iMagazine

Yahoo Answers dobre, jak każde inne

05/05/2012, 10:47 · · · 4

Wiele słyszymy ostatnio o reformach w edukacji. Wszystko ma być cyfrowe, plan nauczania ograniczony, młodzież odciążona. Nikt nie poświęcił czasu, żeby przeanalizować znane już przecież na świecie skutki wprowadzania takich zmian. Wystarczyłoby, żeby jeden z drugim Minister Edukacji odwiedził zachodnie szkoły i zobaczył na własne oczy, jak w tej rzeczywistości funkcjonuje przyszła ostoja narodu.

Do niedawna polskie szkoły znane były na świecie z wysokiego poziomu nauczania. Dzieci przenoszące się do szkół w zachodniej części Europy nie miały żadnych problemów z aklimatyzacją i w naturalny sposób brylowały wśród rówieśników. Ich wiedza, porównywana z wiedzą innych uczniów znajdujących się w tym samym przedziale wiekowym, była kompleksowa, spójna, interdyscyplinarna i – co najważniejsze – rzetelna. Nic więc dziwnego, że polscy uczniowie świetnie dawali sobie radę w zagranicznej rzeczywistości.

Zdziwienie Matki Polki

Od długiego czasu mam okazję przyglądać się brytyjskiemu systemowi edukacji. Z pierwszej ręki, bo z pozycji Matki Polki, wychowanej w tradycyjnym systemie edukacyjnym, która przebyła całą drogę – od podstawówki po uzyskanie tytułu magistra.

Pierwszy szok przeżyłam już na poziomie Primary School (szkoła podstawowa). Był nią brak prac domowych. Jak wiadomo, jak dziecko przychodzi do domu i zeznaje, że nie ma nic zadane, to znaczy, że coś jest na rzeczy. W końcu, po jakimś czasie, pojawiło się zadanie i energicznie zasiadłam z ośmioletnim dziecięciem do jego odrabiania. W ciągu jednego wieczoru stworzyłyśmy album dotyczący ulubionych potraw, z opisami i kolorowymi obrazkami. Tytułem wyjaśnienia – młoda nie posługiwała się w tym czasie językiem angielskim na poziomie komunikatywnym, więc pomoc z zewnątrz była konieczna. Sama praca nie była trudna i wykonanie jej nie wymagało wiele czasu. Następnego dnia dziecię dumnie ujęło album pod pachę i pomaszerowało do szkoły. Po powrocie za to obdarzyło mnie spojrzeniem zranionego psa i oświadczyło, że… to była praca semestralna! Na jej wykonanie miała prawie 2 miesiące i nauczycielka wcale nie była zadowolona, że wykonała ją w jeden wieczór, mimo że przyznała, że praca zasługuje na najwyższą ocenę. Inne dzieci też patrzyły na nią krzywo. No cóż – 1:0 dla angielskiej szkoły.

Dzieci nie należy zmuszać do nauki

Bo jeszcze się zniechęcą! To stwierdzenie towarzyszyło nauce na poziomie szkoły podstawowej. Nauczyciele wręcz nalegali, żeby dzieci, które nie chcą odrabiać zadań domowych, nie stresować. Nie chce, to nie. Głowy w szkole nikt im za to nie urwie. Domowe napominania o wadze nauki poszły do kosza, bo nauczyciele przecież mówią co innego! „A mówiłaś mamo, że nauczycieli trzeba słuchać!”. Mówiłam – przyznaję bez bicia. Przyznaję też, że strzeliłam sobie w stopę. Ale jak tu walczyć z systemem edukacji, który jasno stwierdza, że edukacja nie jest istotna? Walka z wiatrakami, drogi Panie Don Quixote. Że kto??? Nie, nikt – nie ma w programie nauczania. Nie każdy musi być przecież, za przeproszeniem, literatem.

Rozpuszczeni jak dziadowski bicz

Kiedy przyjechałam do Anglii, w hrabstwie Oxfordshire panowało bezrobocie na poziomie… 1 procenta, podczas gdy w Warszawie wynosiło ono ponad 20 procent. Oxfordshire nie było wyjątkowe – podobny poziom bezrobocia utrzymywał się na terenie całej Anglii. A ponieważ od dość dawna nie było żadnego kryzysu, wszyscy byli zadowoleni. Szczęśliwi. Beztroscy.

