iMagazine

HK Center

Doktor Google

16/12/2018, 13:18 · · · 3

W dzisiejszych czasach naukowcy nie są do niczego potrzebni. Wystarczy zapytać Doktora Google.


Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 11/2018

Świat jest dziwny. Istnieją w nim ludzie, którzy całe życie spędzają na prowadzeniu laboratoryjnych badań tylko po to, żeby rozwiązać jeden drobny problem. Na przykład próbują się dowiedzieć, w jaki sposób jakiś enzym lub jego brak wpływa na nieznany nikomu bliżej gatunek rośliny tropikalnej. Zupełnie nie wiadomo, po co to robią, skoro o wszystko wystarczy zapytać Google. Po co się tak męczą i psują oczy, czytając skomplikowane naukowe wywody? W dzisiejszych czasach to nikomu niepotrzebne, bo z łatwością można znaleźć odpowiedź na Yahoo Answers albo krótki filmik na YouTube.

Ten temat wraca jak bumerang, bo złości mnie internet. Zdaję sobie sprawę z tego, że sami sobie na to zapracowaliśmy – w końcu to my uparcie powtarzaliśmy: „Zapytaj Wujka Google!”. Powtarzaliśmy, aż się doigraliśmy, chociaż wcale nie to mieliśmy na myśli – taka złośliwość rzeczy martwych, a właściwie wpółożywionych. Bo przecież internet to nie tylko martwe, połączone serwery, ale również ludzie. A ci są raczej żywi.

Dobrotliwy Wujek Google zrobił w tym czasie doktorat i habilitację we wszystkich możliwych dziedzinach oraz kilku takich, które wcześniej nie istniały. Można śmiało powiedzieć, że wiedza zapisana w bitach i bajtach zawiera odpowiedzi na wszystkie pytania. Brakuje tylko jednego – algorytmu interpretacji. Coraz częściej zastanawiam się nad tym, co możemy zrobić, żeby internet nie stał się noblowskim dynamitem, który przejdzie do historii jako wieczny wyrzut sumienia. Oczywiście nie mogę powiedzieć, że internet jest zły – pomaga nam przecież na co dzień, w każdej prostej i skomplikowanej czynności. Ma jednak ciemną stronę i nie jest nią wcale Dark Web.

Kiedy postanowiliśmy, że internet będzie wolny i ogólnie dostępny, założyliśmy, że człowiek będzie w stanie ogarnąć zawartą w nim wiedzę i właściwie ją zinterpretować. Wydawało nam się, nieznośnie naiwnie, że następować będzie ciągły intelektualny rozwój ludzkości i będziemy się stawać coraz mądrzejsi. Nie przewidzieliśmy, że wystarczy jedno złe ziarno, żeby popsuły się całe plony. Stajemy więc teraz przed problemem na największą, bo światową skalę. Jak zatrzymać regres intelektualny spowodowany przez internet?

Nie ma żadnego regresu! – zakrzyknie publiczność, z którą pozwolę się sobie stanowczo nie zgodzić. Internet składa się z wielu poziomów i niestety, to, co widać gołym okiem, nie zawsze jest odzwierciedleniem tego, co drzemie pod powierzchnią. Wszyscy się zgadzamy, że sieć jest świetna do codziennych czynności. Dzięki niej kontaktujemy się szybciej i efektywniej, wysyłamy maile, niektórzy nie muszą nawet pojawiać się w biurze – wszystko można zrobić, nie wychodząc z domu. Mamy bankowość elektroniczną i zakupy przez internet. Mamy też doskonałe źródło wiedzy. Problem polega na tym, że nie mamy najmniejszej nawet kontroli nad tym, w jaki sposób owa wiedza się rozprzestrzenia, ani nad tym, czy jest adekwatna do rzeczywistości. Dzięki temu nie to jest prawdą, co jest zbadane i potwierdzone naukowo, ale to, co jest zaprezentowane prościej i przystępniej. Tym, czego nie można nazwać wywodem naukowym, jest prostota i przystępność. Żeby zrozumieć, o czym w nim mowa, trzeba mieć chociażby najbardziej podstawową wiedzę w danym temacie. Jeśli jej zabraknie, zamiast rzetelnej wiedzy pojawia się streszczenie tego, co ktoś zrozumiał z tego, co przeczytał. To, co sprawia, że martwię się o potencjalne niebezpieczeństwo w sieci, to błyskawiczne rozprzestrzenianie się informacji, które można dowolnie zinterpretować. Gdyby do zdobycia wiedzy wystarczyło przeczytanie tekstu, nie potrzebowalibyśmy nauczycieli i wykładowców, nie byłoby konieczności spędzania na studiach długich lat. Wiedza sama w sobie nie jest ani dobra, ani zła – wszystko zależy od tego, jakim doświadczeniem dysponuje człowiek, który ją przyjmuje.

