet na MacBooku. Praca ze zdjęciami na kolanach nie jest wygodna. Gdybym jednak miał Surface Booka, to po prostu odpiąłbym ekran i poszedł z nim na wygodną kanapę, hamak czy gdziekolwiek indziej, dał nogi do góry i czerpał z tego przyjemność. 15″ tablet powinien w takim zadaniu spisać się wzorowo. Tak, wiem – problemy pierwszego świata. Nie zmienia to jednak faktu, że ta technologia jest dostępna od lat i Microsoft ją doskonali, widząc w niej niszowe zastosowania, a Apple coraz bardziej zawęża użyteczność swoich komputerów. Na tym etapie nie oferuje nawet sensownego desktopa, którego można w razie awarii szybko i sprawnie naprawić – iMac się oczywiście nie zalicza do tej kategorii, bo jakikolwiek problem oznacza wizytę całego komputera w serwisie. Mogę zatem wybrać MacBooka Pro i iPada lub Surface Booka… i iPada (niestety), bo wątpię, aby iPhone zastąpił mi te aplikacje, których nie ma na Windows. No to jaki w tym wszystkim sens? Apple coraz bardziej zaczyna mnie wkurzać swoją polityką i obiecywaniem, że „dbają o Maca”. Tim Cook w zeszłym roku powiedział:

The pro area is very important to us. The creative area is very important to us in particular. Don’t think that [because] something we’ve done or something we’re doing that isn’t visible yet is a signal that our priorities are elsewhere. It’s very, very important to us.

 

Nie Tim. Pro zastosowania nie są dla was ważne. Jeden iMac Pro, wypuszczony 200 dni temu i 1456 dni po ostatnim Mac Pro, oznacza jedynie, że obudziliście się z ręką w nocniku, a tymczasem Mac Mini czeka na update od 1355 dni. Reszta linii też nie ma się za dobrze – iMac, MacBook i MacBook Pro nie były uaktualniane od 392 dni. W ofercie nie macie już też routerów ani monitorów, które potrafiłyby wykorzystać to, co Maki oferują – to problem, bo jeden, wątpliwej jakości, LG 5K wiosny nie czyni. Swojego MacBooka Pro 13″ z 2014 roku wymieniłem na nową konstrukcję z 2016 roku ze względu na:

  • niższą wagę i większą poręczność,
  • lepszy ekran wspierający Display P3, analogicznie do iPada i iPhone’a,
  • robiłem przy okazji upgrade SSD ze 128 GB na 256 GB.

Dzisiaj niewiele się zmieniło – uważam, że to nadal jeden z najlepszych komputerów dostępnych na rynku, w swojej klasie. Mało kto też potrzebuje lub chce mieć ekran dotykowy. Najprostszym przykładem jest Iwona, która nie mogła się doczekać, aż jej w pracy wymienią starego ThinkPada na model nowszy, 2-w-1, który oferuje alternatywne sposoby pracy. Bardzo szybko okazało się, że nie korzysta z nich w ogóle, a ekranu jeszcze ani razu nie zdarzyło się jej dotknąć. Sam widzę u siebie w takim ekranie tylko dwa rozwiązania – podczas edycji zdjęć i przy montażu wideo, gdzie obejdę się bez klawiatury.

To jednak nie to stoi za moim zainteresowaniem Surface Bookiem, który też ma swoje ograniczenia względem MacBooków Pro:

  • nie ma ekranu Display P3 (obecnie tylko Surface Studio takowy posiada),
  • jego SSD są od wolniejsze od MacBookowych,
  • jest ciut większy i cięższy,
  • jest droższy.

Ale ma też swoje plusy:

  • pomimo braku Display P3, ekran wspiera 100% sRGB i ma wyższą rozdzielczość niż odpowiednie MacBook Pro – 2560×1600 vs. 3000×2000 przy 13” oraz 2880×1800 vs. 3240×2160 przy 15”,
  • czas pracy na baterii w testach wypada lepiej niż MacBooków Pro, chociaż to prawdopodobnie bardzo indywidualna kwestia, zależna od tego co robimy na komputerze,
  • ma klawiaturę, która nie psuje się od kurzu.

