iMagazine

Płeć robotów, Dear Jane i kto odkurza w moim domu

24/11/2018, 10:30 · · · 0

Zaintrygował mnie niedawno czytany artykuł poświęcony płci robotów. Okazuje się otóż, że na kierunkach gender studies niektórych uczelni europejskich rozpoczęto badania nad tym, jak kształt robotów i ich funkcja wpływają na postrzeganie płci robotów i odwrotnie – jakiej płci spodziewamy się po robocie w zależności od funkcji, jaką ma spełniać. 


Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 10/2018

Przykładowo w salonach piękności króluje robot (robotka?) o lekko wypukłym torsie mającym przywodzić na myśl kobiecy biust. Taki robot (robotka? – ponawiam, by was przyzwyczaić do tych określeń) ma przyjmować klientki w recepcji i przeprowadzać do sal, w których będą poddawane zabiegom. 

Nie, nie będę się zastanawiać nad płcią robotów (i robotek). Sprowokowana, rozejrzałam się po moim domu pełnym gadżetów i zaczęłam zastanawiać się nad tym, jak uczłowieczamy maszyny. Ale ale, czy tylko maszyny? No właśnie nie. Taki rewolwerowiec – dajmy na to Joe Vanderbilt – na Dzikim Zachodzie miał swoją „Dear Jane”, czyli ulubioną strzelbę, z jakimś charakterystycznym elementem, np. wbitymi w kolbę srebrnymi gwoźdźmi. Opowiadał o niej w saloonie przy whiskey i słuchacze niekiedy do końca opowieści nie wiedzieli, czy historia „Dear Jane” to historia jego ukochanej, która może zmarła i tylko jej duch mu towarzyszy. A gdy rewolwerowiec spod krzesła wyciągał „Dear Jane” i rozstrzeliwał słuchaczy, by zagarnąć ich nuggetsy (nie, nie chickenowe, tylko szczerozłote) i ich zegarki przywiezione z Europy, było już za późno, by zrozumieć, kim Jane jest. 

Tak, lubimy antropomorfizować przedmioty, którymi się otaczamy, nadawać im cechy ludzkie, czasem nawet dostrzegamy w przedmiotach podobieństwo do ludzkiej twarzy czy postaci.

Tak, lubimy antropomorfizować przedmioty, którymi się otaczamy, nadawać im cechy ludzkie, czasem nawet dostrzegamy w przedmiotach podobieństwo do ludzkiej twarzy czy postaci. Nie chciałabym ciągnąć przykładu Joe Vanderbilta, ale miał on z pewnością konia, którego nazywał Błyskawica (najprawdopodobniej) lub Szybki Bill (mniej prawdopodobne). Współcześni Joe Vanderbiltowie, których na potrzeby tego felietonu nazwiemy Januszem Nowakiem, także niekiedy nazywają swoje blaszane rumaki. Jeżdzą więc pospolicie „furą” czy „karem”. Moja koleżanka jeździła Sabiną (nietrudno się domyślić, że miała Saaba), a ja kilka lat rozbijałam się Felą, czyli Škodą Felicją. Do Feli przemawiałam czule, szczególnie gdy padł jej regulator napięcia (o czym jeszcze nie wiedziałam) i zdarzało jej się rozładować akumulator, co skutkowało niemożnością odpalenia. Od początku było to dla mnie oczywiste, że Fela jest kobietą, że jak kobieta bywa mobile (zmienna!) i że jak do kobiety trafiają do niej pochwały. „Felu, Felusiu, może byś tak zapaliła, doleję benzynki potem, a kto wie, może nawet do myjni pojedziemy”. Zdarzało jej się zapalić po takich słowach. CIekawe, że teraz dojeżdżam dwudziestoletniego Daewoo Lanosa, którego nazywam Janosikiem i okazuje się, że do tego mężczyzny o wydatnym nosie trafiają te same metody: pochwalę dziada i jest, zapala. 

Na przykładzie dwóch samochodów opowiem wam, jak to się stało, że jeden był kobietą – Felą, a drugi jest mężczyzną – Janosikiem.

