Felix sum

01/08/2020, 14:00 · · · 1

Przechlapane jest być zadowolonym. Bez poczucia niedosytu nie ma progresu.


Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 3/2020


Mam w życiu taki problem, że nie mam problemu. Nie myślałam, że kiedykolwiek wypowiem to zdanie poważnie. Zwłaszcza że na studiach, w czasie zajęć z psychologii klinicznej dotyczących grup terapeutycznych, z upodobaniem żartowaliśmy sobie, że jak ktoś nie ma problemu, to my mu go znajdziemy. I zawsze jakiś znajdowaliśmy. 

Spróbuję to wyłożyć jakoś składnie, żeby wyjaśnić sytuację. Otóż jestem w takim wieku, że niczego już nie muszę, a ciągle wszystko mogę. Albo, jak mawia moja siostra (siostrę pozdrawiam, bo wiem, że czyta) – niestara, niegłupia i nie w ciąży, więc czegóż chcieć więcej? Mam dwie ręce, dwie nogi i głowę. Pracę mam fajną, w końcu kto by nie chciał, żeby płacili mu za oglądanie filmów i granie w VR. Trochę przesadzam oczywiście, bo za wkład terapeutyczny też mi płacą, ale jak pracuje się z młodzieżą z problemami, to tym bardziej przekonuję się, że nie ma się żadnych problemów. Dostałam awans i podwyżkę. Rodzinę mam spoko. Dziecko nie najgorsze. Fajne, trochę uparte, ale kto nie jest? Mieszkam na skraju miasta, tuż przy wrzosowiskach, więc z psem mogę ganiać do woli w pięknych okolicznościach przyrody. 

Jestem zadowolona z komputera, telefonu i czego tam jeszcze, nowego Apple Watcha dostałam na gwiazdkę i też jest miło – kółeczka codziennie pozamykane, żadnej arytmii i innych przyjemności, żyć nie umierać. AirPodsów nie mam i nie chcę, bo kupiłam sobie niskobudżetowe podsy, które ciągną mi cały tydzień bez problemu. Klik tutaj, jak się ktoś nie boi obciachu i utraty punktów do lansu.

Wstaję rano, piję kawę z ulubionego kubka i planuję dzień. Nie mam żadnych checklist, planów pięcioletnich ani długoterminowych targetów. Nie spędzam godzin nad komputerem, żeby potem łatwiej było mi zrealizować cele, bo pamięć mam nie najgorszą. Poza tym suplementuję się lecytyną i zieloną herbatą. Nie wiem, czy działa, ale jak nie zapominam, to chyba raczej nie szkodzi. Rzeczy nie gromadzę, raczej się ich pozbywam, zostawiając tylko te, które są mi potrzebne albo je po prostu lubię. Nie ideologicznie i ortodoksyjnie, w związku z plagą minimalizmu, ale tak po prostu, dla własnej przyjemności. Sadzę własne zioła w ogródku, robię kompost i segreguję odpadki. Znowu – nie dlatego, że wszystkich ogarnia szał ekologiczny, ale dlatego, że uważam, że gdyby każdy zajął się tylko tym, co ma na własnym podwórku, to rozwiązałoby to sporo problemów ludzkości. Nie czuję potrzeby moralizowania wszystkich dookoła, bo wiem już, że efektywność moralizowania jest w najlepszym przypadku żadna. Mam czas, żeby czytać książki dla przyjemności, oglądać ulubione seriale, a nawet, raz na jakiś czas, napisać coś innego niż iMagowy felieton. Albo pogryzmolić w notesie wiecznym piórem.

Jestem człowiekiem zadowolonym z życia i tego, co mam. Kompletny flatline.

Oczywiście, gdyby się kto uparł, to mógłby napisać na ten temat zupełnie inną historię.

Nie mam już dwudziestu lat. Po treningu bolą nogi, czasem też ramiona i głowa. Pracuję z trudną młodzieżą, zamiast rozwijać własny biznes i tytułować się CEO. Mieszkam na zadupiu, więc wszędzie trzeba jeździć samochodem. Porządnego internetu mi nie założą, bo kable jeszcze z czasów przedpotopowych. Nie mam iPhone’a 11 Pro ani nowego Macbooka. 

