Tylko żeby był oryginał!

10/10/2019, 19:45 · · · 30

Kiedyś protestowałam, kiedy oskarżano macuserów o snobizm. Teraz zastanawiam się, czy aby słusznie.


Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 07/2019


Widziałam ostatnio na Twitterze dyskusję o paskach. Do Apple Watcha, żeby nie było. Chodziło o to, że kupowanie nieoryginalnych pasków to samo zło i udawanie, że nas stać na to, żeby mieć więcej niż jeden „oryginał”. Musiałam to poważnie przemyśleć, bo nigdy nie przyszło mi do głowy, że pasek do zegarka może coś udawać. Dla mnie pasek to pasek, kupuję, jaki mi się podoba i tyle. W zeszłym roku potrzebowałam czerwonego, żeby mi pasował do stroju Rudolfa na Gwiazdkę. Udałam się na stronę Amazonu, kupiłam pierwszy, który mi wizualnie pasował i po wszystkim. Nawet przez chwilę nie przemknęła mi przez głowę myśl, że w ten sposób udaję, że pasek jest oryginalny i dzięki temu mam jakiś wyimaginowany status. Pasek był czerwony – to była jego podstawowa wartość w moich oczach. Zgodnie ze snobistycznym trendem powinnam na jednodniową imprezę kupić pasek od Apple, żeby nikt nie miał wątpliwości, że jestem absolutnie oryginalna.

Podobny trend pojawił się w przypadku pasków Pride – trzeba mieć, bo tylko to pokazuje, że użytkownik jest nowoczesny, oświecony, gender-friendly i LGBT+ przychylny. Nie wiem, czy to jakaś polska tendencja, bo nie zauważyłam jej w Anglii. Tęczowe paski noszą tutaj osoby LGBT+, aktywni działacze na rzecz społeczności albo uczestnicy imprez Pride.

Podobny trend pojawił się w przypadku pasków Pride – trzeba mieć, bo tylko to pokazuje, że użytkownik jest nowoczesny, oświecony, gender-friendly i LGBT+ przychylny. Nie wiem, czy to jakaś polska tendencja, bo nie zauważyłam jej w Anglii. Tęczowe paski noszą tutaj osoby LGBT+, aktywni działacze na rzecz społeczności albo uczestnicy imprez Pride. Natomiast regularni heterycy niezaangażowani ich nie noszą, bo to trochę jak uzurpowanie nienależnego statusu i do tego niesie ze sobą pewne konsekwencje. Na przykład takie, że Pan może dostać klapsa w tyłek od innego Pana w pubie albo Pani buziaka od innej Pani. Nieproszonego. Oczywiście, nie muszę dodawać, że pasek musi być oryginalny, prosto od Apple, bo tylko w taki sposób można wspierać wolność wyboru, zwłaszcza jeśli jest się wspomnianym wcześniej heterykiem. Znane mi osoby LGBT+ mają to w czapie i kupują swoje akcesoria z dowolnych źródeł. Mam nadzieję, że w oczach snobów nie sprawia to, że stają się mniej oryginalni.

Rzecz nie dotyczy jednak tylko pasków. Wszystkie nasze akcesoria muszą być z najwyższej półki, bo w przeciwnym razie tracimy punkty do lansu. I wszystko byłoby OK, gdyby nie to, że poprzeczka stoi wysoko. Obecnie, większość użytkowników stać na takiego czy innego Apple Watcha, żeby się więc wyróżniać, trzeba celować jeszcze wyżej. Na przykład w Apple Watcha Hermès, czyż nie? Hermès funkcjonalnością nie różni się wcale od normalnego modelu zegarka, ma za to odpowiedni pasek i tarcze, które wyróżniają go z tłumu. Zatem trzeba koniecznie uzbierać te sześć tysięcy złotych z korpo-pensji, żeby pokazać, że jest się oryginalnym na najwyższym poziomie. Doskoczyć do poprzeczki. Nie ma nic zdrożnego w kupowaniu, co się chce, jeśli nasz materialny status na to pozwala. Kupowanie rzeczy jednak tylko po to, żeby udowodnić lub podnieść swoją wartość, to już mało oryginalne. Nawet ze skórzanym paskiem.

