Czy to już koniec wolnego internetu?

29/12/2021, 16:18 · · · 2

Internet zmienia się z dnia na dzień. Na lepsze? Na gorsze? Trudno powiedzieć. Z całą pewnością przestaje być medium niezależnym. I możliwe, że nawet Apple nie będzie nam w stanie pomóc.


Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 2/2021


Ostatnimi czasu zastanawiam się, czy zamiast porannej kawy nie lepiej byłoby nalać do miseczki whisky i dosypać do niej płatków śniadaniowych albo przynajmniej otworzyć butelkę wina, najlepiej Pinot Noir – dla tych, którzy chcieliby wiedzieć. Ja na przykład lubię wiedzieć, więc pytam internet o różne rzeczy. I coraz częściej na swoje pytania nie otrzymuję satysfakcjonującej odpowiedzi.

Odkąd pamiętam, byłam skrajnym liberałem. Uważałam, że każdy ma prawo do ekspresji własnych przekonań – wolność, miłość i pokój – pełen idealizm. Z biegiem czasu, kiedy zaczęłam dostrzegać, że obie strony dyskursu przeginają niemiłosiernie na prawo i lewo, zaczęłam dryfować w kierunku racjonalnego liberalizmu, czyli pozycji środka – jakaś kontrola musi istnieć, ale nie może ograniczać praw jednostki w zakresie wyrażania własnych przekonań oraz dostępu do informacji. Jedynym problemem było wyegzekwowanie owej kontroli, bo nie istnieje niezależne ciało, któremu można by powierzyć ocenę prawdziwości publikowanej treści. Każdy, kto uzurpowałby sobie prawo do cenzurowania internetowych treści, mógłby zostać oskarżony o nieuczciwość i tendencyjność, jak to w historii drzewiej bywało. Pogodziłam się więc z tym, że w internecie muszą istnieć wszelkie treści, które jego użytkownicy chcą opublikować. Okazuje się jednak, że koncerny internetowe, po części po cichu, a po części zupełnie otwarcie zawłaszczają prawo do decydowania o tym, co jest prawdą, a co nią nie jest. W zasadzie nie chodzi o obiektywną prawdę jako taką, ale o dostęp do organicznej informacji, którą każdy może sobie zinterpretować w sposób, w jaki uzna za stosowne.

Oczywiste wydaje się, że Google podbija najpopularniejsze wyniki (…)

Najbardziej oczywistym przykładem jest aktualna pandemia, ale brak podstawowej informacji nie ogranicza się wyłącznie do tego tematu. Ostatnio, poszukując bardziej szczegółowych informacji dotyczących regionu Mezopotamii, trafiłam na dezinformacyjną ścianę i musiałam uciec się do poszukiwania historyków, którzy będą w stanie przybliżyć mi realne szczegóły, nie zaś informacje portali „nie z tej Ziemi”.

Oczywiste wydaje się, że Google podbija najpopularniejsze wyniki, jednak nie ogranicza się wyłącznie do tego. Po każdym kliknięciu linków z określonej grupy w wynikach wyszukiwania pojawia się więcej rezultatów o podobnej charakterystyce, co z kolei sprawia, że dotarcie do poszukiwanych informacji staje się nie tylko trudne, ale prawie niemożliwe. A prawdopodobieństwo, że poszukiwana treść w internecie nie istnieje, jest równa lub bliska zeru.

Powyższa sytuacja wynika w dużej mierze z inteligentnych algorytmów, śledzących użytkowników na każdym kroku, dobierających wyświetlane treści zgodnie ze statystycznymi preferencjami osoby wyszukującej. W pogoni za gromadzeniem jak największej ilości danych, ich adekwatność schodzi na dalszy plan, zwłaszcza gdy software stara się przewidzieć, jakie wyniki usatysfakcjonują użytkownika. To, że użytkownik, czyli ja, okazjonalnie i dla rozrywki lubi poczytać Sitchina, nie oznacza jeszcze, że poszukując informacji na temat Sumeru, oczekuje linków do stron New Age i Davida Icke’a. A tego już maszyna nie jest w stanie zrozumieć.