Weźmy kilka najprostszych przykładów – na przykład zastępowanie lekarza Doktorem Google. Coraz częściej pojawiają się przypadki ludzi, przychodzących do lekarza i domagających się konkretnej diagnozy i określonych leków, bo tak przeczytali w internecie. I za nic nie da się im wytłumaczyć, że nie mają danego schorzenia, więc te medykamenty nie są im potrzebne. Jeśli nie dostaną ich na oficjalną receptę, kupią je sobie w sieci, pomimo obostrzeń. Kto nie pomoże człowiekowi w potrzebie?

Albo inny przykład: radykalizacja poglądów. Jeśli poczytacie filozofów, zwolenników nazizmu, komunizmu, dyktatury czy prawicowego nacjonalizmu, znajdziecie w nich piękne słowa i szlachetne idee. Żeby zrozumieć, dlaczego są tak niebezpieczne, potrzebna jest dodatkowa wiedza, w którą uzbrojony musi być odbiorca treści. Jeśli jej nie posiada, może ulec złudnemu urokowi populizmu. Tak przedstawione idee rozprzestrzeniają się w internecie z prędkością wiatru, a trudno jest zebrać rozsypane na wietrze pióra. To wiemy już z bajek dla dzieci.

To samo możemy powiedzieć o większości popularnych tematów – od tak trywialnych, jak diety i lifestyle, do tak poważnych, jak życie i zdrowie naszych najbliższych. I nikt nie wie, jak zatrzymać tę rozpędzoną machinę, w którą raz tchnęliśmy życie i która teraz porusza się samoczynnie, niczym perpetuum mobile. Kiedyś powiedziano by, że owładnęła nami buta i ignorancja, że odrzucamy naukowców i myślicieli jako źródła naszej wiedzy i światopoglądu. I trudno temu zaprzeczyć. Wypowiadając się, powinniśmy być politycznie poprawni i stonowani, ale to wszystko to tylko bzdurna zasłona dymna. Jako społeczeństwo staliśmy się bandą ignorantów, przekonanych, że pozjadaliśmy wszystkie rozumy. Nasze dzieci nie dopuszczają do świadomości faktu, że internet może się mylić. Wyrasta nam nowe pokolenie, to które za chwilę zastąpi nas, dorastające w przekonaniu, że wiedza jest binarna i daje się zawrzeć w kilku prostych zdaniach. Ignorując przy tym wszystkich tych, którzy spędzając długie lata nad probówkami, u schyłku kariery nadal nie są pewni, czy dany enzym robi jakąś różnicę.

Gdy szukamy w internecie starych materiałów, okazuje się, że coraz trudniej je odnaleźć. Boję się za przyszłe pokolenia, że olbrzymia część rzetelnej wiedzy zniknie w otchłani niepamięci i cofniemy się o kilka dekad w rozwoju intelektualnym, podczas gdy technologia ciągle przyspiesza. Oczyma wyobraźni widzę bezmyślne drony, sterowane małymi chipami, niezdolne do samodzielnej oceny sytuacji. Nikt wtedy nie będzie pamiętał, że wszystko zaczęło się od Wujka Google.

