iMagazine

Utopia

05/12/2019, 19:10 · · · 2

Już 360 lat p.n.e. Platon w swoim dialogu „Państwo” zastanawiał się, jak powinno funkcjonować społeczeństwo i rządzące nim mechanizmy. Prawie 2500 lat później nie przybliżyliśmy się do Utopii o krok. Można odnieść wrażenie, że właśnie znaleźliśmy się w punkcie krytycznym i postanowiliśmy zawrócić. Skąd wiem? Z porannej prasówki.


Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 08/2019


Mam rutynę, a nawet dwie. Rutyny są modne, zwłaszcza na YouTubie. Moja co prawda różni się od nich znacznie, bo influencerka ma ciężkie życie. Po pierwsze – musi z rana na twarz nałożyć całą masę produktów, wypić herbatę z ulubionego kubka (mój się stłukł ostatnio w ramach nieszczęśliwego wypadku, polegającego na kopnięciu stołka) wciągnąć owsiankę na wodzie i pójść na siłownię. Ja nie muszę, więc w dni wolne od pracy po prostu wstaję, ogarniam się jakoś i wychodzę z kubkiem kawy do ogrodu, gdzie, uzupełniając poziom kofeiny we krwi, obserwuję, jak trawa rośnie, jak pnie się w górę słonecznik i jak wróble nad stawikiem polują na małe, senne jeszcze muszki. Następnie wyciągam telefon i w okolicznościach przyrody sprawdzam, co dzieje się na świecie. W dni pracujące zazwyczaj siadamy w pracy przed telewizorem (bo to taka angielska tradycja) i oglądamy BBC. Nie wypada nie oglądać, bo obrazimy wszystkich współpracowników. Formą ucieczki może być zaproponowanie wszystkim zebranym porannej herbaty z mlekiem i donoszenie kubeczków pojedynczo, co kupuje nam trochę czasu i odwraca uwagę od naszej niegrzecznej, polskiej natury.

Bo skoro wiemy już, skoro ustaliliśmy raz na zawsze, że głupota nie jest cnotą, wojna nie jest dobra, ludzie są różni, ale równi, to nie pozostaje nam nic innego, jak przyjąć to wiadomości i ruszać do przodu.

Wróćmy jednak do okoliczności przyrody (w których się właśnie znajduję) z kubkiem kawy i MacBookiem na ogrodowym stoliku. Nie jest jeszcze specjalnie gorąco, wiatr od morza przyjemnie chłodzi, a ja układam w głowie tytuły przeczytanych właśnie artykułów. Czytanie prasy jest stresujące i przez długi czas unikałam tego procederu jak ognia. Od chwili, kiedy zauważyłam, że po porannej porcji newsów wzrasta mi poziom hormonów i przestaję się czuć dobrze na świecie. Obecne czytanie jest formą eksperymentu, przeprowadzanego na samej sobie. Myślę, że minęłam się z życiowym powołaniem, powinnam była zostać filozofem albo naukowcem, bo lubię obserwować, jak czynniki zewnętrzne, prawdziwe lub nie, zmieniają percepcję jednostki. Niestety, w szczenięcych czasach pozostanie na uczelni w charakterze pracownika naukowego wydawało mi się piekielnie nudne. Pójście w świat i naprawianie całego zła było o wiele bardziej ponętne i atrakcyjne. No cóż – nie ja jedyna, nie ja ostania. W tamtych czasach byłam przekonana, że wszystko idzie ku lepszemu. Że jako ludzkość i społeczeństwo dawno już ustaliliśmy wartości kardynalne i naszym jedynym celem jest wprowadzenie ich w życie tak, abyśmy, krok po kroku, zbliżali się do wymarzonej Utopii. Bo skoro wiemy już, skoro ustaliliśmy raz na zawsze, że głupota nie jest cnotą, wojna nie jest dobra, ludzie są różni, ale równi, to nie pozostaje nam nic innego, jak przyjąć to wiadomości i ruszać do przodu. Tymczasem, czytając wiadomości z naszego światłego i wysoko rozwiniętego świata, dowiaduję się, że głównym powodem wyboru premiera Wielkiej Brytanii był unijny śledź, który tak naprawdę nie był unijny, ale zwykły, brytyjski i do tego wysyłany pocztą. Konieczność dołączania do niego pojemnika z lodem wynika z wszechobecnego strachu krajów wysoko rozwiniętych przed mikrobami, zarazkami i innymi niewidzialnymi niebezpieczeństwami. Jeśli skoncentrujemy się na śledziu, będziemy rozpatrywać śledzia i jego komfort osobisty w bąbelkowej kopercie. Co jednak ma śledź do bycia premierem państwa? Czy tylko mnie takie przedstawienia w cywilizowanym, wyedukowanym świecie wydają się nie na miejscu?