Córka jednej z moich koleżanek dokonywała właśnie wyboru, dotyczącego dalszej drogi edukacji. Matka Polka, jak to Matka Polka – usiłowała dojść, o co chodzi z tym systemem ocen, jakie stopnie powinna mieć, by zostać przyjęta do odpowiednika naszego liceum. Szkoła oczywiście zorganizowała spotkanie dla rodziców, żeby nie czuli się wyłączeni z procesu. Ci zaś. Przeżyli największy szok swojego życia, gdy na pytania usłyszeli odpowiedź od opiekuna klasy: „Niech się córka tak nie przejmuje ocenami, bo przecież nie każdy musi się dalej uczyć. Może pójść, nauczyć się zawodu na kursach i nie jest to żadna tragedia!”

To polskim rodzicom w głowie się nie mieści. Bo to nie ma żadnego związku z oceną poziomu intelektualnego czy też klasyfikacją możliwości. To nie jest kwaśne stwierdzenie, wyplute z ust rozczarowanego nauczyciela. To stwierdzenie wypowiedziane ciepło i z uśmiechem, łagodnie i uspokajająco. Określające rzeczywistość, w której praca jest dla wszystkich, bez wyjątku, bez kolejki i bez walki na kwalifikacje i ilość znanych języków. Po prostu jest – taka albo inna.

System niedostosowany

Zinformatyzowana szkoła to piękne miejsce. Od poziomu podstawówki dzieciaki, zamiast kredą na tablicy, piszą na ekranach, zawieszonych na ścianie i podłączonych do laptopów. Przesuwają wyniki w odpowiednie miejsce działania matematycznego, używając małego paluszka. Wszystko prosto, łatwo i przyjemnie. Generalnie, bardzo dużo używają komputerów, bo jak wiadomo, odpowiedź na każde pytanie można znaleźć w Internecie. Szkoda tylko, że nikt im nie tłumaczy, że materiały mają różną wartość naukową. Że to, co ktoś sobie napisał na blogu, niekoniecznie musi mieć realną wartość merytoryczną. Przecież koniecznie trzeba wkroczyć w erę nowoczesności! Książkowe metody są przestarzałe i nie należy się nimi przejmować. Najważniejsze, że dziecko wykonało pracę i coś wyszperało. A, czy potrafi ocenić realną przydatność materiału? To już nikogo nie obchodzi. Potrafi? Guzik z pętelką!

Yahoo dobre, jak wszystko inne

Zawsze mi się wydawało, że szkoła powinna kłaść nacisk na umiejętność korzystania z materiałów źródłowych w procesie nauczania. Jeśli mówimy o dyscyplinach naukowych – używamy naukowych, wiarygodnych i merytorycznych materiałów. Czy to dla wszystkich oczywiste? Nie dla wszystkich, zapewniam. Z doświadczenia.

Na przykład takie zadanie, dotyczące badania, czy wydajność baterii słonecznych w Woltach jest zależna od powierzchni wystawionej na działanie promieniowania słonecznego. Brzmi jak fizyka, czyli dziedzina raczej naukowa. W owym zadaniu chodzi o znalezienie metod badawczych, dzięki którym można ową teorię obalić, albo udowodnić. Gdzie szukamy odpowiedzi? W Internecie!

Nie mam nic przeciwko – Internet, pod warunkiem posiadania wspomnianej przed chwilą umiejętności odsiewania ziarna od plew, jest bardzo dobrym źródłem informacji. Pod warunkiem… Czy wśród czytelników znajdzie się jakiś nauczyciel? Otóż, szanowni pedagodzy – odpowiedź znaleziona w serwisie Yahoo Answers, w którym „czytelnicy odpowiadają czytelnikom” – jest według brytyjskiej szkoły równie dobra, jak ta z centrum badawczego przy uniwersytecie w Oxfordzie. Bez sprawdzenia źródeł, bez dodatkowych poszukiwań. Ktoś napisał, więc musi to być prawda. Zupełnie bezrefleksyjnie.

Zastanawiacie się może, skąd biorą się ludzie, bezkrytycznie wierzący we wszystko, co znajdą w Internecie? Właśnie z takiego systemu nauczania! Ze szkoły, która w imię nowoczesności sankcjonuje metody nie mające nic wspólnego z nauką, do rozwiązywania naukowych problemów. Dziecko uczone w ten sposób nie będzie znało metodologii badań, nie będzie się zastanawiać, skąd wzięło się rozwiązanie. Zaakceptuje wszystko, co znajdzie w sieci, bez zbędnej dywagacji.

