Wspomnienie o Trójce

27/12/2020, 16:00 · · · 3

W związku z ostatnimi wydarzeniami w Programie III Polskiego Radia wszyscy opowiadają o tym, jak wychowali się na audycjach kultowej „Trójki”. Ja nie wychowałam się na Trójce. Wychowałam się w Trójce. Dosłownie.


Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 6/2020


Mój Tata był samotnym ojcem, co w latach 70. zeszłego stulecia było nie lada sensacją. Bycie samotnym rodzicem i wtedy, i teraz, wiąże się z wieloma trudnościami logistycznymi. W końcu trzeba pracować, a dziecko samo się sobą nie zajmie. Pierwsze trzy lata spędziłam więc u babci i dziadka, a kiedy osiągnęłam wiek przedszkolny, Tata mógł w końcu odetchnąć z ulgą. Nie obyło się jednak bez przeszkód. Na przykład: jak zorganizować dostarczenie dziecka do przedszkola, kiedy to otwiera się później, niż zaczyna praca? W tamtych czasach odpowiedź była prosta – coś się wymyśli. Większość rodziców zapisywała dzieci do przedszkola najbliżej domu, Tata jednak wybrał takie, które znajdowało się w pobliżu jego pracy. Wstawaliśmy więc rano, na dźwięk radiobudzika – starej metalowej skrzynki, która zamiast cyferblatu miała pocztówkę w kwiatki i wyruszaliśmy w podróż. Jeśli czasu było mało, podjeżdżaliśmy kilka przystanków autobusem linii 155, względnie 162, który zatrzymywał się w gorszym miejscu i trzeba było wysiąść przystanek wcześniej. Jeśli mieliśmy więcej czasu, szliśmy na piechotę – zwłaszcza jeśli na dworze było już ciepło. Ruszaliśmy więc Solcem w kierunku Rozbrat, przez park, w którym rosły najładniejsze kasztany, a w lecie szumiały fontanny. Na końcu Rozbrat, po lewej stronie, znajdowało się słynne liceum imienia Stefana Batorego, a po prawej – schowane w bramie przedszkole. Mijaliśmy je jednak i szliśmy dalej, pod trasą Łazienkowską, trochę na skos, wchodząc w ulicę Myśliwiecką, wiodącą w kierunku Łazienek. Dość szybko po prawej stronie wyłaniał się rząd szarych, niskich i smutnych budynków, nic specjalnego. Brama i tabliczka z adresem: Myśliwiecka 3/5/7. Nie było w tamtych czasach dużej, przeszklonej kopuły, którą możecie zobaczyć teraz. Zwykłe drzwi, marmurkowa podłoga, po prawej stronie kiosk Ruchu (w którym i tak nie było nic ciekawego), na wprost kilka schodków w górę i schodki w dół. Tata pracował w dziale technicznym, więc zaczynał o 7:15, listę obecności trzeba było podpisać do 7:20, bo potem znikała i pracownika uznawano za nieobecnego. Wpadaliśmy więc podpisać listę i ruszaliśmy do przedszkola, które otwierało się o 7:30. I tak codziennie. No, chyba że ferie, pracująca sobota albo inne okoliczności przyrody. Wtedy z małym dzieckiem nie było co zrobić, więc zostawałam z Tatą w pracy. W pracy, z perspektywy dziecka, było nudno. Rzeczą, którą pamiętam najlepiej, było pastowane linoleum. Na gumowych podeszwach nie szło się ślizgać, ale na kolanach to już pierwsza klasa! Po prawej stronie korytarza były studia nagraniowe, nad którymi świeciły napisy oznajmiające „CISZA!”, więc ślizgałam się bezszelestnie. Raz na jakiś czas pogroziła mi jedna albo druga sprzątaczka, bo to całe ślizganie się zostawiało smugi. W ślizganiu chodziło o to, żeby przejechać cały korytarz z rozpędu, aż pod same drzwi radiowej biblioteki. Odkąd nauczyłam się czytać, jakoś pod koniec przedszkola, zaglądałam tam często i pierwsza książka, którą przeczytałam w całości w ciągu jednego wieczoru, pochodziła właśnie stamtąd. Nosiła tytuł „Opowieść o kalifie-bocianie” – to dla potomności. Kiedyś, w czasie tego ślizgania, rymsnęłam z całym impetem w Wojciecha Manna wychodzącego właśnie ze studia. Prosto w piszczel, bo mniej więcej na tej wysokości się znajdowałam. Wygramoliłam się dość niezdarnie z kolan i wydukałam coś w stylu „Przepraszam Pana”. Mann zaśmiał się i powiedział, że nic się nie stało, a poza tym nie muszę mówić „Proszę Pana”, tylko „Wujku” (w radio wszyscy byli ciociami i wujkami). W tym momencie z pokoju wyszedł Tata, zaalarmowany hałasem, gotów do udzielenia reprymendy. Natychmiast schowałam mu się za nogami i odpowiedziałam „Tak, proszę Pana”. I o ile nie miałam żadnego problemu z „wujkowaniem” innych pracowników, do Manna nigdy nie powiedziałam „Wujku”. Z perspektywy mojej głowy, znajdującej się tylko nieco powyżej podłogi, był ogromy i budził respekt, więc za każdym razem, gdy widziałam go na korytarzu, zazwyczaj w towarzystwie Materny albo innych redaktorów, uciekałam, ile sił w krótkich nóżkach. Zresztą było mi strasznie wstyd, że tak na niego wpadłam.

