Sprzedawcy słodkiej wody

07/12/2019, 14:24 · · · 4

W oczach nowoczesnego konsumenta technologii istnieją tylko dwa rodzaje użytkowników sprzętu Apple. Pierwszy to oświecony technokrata, doskonale rozumiejący, że sprzęt elektroniczny to wyłącznie zbiór podzespołów służących do wykonywania określonych czynności. Drugi to oszalały fanatyk, kurczowo trzymający się butwiejącej spódnicy Jobsa. Do tego na wymarciu.


Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 10/2019


Oczywiście mogłam napisać o ostatniej konferencji. Pisanie o konferencjach jest łatwe, proste i przyjemne, do tego zdejmuje z piszącego obowiązek bycia kreatywnym. Przyznaję, że ta opcja była bardzo kusząca, bo w świecie Apple coraz mniej pozostaje miejsca na słowną ekspresję. Oficjalna narracja użytkowników opiera się na technologicznym oświeceniu, które udowadnia, że firma jest tylko firmą, a sprzęt wyłącznie sprzętem. Wartość dodana to wymysł naiwniaków, dających sobą manipulować i napychających kabzę firmie, która dba tylko o swoich akcjonariuszy. Mogłam więc napisać o konferencji – szybko i bezpiecznie, nie narażając się na krytykę millenialsów. Mogłam, ale nie chciałam. Nie chciałam, bo jestem już wystarczająco dorosła, by nie przejmować się krzykaczami. Poza tym mam przeczucie, że owo oświecenie wcale nie wynika z pozytywnych pobudek. To zwykła zazdrość o to, że przeżyliśmy coś, o czym kolejne technopokolenia mogą tylko pomarzyć.

To, czego nie mogą, nie chcą lub nie potrafią pojąć dzisiejsi fani technologii – za naszych czasów powiązanie idei i biznesu nie było podszyte ściemą – biznes był efektem pięknego, kreatywnego myślenia, wyłaniał się z filozofii i przechodził do świata realnego. Każda historia zaczynała się od wielkiego, nierealnego pomysłu i kogoś, kto był zbyt młody i niedoświadczony, by zrozumieć, że nie da się go zrealizować.

Moje pokolenie też zazdrościło poprzedniemu. Ominęła nas wielka rewolucja obyczajowa lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Nie wkładaliśmy kwiatów w lufy karabinów, nie żyliśmy w komunach. Byliśmy wystarczająco „oświeceni”, by wiedzieć, że świat się zmienia i to, co było, już nie wróci. Jak każde pokolenie chcieliśmy, musieliśmy i pragnęliśmy zbuntować się przeciwko czemuś, odrzucić jakieś wartości zastane i stworzyć coś zupełnie nowego. Wtedy przydarzyła się nam technologia. Technologia, która paradoksalnie wyrosła wprost z tych idei, których zazdrościliśmy naszym rodzicom. Powszechny dostęp do komputerów, powszechny dostęp do wiedzy, nieskrępowana kreatywność. Oczywiście nierozerwalnie związana z biznesem i sposobem na życie, bo czas się nie cofa. To, czego nie mogą, nie chcą lub nie potrafią pojąć dzisiejsi fani technologii – za naszych czasów powiązanie idei i biznesu nie było podszyte ściemą – biznes był efektem pięknego, kreatywnego myślenia, wyłaniał się z filozofii i przechodził do świata realnego. Każda historia zaczynała się od wielkiego, nierealnego pomysłu i kogoś, kto był zbyt młody i niedoświadczony, by zrozumieć, że nie da się go zrealizować. Proces twórczy był zabawą zasilaną ogniem idei, co pozwalało owemu fantaście wierzyć we własne siły, stosować niekonwencjonalne metody i nie chować głowy w piasek w obawie przed porażką. Motywami powstania tych firm była pasja, prawdziwe zaangażowanie i wiara w to, że zmienią one świat i sprawią, że będzie lepszy dla wszystkich. Młodzi ludzie nie chcieli skończyć szkoły, założyć garnituru i zostać dyrektorem w wieku lat 20. Chcieli być dyrektorami w strojach piratów, odrzucić korporacyjną mentalność swoich rodziców i robić rzeczy po swojemu. Ponieważ nie mieli internetu, w którym mogliby bezpiecznie, zza ochronnych ekranów walczyć z niesprawiedliwością tego świata, musieli dokonywać realnej zmiany w realnym świecie. I dokonywali, czego dowodem są komputery, za którymi w tej chwili siedzicie. Było to jasne świadectwo buntu, jednak był to inny bunt niż ten, który teraz serwuje się młodym pokoleniom. Był to bunt kreatywny, pełen pozytywnych, motywujących emocji. Wiary w siebie i swoje możliwości. W dzisiejszych czasach odczuwanie pozytywnych emocji jest passé. Można być gniewnym, smutnym albo pogrążyć się w głębokiej depresji nad złem, które nas otacza. Nad dyskryminacją, inwigilacją i supremacją. Można narzekać i obrażać. Można być asertywnym, aż do stanu emocjonalnej obojętności. Można kierować się tylko i wyłącznie logiką. Nie wolno za to czerpać motywacji z uczuć pozytywnych, nie wolno szukać ich w otaczającym nas świecie. Można być kontra, można być hipsterem, ale nie wolno być innowatorem. Trzeba szukać bezpiecznego portu, bezpiecznej przystani, wolnej od odmiennych poglądów i mikroagresji, a najlepiej – innych ludzi. Nie twierdzę, że współczesne pokolenie nie walczy – walczy, bo musi, taka jest kolej rzeczy. Walczy o równouprawnienie, prawa kobiet i mniejszości seksualnych, ochronę klimatu, zwierzęta i całą masę innych społecznie ważnych tematów. W tej walce brakuje jednak jednoczących idei, takich, które sprawiają, że walczy się nie dlatego, że to dobrze wygląda wśród znajomych, ale dlatego, że głęboko wierzy się w słuszność takiego postępowania.

