iMagazine

12 dni w Azji – część pierwsza

26/01/2016, 09:30 · · · 2

Nie należę do ludzi, którzy są w stanie spędzić dużo czasu w jednym miejscu. Dotyczy to przede wszystkim regionów, w których wcześniej nie byłem. Wrodzona chęć poznawania nowego zmusza mnie do częstego przemieszczania się. Nie inaczej było w przypadku wrześniowej wyprawy do Azji, podczas której w ciągu 12 dni odwiedziliśmy cztery miasta w czterech różnych krajach. W tej części relacji opowiem o pierwszych dwóch z nich – Singapurze i Bangkoku.

Wstęp

Podróż do Azji to część projektu PełneKlatki, który tworzę wraz z Kubą Mrozem (www.twitter.com/kubamroz). W ramach naszej działalności realizujemy nietypowe wyprawy, podczas których przybliżamy odwiedzane miejsca dzięki wpisom, zdjęciom i wideo publikowanym na profilach projektu. Więcej informacji na ten temat znajdziecie na www.PelneKlatki.pl.

Azja Południowo-Wschodnia była dla mnie zupełnie nowym regionem. Z tego powodu, od początku planowania wyjazdu, zależało mi na odwiedzeniu kilku kompletnie różnych od siebie miejsc. Najbardziej interesującymi mnie punktami był Singapur i Hongkong, przez co w pierwszej kolejności skupiłem się na przelocie do pierwszego i powrocie z drugiego miasta. Podczas kupowania biletów wykorzystałem metodę open-jaw (przylot i wylot z dwóch różnych lotnisk w ramach jednej rezerwacji), którą opisywałem dokładniej we wrześniowym wydaniu iMagazine. Daty „zewnętrznych” fragmentów podróży dobrałem tak, by w trakcie wyjazdu pozostał czas na odwiedzenie jeszcze jednego miejsca. Wśród rozważanych możliwości znalazł się Bangkok, Kuala Lumpur, Dżakarta, Phnom Penh, