Harley-Davidson LiveWire – elektryk z bijącym sercem

03/02/2021, 15:30 · · · 2

Harley-Davidson to coś więcej niż marka. To sposób na życie. Inne spojrzenie na świat. Teraz proponują alternatywę dla swojej tradycji. Elektryczną. Zanim jednak przejdziecie do dalszej części tego artykułu, koniecznie włączcie sobie w tle utwór Stereophonics – Long Way Round, aby wprowadzić się w odpowiedni nastrój. Serio. Poczekam.


Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 10/2020


Long Way Up

Część z Was prawdopodobnie już oglądała pierwszych kilka odcinków nowego serialu na Apple TV+ – „Long Way Up”. Charley Boorman („Excalibur”, „Deliverance”) i Obi-Wan Kenobi (znany też jako Ewan McGregor z „Trainspotting”, „The Island” czy „Black Hawk Down”) przemierzają Ameryki, od południowego punktu Patagonii w Argentynie, przez Chile, Panamę i 11 innych krajów, do Los Angeles. Robią to na prototypach HD LiveWire, dostosowanych do wymagań ich podróży. Towarzyszy im Claudio na spalinowym HD-ku oraz ekipa filmowa na pokładzie dwóch prototypowych pick-upów od Rivian, czyli również elektrycznych.

Jak można się spodziewać, wycieczka o długości 20 tys. km jest epicka, z zapierającymi dech w piersiach widokami.

Ten serial zbiegł się w czasie z moimi własnymi testami HD LiveWire, więc moje odczucia są oczywiście zabarwione marzeniami o pokonaniu tego typu trasy osobiście.

Trochę historii

Bardzo lubię motocykle, ale nie jako środek do zapewniania sobie ekstremalnych wrażeń, tylko jako środek do osiągnięcia celu, którym jest podróżowanie z mniejszą liczbą ograniczeń (w pewnym sensie), po mieście czy poza nim. W kwestii wygody skutery biją motocykle na łeb. Mają automatyczne skrzynie biegów (które już trafiają do motocykli, ale „za moich czasów” ich nie było), większe bagażniki i są wygodniejsze. Ale chęć posiadania motocykla to sprawa serca, a nie głowy. Nigdy też nie przepadałem za supergłośnymi wydechami – to uciążliwość na dłuższą metę i m.in. dlatego mój GSR nigdy nie doczekał się Akrapovica. Kilka lat temu odstawiłem jednak „dwa kółka”, bo po prostu robiłem za mało kilometrów w sezonie i przestało to mieć sens. Może gdybym mieszkał w cieplejszym klimacie…

Elektrycznie

LiveWire wyposażono w 105-konny (116 Nm) silnik elektryczny, ale trzeba pamiętać, że w odróżnieniu od silników spalinowych, moc jest dostępna natychmiast, przyspieszenie jest stałe, a po maksymalnym odkręceniu manetki, ten 249 kg HD-ek przyspiesza do 100 km/h w 3 sekundy. Trudno go porównać do „tradycyjnego” motocykla, bo charakterystyka pracy całości jest zupełnie inna, ale jedno jest pewne – wrażeń nie zabraknie.

Silnik chłodzony jest cieczą, aby zapewnić mu optymalną temperaturę pracy, i podpięty jest do baterii litowo-jonowej o pojemności 15,5 kWh. Na pokładzie znajduje się dodatkowa 12 V bateria Li-ion, która m.in. bezprzewodowo rozpoznaje obecność kluczyka. System RESS (Rechargeable Energy Storage System), jak go Harley-Davidson nazwał, ma pięcioletnią gwarancję bez limitu kilometrów.

Motocykl można ładować albo z typowego gniazdka 240 V, które zapewni mu pełne ładowanie przez noc lub prądem stałym – RESS. Przyjmuje w rejonie 50 kW, więc ładowanie od 0 do 80% trwa 40 minut, a pełne ładowanie – godzinę.

Harley-Davidson informuje, że w mieście przejedziemy do 235 km na jednym ładowaniu, a na trasie do 153 km. W praktyce, przy moim stylu jazdy, wyświetlacz wskazywał mi maksymalny zasięg na poziomie 250 km. Niestety nie testowałem go na trasie przy wyższych prędkościach. Realnie, biorąc pod uwagę, że ładowanie zajmować będzie około 40 min, to zasięg wydaje się wystarczający na spokojną wycieczkę, pod warunkiem, że na trasie znajdziemy ładowarki, co jest niestety trudne na terenie Polski.

Technologia

LiveWire wyposażono w H-D Connect, który zapewnia mu łączność z aplikacją na iPhone’a lub Android. Podstawowe funkcje dostępne są za darmo (nawigacja krok po kroku, planowanie tras, lokalizacje wydarzeń i serwisów), a reszta wymaga rocznej subskrypcji (pierwszy rok jest w cenie motocykla). H-D Connect zawiera modem LTE, który łączy go z internetem, dzięki czemu można na bieżąco sprawdzać status obu baterii, lokalizować motocykl na mapie, otrzymywać ostrzeżenia o tym, że ktoś majstruje coś przy nim albo o tym, że motocykl zaczął się przemieszczać.