(…) aż znalazłam gabinet dyrektora Taty. Przekonana, że nikogo tam nie ma, wpełzłam przez okno, które znajdowało się na wysokości ziemi, wpadłam na krzesło i z łoskotem wylądowałam na ziemi, tuż przed stopami dyrektora.

W pracy u Taty nie bardzo było co robić. Pokój jak pokój, herbata w szklance, z fusami zbierającymi się na dole, żadnych zabawek. Na ścianie stary głośnik, z którego nieprzerwanie leciała Trójka. Był też telewizor, ale programy nadawano tylko w określonych godzinach. Po porannej powtórce dla pracowników drugiej zmiany następowała przerwa do godziny 15:30, a wtedy już było za późno. Z rana można było przynajmniej obejrzeć powtórkę „Niewolnicy Isaury” z Lucillą Santos. Więc kiedy byłam już starsza, zaczęłam eksplorować. Tata nie był specjalnie przekonany do tego pomysłu, musiałam więc walczyć i obiecywać, że „nic a nic się nie zgubię” i „nikomu nie będę przeszkadzać” (czytaj: nie wpadnę z impetem w Wojciecha Manna). Uzyskawszy zgodę na wyjście „na podwórko”, uchyliłam drzwi, rozejrzałam się czujnie dookoła i pobiegłam. Podwórko radiowe było bardzo mizerne – trochę dzikiej trawy, kilka rachitycznych drzewek na obrzeżu. Nie mieli nawet trzepaka. Jak wiadomo, trzepak był obowiązkowym elementem placu zabaw, w wielu przypadkach – jedynym. Można było na nim fikać koziołki, zwieszać się głową w dół albo skakać na beton. Względnie można było rysować kredą (pokruszonymi kawałkami cegieł) na betonie, ale betonu też nie mieli, więc wiało nudą. Nie miało to jednak znaczenia, bo przynajmniej było to miejsce, do którego można pójść. Oczywiście dojść umiałam, ale wrócić już nie. Spowodowało to mały atak paniki – nie dlatego, że się zgubiłam, ale dlatego, że Tata będzie się gniewał i „nigdy, przenigdy” nigdzie mnie już nie puści. Dla sprytnego dziecka to olbrzymia motywacja, pobiegłam więc w stronę budynku i zaczęłam zaglądać w otwarte okna, aż znalazłam gabinet dyrektora Taty. Przekonana, że nikogo tam nie ma, wpełzłam przez okno, które znajdowało się na wysokości ziemi, wpadłam na krzesło i z łoskotem wylądowałam na ziemi, tuż przed stopami dyrektora. Otrzepawszy się, jednym tchem wyrzuciłam z siebie litanię: „Wujku, zgubiłam się, Tata będzie się gniewał, tylko mu nie mów, teraz pójdę!”. Wujek zapytał tylko, czy wiem, jak trafić do pokoju. Skinęłam rezolutnie głową i rzuciłam konfidencjonalnie na odchodne: „Nie mów Tacie!”. Chyba nie powiedział, bo nie dostałam ochrzanu i mogłam dalej eksplorować radiowe korytarze. Do czasu.