Może tak bez związku dodam, że witamina C leczy tylko niedobór witaminy C i nie ma znaczenia w przeziębieniach.

Zapytajcie doktora Google.

3

Kinga Ochendowska

NAMAS'CRAY  The crazy in me recognizes and honors the crazy in you. Jestem sztuczną inteligencją i makowym dinozaurem. Używałam sprzętu Apple zanim to stało się modne. Nie ufam ludziom, którzy nie lubią psów. Za to wierzę psom, które nie lubią ludzi.


3
Dodaj komentarz

avatar
2 Comment threads
1 Thread replies
3 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
3 Comment authors
s@nteeMichałSzymon Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Szymon
Gość
Szymon

“Może tak bez związku dodam, że witamina C leczy tylko niedobór witaminy C i nie ma znaczenia w przeziębieniach.”

… ale przy sepsie może ma?

s@ntee
Użytkownik

Trzy razy dziennie 1000mg lewoskrętnej i nie musisz nawet oglądać lekarza.
SIC!

Michał
Gość
Michał

Witamina rozpuszczalna w wodzie, niezbędna w przemianach metabolicznych u wszystkich gatunków zwierząt i człowieka. Człowiek nie ma zdolności syntezy wit. C i zapotrzebowanie na nią musi pokrywać, spożywając ją w pokarmach. Kwas askorbinowy łatwo ulega przemianie w kwas dehydroaskorbinowy i uczestniczy w procesach oksydacyjno-redukcyjnych; witamina jest niezbędna w procesie przekształcania proliny w hydroksyprolinę, lizyny w hydroksylizynę podczas syntezy kolagenu (warunkując właściwy rozwój chrząstki, kości, zębów, prawidłowy przebieg procesu gojenia ran, utrzymanie mechanicznej odporności ścian kapilar). Kwas askorbinowy tworzy układy oksydacyjno-redukcyjne z cytochromem C, glutationem, nukleotydami flawinowymi i pirydynowymi. Uczestniczy w procesach metabolicznych tyrozyny, fenyloalaniny, kwasu foliowego, żelaza, histaminy, noradrenaliny, karnityny, białek i lipidów. Jest niezbędny w procesie hydroksylacji steroidów nadnerczowych, hydroksylacji cholesterolu do kwasów żółciowych. Hamuje peroksydację lipidów, unieczynnia wolne rodniki ponadtlenkowe. Stymuluje syntezę prostacykliny, hamuje wytwarzanie tromboksanu. Podany p.o. łatwo się wchłania z przewodu pokarmowego i szybko dociera do tkanek. Osiąga większe stężenie w leukocytach i płytkach krwi niż w surowicy i erytrocytach. Z białkami osocza wiąże się w ok. 25%. t1/2 wynosi ok. 16 dni. Ulega odwracalnemu utlenieniu do kwasu dehydroaskorbowego, a częściowo ulega biotransformacji do nieczynnych metabolitów w postaci siarczanu i kwasu szczawiowego, które są wydalane przez nerki. W przypadku podawania witaminy w dawkach przewyższających zapotrzebowanie, jest wydalana z moczem. Przenika przez barierę łożyska i do pokarmu kobiecego. Zdrowy organizm zawiera ok. 1,5 g wit. C, a dobowe zapotrzebowanie wynosi ok. 30–60 mg. Bogate w wit. C są owoce i warzywa, jednak ich długie przechowywanie lub gotowanie powoduje unieczynnienie witaminy. Mleko i inne produkty zwierzęce zawierają ją w małej ilości.

Źródło – indeks leków.

Warto doczytać zanim się rzuci poglądem – leczy tylko niedobór witaminy C.

Pozdrawiam. Lekarz i naukowiec.

Dla ułatwienia laikom i redaktorom internetowym – zapewnia mechaniczną szczelność ścian kapilar tłumaczymy jako leczy katarek.