Kolorowy ekran dotykowy, który służy głównie jako wyświetlacz podczas jazdy, zawiera cały system menu do konfigurowania zachowania LiveWire. Wyświetla oczywiście podstawowe informacje, jak dostępny zasięg i stan baterii, liczbę przejechanych kilometrów, ale również umożliwia konfigurowanie czułości manetki (jej responsywność na odkręcanie), siły pracy systemu rekuperacji energii (polecam na maksa!), trybu kontroli trakcji i wiele więcej.

LiveWire wyposażono w system kontroli trakcji C-TCS, który można całkowicie wyłączyć, ale gdy jest aktywny, to zapewnia panowanie nad motocyklem w każdych warunkach. Nie pozwala tylnemu kołu na poślizg, zarówno podczas przyspieszania, jak i hamowania, co ma szczególne znaczenie przy rekuperacji na śliskiej nawierzchni. C-TCS ogranicza też podnoszenie przedniego koła podczas przyspieszania (fani wheelie będą musieli wyłączyć ten system). Jest też system C-ABS, którego nie można wyłączyć.

Elektrycznego HD-ka wyposażono w kilka trybów jazdy – Sport, Trasa, Zasięg, Deszcz oraz trzy customowe, do zdefiniowania przez użytkownika. Każdy tryb zmienia zachowanie manetki, systemu C-TCS i rekuperacji, dzięki czemu możemy dostosować zachowanie motocykla do własnych potrzeb oraz sytuacji na drodze.

Z sercem

Miałem kilkuletnią przerwę w jeździe na dwóch kółkach, więc żywiłem ogromne obawy przed pierwszą jazdą LiveWire’em. Nie dość, że to zdecydowanie cięższy motocykl, niż te, do których byłem przyzwyczajony, to miałem ogólne zastrzeżenia do swoich umiejętności – o ile mniej więcej wiem, co robię za kółkiem samochodu, to za kierownicą jednośladu niekoniecznie. Znam podstawowe zasady, ale mam nadal mało doświadczenia, nie potrafię jeździć „na kole”, robić stoppie, nie mówiąc już o jechaniu poślizgiem. Jak się jednak okazało, prowadzenie tego HD-ka jest jak jazda rowerem – dziecinnie prosta.

Najbardziej zaskakującym elementem doświadczenia było pierwsze zatrzymanie się na czerwonym świetle. LiveWire wtedy delikatnie pulsuje (wrażenie jest takie, jakby silnik na ułamek sekundy chciał ruszyć do przodu), dając nam znać, że jest włączony i gotowy do jazdy. Moją pierwszą myślą było to, że mimo że to elektryk, to nadal ma serce Harley-Davidsona, co potem potwierdziły kolejne dziesiątki kilometrów, które na nim zrobiłem.

Jazda LiveWire’em to naprawdę czysta przyjemność, a motocykl elektryczny, szczególnie w mieście, to spełnienie moich oczekiwań. Po pierwsze, moc jest dostępna zawsze i wszędzie, przyspieszenie jest stałe i ogromne, a rekuperacja powoduje, że nie trzeba nawet operować hamulcami. Po drugie, brzmi jak motocykl Batmana (Batpod z „Mrocznego Rycerza”), jak poinformowała mnie Iwona. To dodatkowo oznacza, że hałas silnika i wydechu podczas jazdy nie jest uciążliwy dla naszych uszu. Po trzecie, wygląda niesamowicie, niezależnie od koloru lakieru, na jaki się zdecydujecie. Uwielbiam też fakt, że gniazdo CCS do ładowania umieszczone jest tam, gdzie tradycyjnie znajduje się korek do baku paliwa.

Niestety, LiveWire ma jedną wadę – kosztuje niemal 150 tys. PLN (z czego 25% to dodatkowe cło nałożone na amerykańskie motocykle przez Unię Europejską, w odwecie za wojnę handlową Trumpa). Gdyby nie to cło, to kosztowałby zdecydowanie mniej, bo w rejonie 118 tys. PLN. Jeśli jednak Was stać na niego, to gorąco go polecam – właśnie trafił na moją listę marzeń do spełnienia (co prawdopodobnie nigdy się nie stanie).

Pozostaje mi gorąco podziękować Harley-Davidsonowi za kilka dni czystej przyjemności i życzyć Wam wszystkim, abyście mogli tego doświadczyć chociaż raz w życiu.



2

Wojtek Pietrusiewicz

Wydawca, fotograf, podróżnik, podcaster – niekoniecznie w tej kolejności. Lubię espresso, mechaniczne zegarki, mechaniczne klawiatury i zwinne samochody.