Nowe pokolenie posługuje się technologią wyrosłą z biznesu, podczas gdy nasze posługiwało się technologią wyrosłą z idei. To różnica niezmiernie ważna. Dzisiaj można powiedzieć, że płacimy za sprzęt i oczekujemy jakości i niech firma nie próbuje nam nawet sprzedać żadnych ideologicznych bajek, bo się nie nabierzemy. Dla nas, poprzedniego pokolenia, te idee nie były cyniczne. Nikt nam ich nie wpychał do gardła, żeby pokazać, jakimi naiwniakami jesteśmy. Dostawaliśmy świetny sprzęt i coś, czego nowe pokolenie już nie doświadczy. Kompletną filozofię, która sprawiała, że rosły nam skrzydła. Filozofia ta dawała nam motywację, kiedy czuliśmy się zrezygnowani i poczucie przynależności, kiedy czuliśmy się samotni. To trochę tak, jakbyśmy mieli za sobą cały rząd kreatywnych postaci, dodających nam sił. Zagrzewających nas do walki. Czy ma to jakieś znaczenie, że motywacja pochodziła z reklamy? Moim zdaniem nie ma. Jeśli jednocześnie jesteś w stanie stworzyć produkt i biznes oraz filozofię, która uskrzydli ludzi, to jesteś geniuszem. Każdy użytkownik będzie ją sobie interpretował, jak chce, weźmie z niej to, co mu potrzebne, żeby urzeczywistnić swoje marzenia. Tego właśnie współczesne technopokolenie już nie doświadczy i tego nam zazdrości. Bo w naszych czasach komputer nie był tylko zbiorem części elektronicznych. Był, owszem, narzędziem, ale był również czymś o wiele większym – bramą do realizacji marzeń i idei. Był niekończącymi się możliwościami, które elektryzowały umysły. Dokładnie tak samo, jak piosenki Johna Lennona czy Boba Dylana. W dzisiejszym cynicznym świecie, opartym na logice i biznesowym oświeceniu, pokojowe „Think Different” rzeczywiście nie ma racji bytu. Ale dla nas, dinozaurów, miało. I może nawet nadal ma?

Kiedy wraz z pojawieniem się iPhone’a świat napędzany ideą „Think Different” zalany został przez oświeconych użytkowników sprzętu, pragmatyzm stał się normą. Ci nowi użytkownicy, znający wyłącznie świat korporacyjnego Windowsa, nie rozumieli idei ani nawet tego, że może się ona łączyć ze sprzętem. Sama koncepcja okazała się zbyt dziwaczna i skomplikowana. Poza tym pojawiło się też to nieprzyjemne uczucie, że ktoś był w uniwersum Apple już wcześniej i przeżył coś fajnego, co ich ominęło. Że nie odkrywają nowego lądu. Że się spóźnili. W takiej sytuacji nie pozostaje nic innego, jak negacja wartości dodanych i odrzucenie ich jako bezużytecznych. Sprowadzając dyskusję do specyfikacji technicznych, łatwiej odzyskać poczucie własnej wartości i uzasadnić dokonywane wybory. Przy okazji następuje również kastracja marki, co równocześnie sprawia, że przestaje ona dostarczać ten sam poziom satysfakcji z użytkowania sprzętu, co wcześniej.

