Cud narodzin

28/10/2020, 09:37 · · · 47
fot. Dominik Ścigalski

Porzućcie wszelką nadzieję wy, którzy tu wchodzicie.

– Dante Alighieri

Mam nadzieję, że w Polsce rodzi się dzisiaj lepiej niż dwadzieścia kilka lat temu. Kiedy na świat przychodziła moja córka, z praktycznego punktu widzenia cud narodzin wyglądał mało cudownie. Szpitale były przepełnione, wszędzie brakowało łóżek. Na sali porodowej kobiety rodziły oddzielone od siebie parawanami, w towarzystwie położnych, które niewybrednie komentowały rzeczywistość. Nie zacytuję, ale do tej pory kilka z tych komentarzy pozostało mi w pamięci. Można było oczywiście wybrać poród rodzinny, za dodatkową słoną opłatą. Wtedy w porodzie mógł uczestniczyć ojciec dziecka, a przyszłej mamie oszczędzano pobytu na ogólnej sali, komentarzy położnych i parawanów. O ile oczywiście wszystkie terminy się zgadzały, bo pokój do „rodzinnych” był jeden i trzeba było zrobić stosowną rezerwację. Jeśli wolnego terminu nie było, duchowe misterium porodu było mało uduchowione – z wystającymi zza parawanu nogami kobiety rodzącej na sąsiednim krześle. Można też było usłyszeć, jak położna znudzonym głosem uspokaja pacjentkę obok: „No i czego tak ryczy jak krowa? Jak wcześniej nogi rozkładała, to też tak ryczała?”. Przejście tego karykaturalnego rytuału było jak osiągnięcie ostatecznego wtajemniczenia – tylko kobiety wiedziały, jak wyglądał rząd foteli ginekologicznych i w jakich warunkach przeżywały ten najważniejszy moment w swoim życiu. Oto, kim tak naprawdę jest Matka Polka – maszyną do rodzenia, która ma z pokorą zrobić swoje i przestać utrudniać personelowi życie.

Była jeszcze jedna tajemnica, przekazywana przez matki córkom i przez bardziej doświadczone koleżanki pierworódkom. Przynosiła ona obietnicę, że to wszystko nie ma znaczenia, ponieważ jest taki moment, w którym kobieta zapomina o otoczeniu, bólu i zmęczeniu. Prawdziwy cud odbywa się wtedy, kiedy po ostatnim parciu na sali porodowej rozlega się płacz nowo narodzonego człowieka. To jedyny moment w życiu, gdy krzyk dziecka przynosi matce ukojenie i sprawia, że szczęście nakazuje zapomnieć o wszystkim poza tą małą istotą, która właśnie przyszła na świat. Bez względu na ilość badań prenatalnych i zapewnień lekarzy, każda matka czeka na ten moment z lękiem w sercu i nie znajdzie spokoju, dopóki go nie usłyszy.

Nie chcę wyobrażać sobie, co czuje kobieta, która po kilku lub kilkunastu godzinach porodu nie usłyszy tego dźwięku. Nie chcę wyobrażać sobie, jak to jest, gdy z góry wie, że go nie usłyszy, albo gdy zdaje sobie sprawę, że to bezbronne kwilenie to ostatni dźwięk, jakie wyda jej dziecko. Kiedy pierwszy krzyk nie jest świadectwem rozpoczynającego się życia, tylko sygnałem nadchodzącej śmierci.

Nie chcę wiedzieć, co czuje ciężarna kobieta, która przez kilka miesięcy żyje ze świadomością, że poród nie jest dla niej początkiem, tylko końcem. Która nie kupuje łóżeczka, nie wybiera ubranek, nie maluje ścian dziecinnego pokoju. Która zamiast katalogu z wózkami przegląda katalog malutkich trumien.

Nie chcę wiedzieć, co czuje kobieta, która przez dziewięć miesięcy oczekuje na śmierć swojego nienarodzonego dziecka, a podczas wizyty w osiedlowym sklepiku uśmiechnięta ekspedientka pyta ją o przyszłe imię maluszka. Kiedy ludzie dookoła zakładając, że będąc w ciąży, powinna być szczęśliwa, składają przedwczesne gratulacje, a ona nosi w sercu przedwczesną żałobę.

Nie chcę wiedzieć, bo ogrom takiego okrucieństwa nie może być wyrażony słowami. Nie może być usprawiedliwiony ani zracjonalizowany. To piekło Dantego, u bram którego porzuca się nadzieję, a każda komórka ciała krzyczy z rozpaczy.