Jeśli chodzi o edukację, to również mam poważne wątpliwości. Czytam bowiem, że wiceprezydent Gdyni pojechał na Madagaskar, zrobił zdjęcie afrykańskich dzieci pluskających się w mulistej wodzie oraz wrzucił je na Facebooka z podpisem twierdzącym, że murzyńskie dzieci rodzą się białe, a ciemny kolor nabierają przez takie właśnie kąpiele. Nie wiedzieć czemu, publiczność bardziej oburzyło użycie słowa „murzyńskie” niż absurdalność stwierdzenia o zmianie koloru skóry poprzez błotne kąpiele. Czytając powyższe, jestem nieco skonfundowana, bo musi to być człowiek dorosły przecież. Czyżby zatem chodził do innej szkoły niż ja, uczył się innej biologii, geografii i chemii? Za użycie słowa „murzyn” pan wiceminister przeprosił, za kontrowersyjną teorię naukową – już nie. Nieźle, jak na świat, który ustalił raz na zawsze, że głupota nie jest cnotą.

W takim razie jeszcze trochę o Afrykańczykach. Poniżej mam artykuł o tym, że pary Afrykańczyków nie wpuścili do klubu ze względu na kolor skóry. Zaniepokojony czytelnik prosi gazetę, żeby się tym zajęła. Po raz kolejny nie do końca rozumiem sytuację. Za moich szkolnych czasów dzieci uczyły się wierszyka Jana Tuwima, zatytułowanego „Murzynek Bambo”. Skutkiem tej nauki wszystkie dzieci chciały, żeby w szkole był jakiś Afrykańczyk, z którym można byłoby się bawić, bo to „fajny koleżka” i psoci tak samo, jak każdy z nas. Po fali ostracyzmu wobec niepoprawnego politycznie określenia użytego w wierszyku nie uczy się już, że, jak śpiewała Majka Jeżowska: „Wszystkie dzieci nasze są”. Do tego, zwraca się uwagę opinii publicznej na różnice kulturowe i rasowe, co powoduje zaognianie się antagonistycznych reakcji społecznych. Bo jeśli się ciągle o czymś mówi, to znaczy, że temat jest kontrowersyjny. A kontrowersyjne kwestie wymagają stanięcia po którejś ze stron, bo toczy się walka. Tyle, jeśli chodzi o świat, w którym ludzie są różni, ale równi.

Z ciekawości zapytam: Czy kogoś naprawdę interesuje, kto z kim i co robi? Pytam, bo mnie wcale. Skoro już ustaliliśmy jak powyżej, że ludzie są różni, ale równi, to o co ten cały cyrk? Po przyjęciu tego faktu do wiadomości nie powinna istnieć konieczność organizowania marszów i wieców, każdy powinien się interesować swoim własnym łóżkiem, zamiast zaglądać do cudzego. Zwłaszcza że tworzy to passus zaburzający świadomość seksualną młodzieży.