Jak tylko spadnie deszcz, wrzosowiska zamieniają się w bagno, a umorusany pies zaświnia mi całą podłogę. Mróz wymroził cholerny szczypiorek i teraz trzeba kupować sklepowy do wiosny. Seriale do oglądania zaraz się skończą, nie ma żadnej ciekawej książki na horyzoncie. Wokół marazm jak okiem sięgnąć. A po brexicie to już naprawdę będzie koniec. Znikąd pomocy, znikąd nadziei.

Myślę, że wiecie już, gdzie leży pies pogrzebany. Nie mój, tylko ten transcendentalnie metaforyczny.

Szczęście to tylko stan umysłu – perspektywa, którą przyjmujemy, oceniając świat dookoła. Nie ma takich czynników zewnętrznych, które zagwarantują nam szczęście. Najpierw musimy znaleźć zadowolenie w samych sobie, polubić siebie, a dopiero potem zobaczyć, co potrzebujemy od zewnętrznego świata. To, czy będziemy zadowoleni, czy nie, zależy wyłącznie od nas, chociaż bardzo staramy się obwiniać o brak szczęścia wszystko dookoła.

Kwintesencją powyższego jest dla mnie bardzo stara bajka Władysława Gębika ze zbioru „Nowy kiermasz bajek”, zatytułowana „Felix sum”. Czytałam ją, mając jakieś osiem lat i muszę przyznać, że ukształtowała ona moje poglądy na tyle skutecznie, że pamiętam ją do dzisiaj – przede wszystkim łacińską maksymę: Felix sum vivo sine curis (Jestem szczęśliwy i żyję bez kłopotów). Zadziwiające, jak bardzo lektury zapadają nam w pamięć, zwłaszcza te, które niosły ze sobą jakieś przesłanie. Koniecznie przeczytajcie zbiór Waszym dzieciom, z pewnością wyjdzie to im na dobre. Mnie wyszło.

Jeśli zaś chodzi o drobne niedogodności, to są one konieczne, aby wiedzieć, co jest zadowoleniem, a co nim nie jest. Gdybyśmy tu i teraz spełnili wszystkie nasze marzenia i dostali wszystko, czego chcemy, nasze życie stałoby się natychmiast niezmiernie nudne. Warto więc poszukać sobie różnych wyzwań, żeby nie dopadła nas zupełna stagnacja w utopijnej krainie szczęśliwości. A tak zupełnie poważnie, warto trenować swój umysł tak, żeby omijał nieproduktywną werbalizację niezadowolenia. Jeśli możecie zmienić to, co się Wam nie podoba – zmieńcie to. Jeśli nie, bezproduktywne szarpanie się z rzeczywistością do niczego nie prowadzi. Powoduje jedynie utratę energii, którą możecie poświęcić na zupełnie inne i przyjemniejsze zajęcia.

Chwilowo obstaję przy swoim: Felix sum vivo sine curis i szukam kolejnych wyzwań. Możliwe, że zacznę jeździć pociągami do odległych miast tylko po to, żeby połazić po nich przez godzinę czy dwie. Na liście mam Aberdeen i Edynburg, ale to się może jeszcze zmienić. Jest coś pociągającego w jeżdżeniu pociągami, o ile nie jest to nieprzyjemna konieczność. Kiedy ma się wszystko, czego się potrzebuje, jedynym, co pozostaje, jest doświadczanie. 

Życzę Wam, żeby jedynymi rzeczami na Waszych listach były doświadczenia. Oznacza to bowiem, że macie już wszystko to, czego Wam do życia potrzeba i możecie bez stresu zatrzymywać się w środku lasu, by podziwiać wiewiórki i motylki.

I żadna bryka sąsiada nie popsuje Wam dnia!

1

Kinga Ochendowska

NAMAS'CRAY  The crazy in me recognizes and honors the crazy in you. Jestem sztuczną inteligencją i makowym dinozaurem. Używałam sprzętu Apple zanim to stało się modne. Nie ufam ludziom, którzy nie lubią psów. Za to wierzę psom, które nie lubią ludzi.