Z perspektywy czasu muszę przyznać, że użytkowanie maców i filozofia „Think Different” w dużym stopniu wpłynęła na kształtowanie mojej osobowości i za to będę zawsze wdzięczna firmie Apple. Nie czuję się ani oszukana, ani naiwna, bo skutków tego wpływu nie mogę określać w kategoriach negatywnych. Po prostu lubię to, co zrobiło ze mną Apple, lubię uczucia, których doznaję, siadając do swojego komputera i nie wypieram się nostalgii, która ogrania mnie zazwyczaj w okolicach 5 października. W ferworze konferencji i premier nowych produktów coraz częściej uwadze prasy umykają kolejne rocznice śmierci Steve’a Jobsa, a świat zdążył już dokonać swoistego zaburzenia percepcji na temat jego roli w kształtowaniu się i pozycji Apple. Dzisiaj mówi się „Tim Cook”, bo czasy bezczelnych, aroganckich i kapryśnych hippisów już minęły, a sukcesy należy przypisywać spokojnym i niewidocznym szefom firm, którzy godzą ze sobą interesy użytkowników i akcjonariuszy.

Poza tym pojawiło się też to nieprzyjemne uczucie, że ktoś był w uniwersum Apple już wcześniej i przeżył coś fajnego, co ich ominęło. Że nie odkrywają nowego lądu. Że się spóźnili. W takiej sytuacji nie pozostaje nic innego, jak negacja wartości dodanych i odrzucenie ich jako bezużytecznych. Sprowadzając dyskusję do specyfikacji technicznych, łatwiej odzyskać poczucie własnej wartości i uzasadnić dokonywane wybory.

Jakkolwiek by nie oceniać Apple na przestrzeni dekad, jakkolwiek by nie określać Steve’a Jobsa i jego zakrzywionej rzeczywistości, nie można zapominać, że to właśnie oni zmienili świat. Nie garniturowcy pokroju Johna Sculleya, sprzedawcy słodzonej wody, pokorni słudzy akcjonariuszy, tylko niedomyci hippisi.

Czy się nam to podoba, czy nie.

Trudno też zaprzeczyć reklamowej prawdzie, realnej wczoraj i dziś, dla nas oraz pokoleń przyszłych i przeszłych: szaleńców i buntowników można cytować. Można się z nimi zgadzać lub nie, można ich gloryfikować albo szkalować, ale nie można ich ignorować, bo to oni popychają świat do przodu.

I pewnie z profesjonalnego punktu widzenia powinnam się powstrzymać przed mówieniem tego, ale współczuję tym, którzy nie zdążyli zobaczyć tego świata z naszej perspektywy. Sprzedawców technikaliów i słodzonej wody. Ominęło ich bowiem doświadczenie stulecia – połączenie dziedzin i kierunków, sztuki i technologii, filozofii i techniki w sposób, który nie kastrował emocjonalnie użytkownika. Który pozwalał na spontaniczną radość, nie mechaniczną ocenę. Kreatywność, która została w nas obudzona, pozostanie z nami na zawsze. A co obudzi ich duszę? Bo przecież nie kawałki podzespołów? Więc jest mi przykro z ich powodu, bo to coś, czego nie da się wytłumaczyć, to trzeba poczuć całym sobą, w środku nocy, kiedy przychodzi nam do głowy pomysł zbyt wielki, żeby można go było zrealizować i jednocześnie jakiś głos, całkiem możliwe, że z reklamy, popycha nas do przodu.

Co popchnie Was?



4

Kinga Ochendowska

NAMAS'CRAY  The crazy in me recognizes and honors the crazy in you. Jestem sztuczną inteligencją i makowym dinozaurem. Używałam sprzętu Apple zanim to stało się modne. Nie ufam ludziom, którzy nie lubią psów. Za to wierzę psom, które nie lubią ludzi.