Wszystkie zapowiedziane mechanizmy, zapewniające prywatność w internecie, mogłyby pomóc nam w ogarnięciu wirtualnej rzeczywistości, ale (…)

Rozwiązaniem byłoby oczywiście ograniczenie dostępu do danych użytkownika, co próbuje uczynić Apple w zapowiadanym update do najnowszego systemu. Agresywna reakcja sieci społecznościowych, w tym Facebooka oraz Google’a, nie wróży nic dobrego. Google, którego mottem było od początku przykazanie, by nie być „tym złym”, już zapowiedział, że usunie aktualne mechanizmy szpiegujące użytkowników oraz… zastąpi je innymi, które nie są rozpoznawane przez oprogramowanie Apple. Sama nie wiem, czy to zwykła arogancja, czy bezmyślność. Tak czy inaczej, będziemy śledzeni i opisywani przez zgromadzone na nasz temat dane, które już dawno przestały pomagać w dostarczaniu nam adekwatnych informacji, a stały się dobrem, które można zmonetaryzować. Materiał opublikowany przez Apple w prosty sposób pokazuje, jak działa opisany wyżej mechanizm. Można go przeczytać tutaj [PDF]. Wszystkie zapowiedziane mechanizmy, zapewniające prywatność w internecie, mogłyby pomóc nam w ogarnięciu wirtualnej rzeczywistości, ale nie wydaje mi się, żeby firmy handlujące danymi, takie jak Facebook czy Google, oddały pole bez walki. Dane, o których mowa, są zbyt cenne, żeby po prostu odpuścić. A to może oznaczać z kolei koniec wolnego internetu. Kiedy sprawy stają na ostrzu noża, strona, która wygra, może niepodzielnie królować na rynku. Dla nas byłoby lepiej, gdyby wygrało Apple. Tylko z czego będą utrzymywać się wtedy dostarczyciele „darmowych usług”, którzy czerpią zyski z „cichego” obracania danymi użytkowników? Już konieczność przyznania się do tego, że w internecie nie ma darmowych obiadów, jest upokarzająca sama w sobie i na nic ma się zasłanianie dobrem małych firm, które dzięki tym danym mogą funkcjonować na rynku. Ale nie chodzi tylko o same dane, ale o sposób, w jaki zostaną spożytkowane. Prywatnie nie mam problemu z tym, że na podstawie zebranych informacji oferowane są mi reklamy. Jestem dorosłym człowiekiem, który sam może wybrać, jakie firmy mogą mieć do nich dostęp. Jednak głęboki sprzeciw budzi we mnie manipulowanie opinią publiczną. I to nie tylko w zakresie regionów czy państw, ale w skali całego świata.

Przeprowadziłam ostatnio eksperyment, polegający na zamiennym używaniu dwóch serwisów informacyjnych: Apple News i Microsoft News. To właśnie ten eksperyment spowodował, że zaczęłam rozważać zamianę porannej kawy na procenty. O ile artykuły oferowane przez Apple były zrównoważone i merytoryczne, o tyle Microsoft News powodował, że co drugi dzień zaczynałam bać się świata. Cenię Apple za spokój, który wokół siebie roztacza – spokój pozbawiony populizmu i podkreślający merytoryczną wartość informacji. Agregat Microsoftu podrzucał mi krzyczące tytuły, niosące ze sobą niewiele treści, za to detonował olbrzymi ładunek emocjonalny. Zrozumiałe jest więc, że w zależności od wybranego medium, ogląd otaczającego nas świata może być zupełnie różny – możemy postrzegać go jako koncept kreatywny, w którym nasze decyzje mają znaczenie lub niebezpieczne miejsce, w którym żadne z naszych działań nie ma najmniejszego znaczenia. Tylko tyle i aż tyle. A różnica ogromna.

Pozostaje tylko zastanowić się, który z tych światów jest prawdziwy.

W zależności od tego, kto wygra wojnę o prywatność, możemy obudzić się rano z wirtualnym światem, który przyniesie nam albo nadzieję, albo rozpacz. Taką władzę mają nad nami internetowe koncerny. Pozostaje tylko zastanowić się, który z tych światów jest prawdziwy.

Moim zdaniem – żaden z nich. Prawdziwy świat jest taki i taki – czasem dobry, a czasem zły. Czasem mamy wpływ na to, jaki kształt przyjmuje, a czasem możemy tylko stać z boku i przyglądać się temu, co spowoduje wprowadzona w ruch maszyneria. Tyle tylko, że pozycja środka nigdy nie przysporzyła nikomu popularności.

I jak sądzę, nigdy nie przysporzy.



2

Kinga Ochendowska

NAMAS'CRAY  The crazy in me recognizes and honors the crazy in you. Jestem sztuczną inteligencją i makowym dinozaurem. Używałam sprzętu Apple zanim to stało się modne. Nie ufam ludziom, którzy nie lubią psów. Za to wierzę psom, które nie lubią ludzi.