Samochody zatem to taki przedmiot z najbliższego nam otoczenia, któremu lubimy nadawać imiona. Na przykładzie tych dwóch samochodów opowiem wam, jak to się stało, że jeden był kobietą – Felą, a drugi jest mężczyzną – Janosikiem. Fela była piękna. Wiem, mam gusta estetyczne samochodowe co najmniej dziwaczne i zupełnie nienowoczesne. Jej kanciaste kształty uważałam jednak za bardzo ładne, proste, bez udziwnień. Szczególnie lubiłam jej profil, czyli widok samochodu z boku. Proporcjonalny, wyważony przód samochodu z linią tyłu. Dzisiaj często te proporcje są zaburzone, tył, modnie zadarty, nie tylko obnaża, co samochód ma w majtkach, ale i dominuje przód. Ostatecznym potwierdzeniem kobiecości Feli był jej kolor: szmaragdowy. W zależności od padającego na jej karoserię światła mienił się od turkusu po głęboką zieleń. Janosik w przeciwieństwie do Feli jest brzydki. Długi, wystający nos, sprawiający wrażenie lekko kanciastego, za krótki tył, szarobury kolor przypominający wymiociny brytyjskiego żulika na krakowskich Plantach. Ma też znacznie mocniejszy silnik niż Fela i w czasach świetności miał kopa: z dobrym kierowcą (czytaj: ze mną) umiał ruszyć na światłach szybciej niż wszystkie beemki czy merce razem wzięte. Ewidentnie mężczyzna. 

Patrzę dalej, co jeszcze uczłowieczyłam. No tak, Marysia. Zgadliście. Zmywarka. Marysia pracuje zwykle co drugi dzień, zmywa brudy naszego gospodarstwa domowego. Kobieta, nie ma innej opcji, nawet jeśli wiemy, że do Anglii na zmywak jeździli równo mężczyźni, jak i kobiety. Ostatnim uczłowieczonym przedmiotem w domu jest okap, ale tej historii wam nie opowiem. Możecie się tylko domyślać, dlaczego nazwałam go Nazista… 

Prawda jest więc chyba taka, że podobnie jak Joe Vanderbilt, dla którego strzelba była tak bliska, jak kochanka, tak i ja przedmiotom nadaję płeć zgodnie z funkcją tych przedmiotów i ich rolą społeczną, jak również na podstawie stereotypowych cech przypisywanych płciom. Ciekawa jestem, jak wy to robicie i ponieważ zamierzam co najmniej habilitować się w tym temacie, będę wdzięczna za informacje z waszego życia. 

Może warto byłoby się zastanowić nad wprowadzeniem odrębnej płci – kobiety, mężczyźni i roboty?

Jak to się ma do robotów i robotek (przyzwyczailiście się już do tego słowa? Mam nadzieję, że tak, bo równie łatwo teraz wam pójdzie z prezydentką i doktorką)? Ano tak samo, a w sumie szkoda. Może bowiem warto byłoby się zastanowić nad wprowadzeniem odrębnej płci – kobiety, mężczyźni i roboty? Podobnie jak identyfikacja osób trans- czy cispłciowym spowodowała dyskusję o istnieniu więcej niż dwóch płci u ludzi, tak i uznanie robotów za „osoby” pociągnęłoby za sobą wprowadzenie kolejnej płci. Ułatwiłoby to co najmniej kilka problemów. Na przykład nikt nie zastanawiałby się nad tym, czy uprawiając seks z maszyną, robi to z robotem, czy robotką. Wybierałby tylko swoje preferencje, które inteligentna maszyna by zaspokajała. Oczywiście, następowałoby przekroczenie kolejnych konserwatywnych granic – nie wystarczyłoby się już identyfikować jako hetero, homo czy bi, ale doszłaby jeszcze opcja „roboseksualny”. Innym ułatwieniem byłoby niezawracanie sobie głowy w salonach piękności, czy klientki lepiej zareagują na – wybaczcie – małe cycki robotki-recepcjonistki czy też duże cycki, być może nawet produkt tegoż salonu. Nie sądzę, by były to błahe powody… 

Ale może to właśnie o to chodzi? O to, że chcemy zastanawiać się nad czyjąś płcią, seksualnością, choćby dlatego, że ten ktoś nas pociąga. Pamiętacie historię z filmu Her? Nie wiem. Poważnie nie wiem. Wrócę jednak do domu i ponieważ zastanawiałam się nad ochrzczeniem odkurzacza, nazwę go, hmm, Długi Janek. Kto u ciebie odkurza w domu? – zapytają koleżanki na następnej posiadówce przy winie. A ja na to odpowiem z dumą: Długi Janek.

0

Anna Gabryś

Byłam flecistką, wydawczynią, historyczką, muzealniczką. Jestem IT PM. Nie wiem, kim jeszcze zostanę. #piszęSobie #smartkultura #polszczyzna


Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o