Chociaż może to jeszcze nie koniec, bo dalej czytam, że jedna z gazet dorzucała gratis naklejki „Strefa wolna od LGBT”, przyczyniając się tym samym, pospołu z oficjelami kościelnymi, do wybuchów agresji w stosunku do osób o odmiennej orientacji seksualnej. Z ciekawości zapytam: Czy kogoś naprawdę interesuje, kto z kim i co robi? Pytam, bo mnie wcale. Skoro już ustaliliśmy jak powyżej, że ludzie są różni, ale równi, to o co ten cały cyrk? Po przyjęciu tego faktu do wiadomości nie powinna istnieć konieczność organizowania marszów i wieców, każdy powinien się interesować swoim własnym łóżkiem, zamiast zaglądać do cudzego. Zwłaszcza że tworzy to passus zaburzający świadomość seksualną młodzieży. Od dawien dawna wiadomo, że młodzi ludzie, szukający swojej tożsamości, identyfikują się z subkulturami, często im bardziej kontrowersyjnymi, tym lepiej. Sprawianie wrażenia, że bycie osobą o odmiennej orientacji jest kontrowersyjne, powoduje, że młodzież nieposiadająca takich skłonności mimo wszystko przyłącza się do nich w sposób aktywny (czyli seksualny), tylko po to, żeby zaspokoić swoją potrzebę czucia się wyjątkowym. Zaburza to nie tylko ich rozwój, ale czyni jeszcze trudniejszą sytuację tych, którzy naprawdę należą do grup LGBT+. Czy nie byłoby prościej, gdybyśmy po prostu przeszli do porządku dziennego nad faktem, że odmienne orientacje seksualne nie są jednostką chorobową, nikogo nie trzeba zmieniać, leczyć ani naprawiać? Jesteśmy różni, ale równi, a interesować się trzeba sobą, a nie tym, kto kogo trzyma za rękę. Jeden z krzyczących nagłówków mniej.

Nie żyjemy w Sparcie, nie zrzucamy ze skały starych i chromych. Ustaliliśmy to już lata temu, czemu więc musimy nadal o to walczyć? Przecież to jawna sprzeczność z etyką, która została przyjęta i uwewnętrzniona oraz zapisana i uznana jako wartości oświeconego społeczeństwa.

Tylko jeden, bo poniżej kolejna informacja o niesprawiedliwości społecznej. Rząd zmienia zasady przyznawania 500+ osobom niepełnosprawnym. Jedną z moralnych zasad społeczeństwa jest to, że wszyscy, wspólnie i solidarnie, ponosimy odpowiedzialność za opiekę nad słabszymi i chorymi. Nie żyjemy w Sparcie, nie zrzucamy ze skały starych i chromych. Ustaliliśmy to już lata temu, czemu więc musimy nadal o to walczyć? Przecież to jawna sprzeczność z etyką, która została przyjęta i uwewnętrzniona oraz zapisana i uznana jako wartości oświeconego społeczeństwa. Dlaczego więc nie realizujemy tych założeń, skoro decyzja została już podjęta, a zasady ustalone? Nie rozsądzamy przecież teraz, czy będziemy się opiekować słabymi i chromymi. Zgodziliśmy się na to już dawno. Wykonać, nie gadać! Między tymi, jakże optymistycznymi wiadomościami, przeplatają się nagłówki informujące, że Korea ostrzegawczo pogroziła rakietą Rosji, nadchodzi katastrofa klimatyczna, a Chińczycy szpiegują na potęgę. Do tego każda religia czuje się atakowana przez sam fakt istnienia innych, podczas gdy ustaliliśmy, że istnieje wolność wyznania. Jak ktoś chce się obrazić, twierdząc, że następuje upadek obyczajów i koniec religii, polecam zapoznanie się z „Ogrodem rozkoszy ziemskich” Hieronima Boscha, a zwłaszcza z trzecią jego częścią: „Piekłem muzykantów”. Uważna analiza pośle wszystkich do piekła.

I gdzie ta Utopia, Panie Platon?