Wiem, że są piękne i dzielne kobiety, które na przekór wszystkiemu, wbrew badaniom i diagnozom, zdecydują się przejść przez piekło, mając nadzieję na cud. Niektóre z nich doświadczą tego cudu, inne nie. Natomiast nikt nie ma prawa pozbawiać ich prawa do dokonania własnego wyboru. Do podjęcia decyzji płynącej z serca i duszy, nie zaś bezmyślnych praw i zakazów. Każda kobieta ma prawo być traktowana jak czująca i myśląca istota, nie jak maszyna do rodzenia dzieci, upodlana przez ustawodawstwo opresyjnego reżimu, nakazującego im, jak niewolnicom, nosić w sobie śmierć i ból.

Kilka godzin po narodzinach mojej córki (10 w skali APGAR), na szpitalnym korytarzu podeszła do mnie dyżurna lekarka. Potwierdziła nazwisko i bezosobowym tonem poinformowała mnie, że moje dziecko urodziło się z wylewem III stopnia do obu półkul mózgowych. Następnie zapytała: „Pani wie, co to jest wylew?”. Nigdy nie zapomnę szoku i strachu, które wywołało we mnie to krótkie zdanie. W jednej chwili niewiele zostało ze szczęśliwej młodej matki, którą byłam chwilę wcześniej. Odruchowo odpowiedziałam, że wiem. Na co lekarka, z tonem wyraźnej dezaprobaty powiedziała: „Tak? Co to jest w takim razie wylew?”. Pomiędzy szokiem, moim mózgiem przedstawiającym różne konsekwencje właśnie usłyszanej informacji i totalnym absurdem zachowania lekarki, bez udziału świadomości i bez zastanowienia wyrecytowałam książkową definicję. Lekarka spojrzała na mnie spod oka i bez emocji stwierdziła: „No to wie Pani, jak może być. Dziecko może nie mówić, nie chodzić, nie rozwijać się prawidłowo w zależności od tego, gdzie i które ośrodki są uciskane. Na razie nie wiadomo”. Po czym odwróciła się i odeszła. Stałam na tym korytarzu, patrząc za nią, nie będąc w stanie skupić myśli ani zareagować w żaden liczący się sposób. Nie byłam w stanie ani jej zatrzymać, ani zadać żadnych dodatkowych pytań. Musiałam stać tak dość długo, bo w końcu zainteresowała się mną pielęgniarka. I dopiero wtedy zaczęłam płakać. Do tej pory, przypominając sobie ten moment, zadziwia mnie, jak działa szok. W jednych wzbudza potrzebę ucieczki w innych wolę walki. U mnie mózg zamknął się na każdą inną możliwość niż taka, że wszystko będzie dobrze. Kilka miesięcy i dwa skany tomografowe później, okazało się, że zupełnie słusznie. Ale nigdy nie zapomnę tego korytarza, bezdusznej lekarki i miesięcy niepewności.

Pomimo upływu czasu i zmian społeczno-kulturowych, niektórym nadal wydaje się, że można odzierać kobiety z godności, traktować jak klacze rozpłodowe i stawiać przed faktem dokonanym: mają robić swoje, rodzić dzieci, zajmować się nimi przez całe życie – ich lub własne – i krzyczeć po cichu. Tak, jakby kobiety nadal nie miały prawa do samodzielnego istnienia i decydowania o swoim życiu oraz ciele.

Myślę, że to, czego nie przewidzieli decydujący o tym, co jest, a co nie jest zgodne z konstytucją, jest dość oczywiste: czasy się zmieniły, nawet pomimo tego, że niektórzy ciągle chcieliby widzieć kobiety boso i w kuchni. I nie przewidzieli jeszcze jednego – kobiety są silne i mądre. Tak silne, że w bólu rodzą dzieci, a chwilę potem z uśmiechem przytulają je do piersi.

Więc poradzą sobie i z agresorem, odmawiającym im prawa do decydowaniu o własnym życiu. Jeśli trzeba siłą i skutecznie.

Tak nas wychowano.


Zdjęcie: Dominik Ścigalski
Grafika: Napoleon Bryl



47

Kinga Ochendowska

NAMAS'CRAY  The crazy in me recognizes and honors the crazy in you. Jestem sztuczną inteligencją i makowym dinozaurem. Używałam sprzętu Apple zanim to stało się modne. Nie ufam ludziom, którzy nie lubią psów. Za to wierzę psom, które nie lubią ludzi.