Za dziesięć lat…

Widzieliście lekarza, który na oczach pacjenta wyszukuje objawy jego choroby w Internecie? Nie? Ja widziałam – byłam tłumaczem, uczestniczącym w takiej sytuacji. Wiecie, co się wtedy czuje? Zimny dreszcz na plecach. To nie fantastyka, tylko przyszłość, którą serwuje nam współczesny model nauczania. Za 10 lat, gdy dzisiejsze nastolatki rozpoczną swoje życie zawodowe, taki widok będzie codziennością. To owa młodzież, na podstawie swojej… wiedzy oczywiście, będzie ferowała wyroki, proponowała rozwiązania, tworzyła prawo. Cyfryzacja i informatyzacja to narzędzie, takie jak nóż. Nożem można pokroić chleb albo wystrugać patyczek – można też zabić – w tym przypadku inteligencję i umiejętność krytycznego oceniania faktów. Ale, co tam – nowoczesność jest ważniejsza.

Perspektywa mnie przeraża, a was?

Felieton ten pochodzi z marcowego wydania iMagazine – 3/2012

4

Kinga Ochendowska

NAMAS'CRAY  The crazy in me recognizes and honors the crazy in you. Jestem sztuczną inteligencją i makowym dinozaurem. Używałam sprzętu Apple zanim to stało się modne. Nie ufam ludziom, którzy nie lubią psów. Za to wierzę psom, które nie lubią ludzi.


4
Dodaj komentarz

avatar
4 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
1 Comment authors
Kinga OchendowskaPiotr CzerwińskiJacek Kauch Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Jacek Kauch
Gość
Jacek Kauch

Z perspektywy polskiej szkoły… nie oferuje niczego lepszego i niczego lepszego nie oferowała w przeszłości a w wielu przypadkach jest na gorszym poziomie i prezentuje niższe wartości. Polska szkoła nie uczy uczenia się a tłoczy masę bezużytecznej wiedzy. Nie uwrażliwia na otoczenie i nie uczy znajdowania sposobów rozwiązywania problemów, podaje rozwiązania na tacy. Polska szkoła uczy do testów i myślenia z klapami na oczach. Polska szkoła uczy przyszłych bezrobotnych nie dając dzieciom i młodzieży rozwijania indywidualnych umiejętności. Polska szkoła zabija indywidualizm, otwarte myślenie, zdolności społeczne. Polska szkoła uczy, że nauka jest celem a nie środkiem do celu. Polska szkoła ma kiepskich nauczycieli, którzy kiepsko uczą bo są zdemotywowani i niekompetentni. 

Na każdym etapie, czy to szkoły podstawowej, gimnazjum, szkoły średniej i studiów.
Tak generalizuję, ale w skali całości tych rodzynków, tych wyjątkowych szkół i nauczycieli z powołania jest tak mało, tak strasznie mało, że generalizowanie ma swoje uzasadnienie.

Polscy rodzice mają w wielu przypadkach przerost ambicji i chore poczucie troski o dziecko. Polscy rodzie żyją w przeświadczeniu, że jak dziecko się nie uczy to sobie w życiu nie poradzi, że jak nie przynosi co najmniej 5 to czeka go ciężki los. Jak nie siedzi w domu nad zadaniami to jest… problem. Polscy rodzice uważają, że to szkoła ma uczyć i wychowywać a oni są od zarabiania na utrzymanie i co najwyżej pomocy w zadaniach domowych.

Mało która Matka Polka z Ojcem Polakiem potrafią z dystansem patrzeć na szkołę i aktywnie uczestniczyć w edukacji dziecka, nie przez proszenie nauczycieli o więcej zadań i dopingowanie do zrobienia jak najszybciej i jak najlepiej. Przez uczenie życia. Przez spędzanie z nim czasu nie tylko przy rozwiązywaniu zadań szkolnych ale życiowych. Przez pomoc przy naprawie krzesła, cerowaniu dziury w spodniach, w sadzeniu roślin, zbieraniu grzybów i owoców z drzew, przez robienie zapasów na zimę i pieczenie ciasta. Przez przygotowanie roweru na zimę i wymianę żarówki w lampie, robienie zakupów i robienie plakatów z niczego i wszystkiego co jest pod ręką. Przez dawanie wolnego czasu by dziecko rozwijało się z kolegami i koleżankami, by się socjalizowało. Przez uczenie wrażliwości, że prawda ma wiele źródeł, że ocena jest sprawą indywidualną, że krytyczne spojrzenie na temat jest rzeczą naturalną, że w podważaniu autorytetów nie ma nic zdrożnego, że odpowiedzialność za własne czyny jest normą, przez szacunek do życia, do własnego zdania i do zdania innych…