Czytając moją poranną prasówkę, zastanawiam się poważnie, czy w szkole czegoś opacznie nie zrozumiałam. Bo fakt, że żadna z tych rzeczy nie powinna mieć miejsca, nie budzi we mnie najmniejszych wątpliwości. Zmieniają się tytuły, ale sedno pozostaje takie samo. Nie wiem, czy słusznie, ale problem upatruję w założeniu, przedstawionym przez Chada Walsha, który, analizując różnorakie modele utopijne, zaznaczył, że ludzie nie mogą odczuwać znużenia szczęściem. Za szczęście powszechnie uznaje się dobrobyt, spokój, poczucie bezpieczeństwa oraz możliwość swobodnej realizacji swoich upodobań i przekonań. Ilekroć zbliżamy się do tej granicy, ludzkość zaczyna wykazywać niepokój i odgrzebywać problemy, które nauka, filozofia, religia oraz świecka etyka rozwiązały już dawno. Tylko po to, żeby nie osiągnąć utopijnego spokoju. 2500 lat po Platonie.

Siedzę więc z moją kawą, w ogrodzie. Trawa rośnie, słonecznik pnie się do góry. Niebo jest niebieskie, za ogrodzeniem wędrują ludzie. Codzienne życie, codzienne sprawy. Odrywając wzrok od ekranu i rozglądając się dookoła, nie widzę ani nie doświadczam tego, co opisują media. Filozoficznie zadaję więc pytanie, czy to wszystko aby prawda? Po lekturze czuję, że uprzednio spokojny i leniwy poranek nie jest już taki spokojny, a przestrzeń za ogrodzeniem staje się strefą ideologicznej wojny.

Może więc lepiej nie czytać, nie słuchać, nie oglądać? A może po prostu rozwiązaniem jest przestać oceniać, ważyć i mierzyć, zacząć po prostu być?

Posiedzę więc ze swoją trawą, słonecznikiem i stadem wróbli i poczekam, aż mi przejdzie.

Do kolejnej prasówki.

2

Kinga Ochendowska

NAMAS'CRAY  The crazy in me recognizes and honors the crazy in you. Jestem sztuczną inteligencją i makowym dinozaurem. Używałam sprzętu Apple zanim to stało się modne. Nie ufam ludziom, którzy nie lubią psów. Za to wierzę psom, które nie lubią ludzi.


2
Dodaj komentarz

avatar
2 Comment threads
0 Thread replies
1 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
1 Comment authors
RównyMurzyn Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Murzyn
Gość
Murzyn

Chciałem tylko zauważyć, że słowo Murzyn (pisane z wielkiej litery) nie jest niczym obraźliwym. Ani mniej ani więcej niż Afrykańczyk.
Nie wiem tylko czy pisząc o „Murzyńskich dzieciach” powinno się pisać z małej czy z wielkiej. Pisząc o „polskich dzieciach” pisze się z małej mimo, że piszemy o Polakach.

Więc mnie też dziwi, że nie przeprosił za swój kiepski żart, a przeprosił za użycie słowa Murzyn.

Równy
Gość
Równy

„Czy kogoś naprawdę interesuje, kto z kim i co robi? Pytam, bo mnie wcale. Skoro już ustaliliśmy jak powyżej, że ludzie są różni, ale równi, to o co ten cały cyrk? Po przyjęciu tego faktu do wiadomości nie powinna istnieć konieczność organizowania marszów i wieców, każdy powinien się interesować swoim własnym łóżkiem”

W pełni się zgadzam. Dlatego nie rozumiem do czego są potrzebne te wszystkie „parady równości” z obowiązkowym double deckerem z prawie nagimi ludźmi i muzyką na full. Czy jeśli jest taka parada to już nie obowiązuje prawo, które zabrania gorszenia współobywateli golizną. Czym to się różni od straszącego dzieci ekshibicjonisty?

W lecie czytam, że ludziom przeszkadza golizna w parkach, ale obsceniczne „stroje” na „paradach równości” są ok?
Siedzę w kawiarnianym ogródku z kilkuletnim synem i mam mu tłumaczyć co znaczy „slut”?

Coś tu jest chyba nie tak.