Słyszałam, że dorośli rozmawiają przyciszonymi głosami i są czymś zdenerwowani. Pewnego wieczoru Tata powiedział mi, że pójdziemy do pracy. Było to wydarzenie niespotykane, na dworze było ciemno, nic takiego się wcześniej nie zdarzyło.

Weszliśmy do radia – wszędzie było cicho. Poszliśmy korytarzami, których nie znałam. Tata powiedział mi, że idziemy do studia nagraniowego. Zaraz przy drzwiach stał fortepian, a w drugiej części studia – stoły przykryte zielonym suknem i oświetlone niewielkimi lampkami. W studio panował półmrok. Stanęliśmy razem z resztą przy fortepianie, Tata kazał mi być cicho. Przy zielonych stołach usiadło kilku mężczyzn, wyglądali poważnie. A potem zaczęli przemawiać do zgromadzonych. Z mojej perspektywy cała akcja była po prostu nudna, jednak w drodze powrotnej Tata kazał mi na całe życie zapamiętać, że byłam na pierwszym spotkaniu „Solidarności” w Polskim Radio. I że mam nie mówić nikomu.

Kiedyś przyszedł też ksiądz. Nie z dzielnicowym, ale jakoś tak sam. Zapytał, czy znam „Ojcze nasz”. Znałam, to zadeklamowałam. Więcej nie przyszedł.

Nikomu nie powiedziałam, bo jak uważałam, nie było o czym. Niedługo potem w obu budkach strażniczych pojawili się uzbrojeni wartownicy. I nie można już było swobodnie biegać po korytarzach.

Trójka miała też wpływ na bardziej prywatne aspekty życia. Na przykład, zaczął nas odwiedzać dzielnicowy. Przychodził szukać ulotek i sprawdzać, czy nie szerzy się u nas kapitalistyczna zgnilizna. Kiedyś przyszedł też ksiądz. Nie z dzielnicowym, ale jakoś tak sam. Zapytał, czy znam „Ojcze nasz”. Znałam, to zadeklamowałam. Więcej nie przyszedł. Do dziś nie wiem, o co chodziło. Ale ulotek nikt nie znalazł.

Z mniej demonicznych przypadków – wszyscy dziś mówią o Niedźwiedzkim. Ja bardziej o wujku Jurku, czyli Jerzym Kordowiczu. Wujek Jurek był bardziej wujkiem, bo dobrze się z Tatą znali i miał sporo córek. Wiem, jak to brzmi, ale ze szczenięcej perspektywy tak właśnie określałam sytuację. Dzięki niemu pokochałam muzykę elektroniczną i dowiedziałam się ciekawych rzeczy o Egipcie. Ale to już temat na inną historię.

Technicznie, wszystko miało swoje plusy i minusy – pierwszy magnetowid, srebrnego Philipsa, Tata kupił od Wojciecha Materny i to było coś. W sensie magnetowidu, nie faktu zakupu. Z drugiej strony, kiedy wszyscy słuchali muzyki na kasetowych, nowoczesnych „Kasprzakach”, ja miałam reporterski magnetofon Grundiga i szafę szpulek BASF-a, takich w białych pudełkach z czerwoną taśmą dookoła. To zdecydowanie odbierało mi punkty do lansu, chociaż dzisiaj pewnie kilka by dodało. Teraz retro jest modne, kiedyś musiałam się tłumaczyć z tych szpulek. I olbrzymich, stojących głośników. I kolorofonu.