Piotr Czerwiński
Gość

A ja sobie pozwolę się nie zgodzić z przesłaniem artykułu.
To rodzice są odpowiedzialni za swoje dzieci. Szkoła czy też otoczenie ma tylko umożliwić naukę, ale nie zmuszać do niej. Przecież pracownicy fizyczni też są potrzebni i to w ilościach znacznie przekraczających liczbę potrzebnych pracowników wysokowyspecjalizowanych.
To w Polsce jest chory układ, że wszyscy muszą mieć mgr przed nazwiskiem.
Polska szkoła nigdy niczego nie uczyła, sam system nie przystaje do obecnego świata. Uczymy, że wszystko trzeba wkuć, zabijamy kreatywność. A radość własnego odkrywania świata pozostaje tylko dla niepokornych jednostek, które nie dały się stłamsić w polskim systemie edukacji; albo dla dzieci interesujących i mądrych rodziców.

I na koniec przewrotnie zapytam. Iluż to mamy noblistów w dziedzinach ścisłych? Bo przecież „Do niedawna polskie szkoły znane były na świecie z wysokiego poziomu nauczania”

Jacek Kauch
Gość
Jacek Kauch

Tytułem uzupełnienia. 
Jeszcze kilka lat temu irydologia była uznawana za szarlataństwo a dziś jest uznaną dziedziną medycyny zajmującą się diagnozowaniem stanu zdrowia pacjentów na podstawie mapy tęczówki oka. Doświadczonemu lekarzowi wystarczy obraz oka by z wysokim prawdopodobieństwem określić potencjalne  przyczyny stanu pacjenta, zagrożenia i skutki. Nie dziwi mnie więc, że posługując się odpowiednim sprzętem można zdalnie dokonać wstępnej diagnozy. 
Mój Wuj, twierdzi nie bez podstaw, że to co rok, dwa lata temu uważało się za normatywne podejście do rehabilitacji np. dzieci dzisiaj uważane jest za średniowieczne leczenie trypla ogniem lub mieczem. 
Z medycznego punktu widzenia diagnostyka posunęła się tak daleko do przodu, że najzwyczajniej w świecie wielu lekarzy nie jest w stanie podążać za bieżącymi osiągnięciami i ustaleniami. 
Tam gdzie leczy się w sposób dojrzały i profesjonalny lekarze różnych dziedzin konsultują ze sobą różne przypadki, taki mind storm. Mój Wuj ma tygodniowe spotkania on-line z kolegami po fachu z którymi przez kilka godzin omawiają spotkane przypadki i konsultują metodologię leczenia. Lekarze z całego świata w liczbie ok. 30 łączą się przez dedykowany serwis i wspólnie wymieniają się wiedzą i doświadczeniem, których każdy z osobna nie jest w stanie zdobyć w ciągu jednego życia. może ów lekaż działa podobnie albo to zwykły konował.
W Polsce lekarz albo pisze z głowy standardowy lek na grypę, albo taki, który pamięta z ostatniego szkolenia, lub ma przed oczyma na kalendarzu, albo zagląda do grubej księgi gdzie na podstawie wielu informacji z wywiadu dokonuje wyboru leku biorąc pod uwagę działania pożądane i skutki uboczne. Medycyna zaczyna przypominać rynek FMCG i trudno nadążać za wszystkimi producentami, terapiami. Gorzej niż księgowość i zmiany w prawie.

Kinga Ochendowska
Gość

Powiem Wam Panowie, że to trzeba po prostu zobaczyć – wtedy znika chęć motywowania i racjonalizowania takiego stanu rzeczy. Odnośnie Noblistów – w Polskiej edukacji brakowało jednej rzeczy (bo w gruncie rzeczy wprowadzane zmiany upodabniają nasz system edukacji do zachodniego) – pieniędzy na badania. Niestety angielski system zdrowotny jest jednym z najgorszych w Europie (tak, może być coś gorszego niż polski) i BRAKUJE IM wykwalifikowanych lekarzy. Dlatego z pocałownaiem ręki biorą naszych, nawet na dyżury weekendowe. Może Wam się w głowie nie mieścić, że taka sytuacja ma miejsce, jednak tubylcy już zauważają, że rynek pracy się zmienia. Jest to w tej chwili przedmiotem burzliwej debaty, na równi ze zmianami wprowadzanymi przez konserwatystów. Z całym szacunkiem, ale zarówno zastany w Anglii system, jak i zmiany w polskim systemie nie służą prawidłowej edukacji. Jeszcze raz powtórzę – to trzeba zobaczyć, żeby uwierzyć a tym bardziej zrozumieć.