Surface Book to obecnie jedyny notebook na rynku, który mnie poważnie zainteresował, oczywiście poza MacBookami. Wprowadza coś nowego do tej kategorii, co mógłbym i chciałbym wykorzystać. Jego największą wadą jest oczywiście fakt, że nie napędza go macOS, ale przebolałbym to, ponieważ mogę zintegrować ze swoim desktopowym Makiem (Hackintoshem) za pomocą iClouda i Resilio Sync Pro. Nie ma też Safari dla Windows, ale Firefox jest obecnie znakomitą alternatywą. Z resztą sobie jakoś poradzę, tym bardziej, że byłaby to maszyna wyłącznie do produkowania słów i zdjęć.

Gdyby Surface Studio posiadał wymienne SSD zamiast hybrydy, w standardzie M.2, oraz wymienne GPU, to stałby dzisiaj na moim biurku.

Zresztą fakt, że korzystam z Hackintosha idealnie obrazuje obecną linię komputerów Apple – nie mają w ofercie nic, co by mnie interesowało i spełniało moje potrzeby. Nie spodziewam się, niestety, że nowy Mac Pro, który ma się pojawić w 2019 roku, coś w tej kwestii zmieni – podejrzewam, że przeszkodą będą niewymienne GPU (prawdopodobnie rozszerzalne jedynie za pomocą eGPU), brak możliwości samodzielnej rozbudowy dysków w postaci HDD/SSD oraz cena. Xeonów też nie potrzebuję; dajcie mi mocną i7-kę lub i9-kę.

Wracając jednak do Surface Booka i powodów za takimi rozważaniami… Mam już po prostu powoli serdecznie dość tego, co wyczynia Tim Cook i spółka. iOS nadal ma podstawowe braki dla osób bardziej wymagających, a rozwój Maców stoi w miejscu od lat. Najgorsze jest to, że nawet jeśli Apple w tym roku wypuści odpowiedzi na wszystkie moje braki, to i tak będę potrzebował przynajmniej 1-2 lat, aby uwierzyć, że te nowe wyimaginowane przeze mnie linie Maców będą rozwijane o nowe procesory i karty graficzne. Patrząc przez pryzmat ostatnich paru lat, śmiem w to wątpić.

Do tego dochodzi jeszcze jedna bardzo istotna kwestia: nie kupię MacBooka bez normalnej klawiatury. Jeśli Touch Bar stanie się wyposażeniem obowiązkowym, to oznacza (na obecną chwilę; „tylko król nie zmienia zdania”, a być może wymyślą w tym kierunku coś wyjątkowego), że Apple mnie wyklucza z oferty MacBookowej. Jedyne, co byłbym w stanie potencjalnie zaakceptować, to fizyczny klawisz ESC obok Touch Bara, ale obawiam się, że prędzej doczekamy się wirtualnej klawiatury na drugim ekranie zamiast fizycznego ESC obok Touch Bara.

 

Podkreślę jeszcze, że zmiany mojego MacBooka Pro nie przewiduję przez najbliższy rok lub dwa, więc tyle Apple ma czasu na zatrzymanie mnie w swoim obozie. Niestety, obawiam się, że jeśli nic nie zrobią, to nawet moja miłość do macOS mnie nie powstrzyma przed eksperymentami z innymi platformami, szczególnie w obliczu ostatnich plotek o projekcie Andromeda (poniższe zdjęcie to concept autorstwa Davida Breyera) i innych.

23

Wojtek Pietrusiewicz

Wydawca, fotograf, podróżnik, podcaster – niekoniecznie w tej kolejności. Lubię espresso, mechaniczne zegarki, mechaniczne klawiatury i zwinne samochody.