Jeśli mówimy o rzeczach do noszenia, to w zeszłym roku kupiłam bezprzewodowe słuchawki. Nie żebym ich jakoś bardzo potrzebowała, ale jak chodzę na kilkukilometrowe spacery z psem, to merdający się sznurek trochę przeszkadza. Zajrzałam na kilka stron, porównałam możliwości i kupiłam na wyprzedaży New Bee N9 za równowartość 35 złotych. Bardzo fajne i wygodnie, 240 dni na czuwaniu i 70 godzin odtwarzania, dźwięk bardzo ładny, prawie bez opóźnień. Czarny pałąk, dobrej jakości imitacja skóry na nausznikach. Mają również NFC, więc jak ktoś używa Androida, to nawet kroki policzą. Przyszły w zestawie z twardym opakowaniem, ładowarką, uchwytem do telefonu i kabelkiem do podłączenia przewodowego, jakby się rozładowały. Dawno nie byłam tak zachwycona żadnym zakupem. Nie mogę potwierdzić, ile godzin w rzeczywistości działają, bo ładowałam je może ze trzy razy – biorę z półki, używam, odkładam. Chciałam polecić na Twitterze, ale ręka mi zadrżała, bo zaraz by mnie zakrzyczeli. Ze względu na cenę, bo jak wiadomo – tanie rzeczy nie mogą być dobre. No i macuserowi nie wypada jakiegoś badziewia za 35 złotych parować z MacBookiem. Nie wiem, jak innym, ale mnie nie przeszkadza. Zwłaszcza że są bardzo ładne i wygodne. No, ale to nie Beoplay, więc bez punktów do lansu.

Podziękowałam grzecznie za podrzutki, powiedziałam, że w końcu kupiłam Aira i tyle. Pierwsze pytanie, które potem padło brzmiało: „Najnowszego?”. Prawie usłyszałam jęk zawodu, gdy wyjaśniłam, że nie, bo najnowszy nie spełniał kryterium łatwego podłączania urządzeń zewnętrznych bez przejściówek.

Na koniec historia MacBooka. Poprosiłam o radę w wyborze starszego MacBooka, praktycznie wyłącznie do pisania poza domem. Miał być lekki, trzymać długo na baterii i mieć porty, żeby można było do niego podłączać różne rzeczy bez konieczności targania przejściówek. Proponowano mi różne modele, podrzucano linki. W końcu zmęczona szukaniem postanowiłam kupić przedostatnią wersję Aira, który spełniał wszystkie moje wymagania i świetnie nadawał się do wyżej wymienionego celu. Podziękowałam grzecznie za podrzutki, powiedziałam, że w końcu kupiłam Aira i tyle. Pierwsze pytanie, które potem padło brzmiało: „Najnowszego?”. Prawie usłyszałam jęk zawodu, gdy wyjaśniłam, że nie, bo najnowszy nie spełniał kryterium łatwego podłączania urządzeń zewnętrznych bez przejściówek. Nie najnowszy, więc po raz kolejny, bez punktów do lansu. Trudno. Jakoś przecierpię.

Nie ukrywam, że zastanawia mnie, skąd bierze się ta potrzeba noszenia ubrań z naszywkami na rękawach i podbudowywania swojej wartości ceną posiadanych przedmiotów. Zwłaszcza że zawsze wydawało mi się, że kupuje się to, czego się potrzebuję, a nie to, co stoi na najwyższej półce. Ale ja się nie znam, bo jestem mało oryginalna. Nie umiem zblazowanym tonem opowiadać o tym, jak to wpadłam na śniadanie do Paryża, a 100 dolców wydaję na waciki. Do tego jestem starej daty i uważam, że wartość nosi się w sobie, nie na sobie, co podobno jest domeną tych, których nie stać. Przynajmniej tak twierdzą snoby.

Miejska legenda twierdzi (za Wikipedią), że określenie „snob” oryginalnie pochodzi od łacińskiego skrótu, który był stosowany w XVIII i XIX wieku na angielskich uniwersytetach dla odróżnienia studentów posiadających tytuł szlachecki od tych, którzy go nie posiadali: S. Nob. = sine nobilitate = bez szlachectwa (sine – bez, nobilitas – szlachectwo). Wolę tę wersję dużo bardziej niż teorię, która wywodzi źródłosłów od słowa „szewc”, chociaż i jedno, i drugie brzmi nieźle. Nie zmienia to faktu, że snob to osoba, która karykaturalnie, natrętnie lub wulgarnie próbuje naśladować osobę wyższego stanu lub tych, do których aspiruje. I to bez szlachectwa, bo szlachectwo obowiązują zasady savoir-vivre’u. A te mówią, że dobrze wychowany człowiek zawsze zachowuje się adekwatnie do sytuacji i z szacunkiem dla otaczających do ludzi. Nawet zakładając gumiaki i brodząc w błocie, należy to robić z taką gracją, jakby nigdy nie robiło się niczego innego. I to jest prawdziwa klasa.

Poza tym ludzie, którzy osiągnęli pewien status, nie odczuwają potrzeby epatowania nim, bo jak wszystko, co już się ma, przestaje on mieć tak olbrzymie znaczenie. Dlatego tak łatwo rozpoznać tych, którzy ciągle próbują do niego doskoczyć. I nawet bycie blasé nie pomoże, choć może sprawić, że ktoś da nam prztyczka w nos i wypomni bycie szewcem.

Szlachectwo zobowiązuje!

30

Kinga Ochendowska

NAMAS'CRAY  The crazy in me recognizes and honors the crazy in you. Jestem sztuczną inteligencją i makowym dinozaurem. Używałam sprzętu Apple zanim to stało się modne. Nie ufam ludziom, którzy nie lubią psów. Za to wierzę psom, które nie lubią ludzi.