Mogłabym tak jeszcze długo, bo to przecież dzięki jednemu z kolegów Taty zaprzyjaźniłam się z komputerami i odkryłam różnorakie programy, był też ratlerek wujka Zbyszka, dzięki któremu pokochałam psy. A przede wszystkim była magia i świadomość, że głosy dobiegające ze skrzynki to tak naprawdę prawdziwi ludzie, nie zaś istoty bezcielesne, unoszące się swobodnie na falach eteru. Wystarczy chyba powiedzieć, że nie spotkałam później w życiu innego miejsca, które byłoby w tym samym stopniu zarówno zwykłe i powszednie, z linoleum i pastą do podłogi oraz jednocześnie zupełnie niezwykłe, odciskające swoje piętno na kolejnych generacjach słuchaczy.

Trójka oparła się wielu huraganom i zmianom politycznym, zawsze charakteryzowała się klasą oraz wolą i duchem walki.

Na koniec nieco nostalgicznie i rzewnie. Pamiętam, że urzekała mnie zawsze ta tajemnicza atmosfera radia. Zwłaszcza wieczorami, kiedy zapadał mrok, a spiker mówił do mikrofonu, do wszystkich, którzy go słuchali na falach, a jednocześnie tak trochę do siebie. Wiedząc, jak wyglądają studia, wyobrażałam sobie, że odbywa się tam coś absolutnie magicznego. I oznajmiłam kiedyś, że też chcę pracować w radio i mieć własną audycję. Tata odpowiedział mi na to, rujnując przy tym moje szczenięce marzenia, że spiker radiowy musi mieć NIESKAZITELNĄ DYKCJĘ I WYMOWĘ. Musiałam napisać to wielkimi literami, bo pietyzm tego stwierdzenia na zawsze wyrył się w moim sercu. Siedziałam więc przed lustrem i ćwiczyłam, wyglądając przy tym nadzwyczaj śmiesznie i strzelając miny, których nie powstydziły się plujący zupką niemowlak. Kiedy w końcu odkryłam, że do reporterskiego Grundiga można podłączyć mikrofon, zaczęłam nagrywać te wypociny. Moje marzenia legły w gruzach już w chwili, gdy pierwszy raz usłyszałam swój nagrany głos. No cóż.

Szkoda, że w tamtych czasach nikt nie podejrzewał, że żeby pracować w radiu nie będzie potrzebna już ani nieskazitelna wymowa, ani poprawna dykcja, ani nawet „manie” czegoś do powiedzenia.

Trójka oparła się wielu huraganom i zmianom politycznym, zawsze charakteryzowała się klasą oraz wolą i duchem walki. Ludzie, którzy tam pracowali przez dziesięciolecia, mieli prawdziwą pasję i realizowali się w dziedzinach, którym często poświęcali całe swoje życie. To dlatego magicznie przyciągali słuchaczy przed odbiorniki, nawet wtedy, kiedy przestrzeń medialną zdominowała telewizja i internet. Piszę to w czasie przeszłym, bo ostatnie wypadki jasno świadczą o tym, że czas Trójki się kończy. Piękna jest jednak solidarność odchodzących z rozgłośni ręka w rękę. Buntownicy do końca, jak wtedy, kiedy byłam dzieckiem.

Czekam na radio Nowy Świat i oby przyniosło ze sobą tego samego ducha, którego pamiętam ze szczenięcych lat.

Dobrze jest marzyć.



3

Kinga Ochendowska

NAMAS'CRAY  The crazy in me recognizes and honors the crazy in you. Jestem sztuczną inteligencją i makowym dinozaurem. Używałam sprzętu Apple zanim to stało się modne. Nie ufam ludziom, którzy nie lubią psów. Za to wierzę psom, które nie lubią ludzi.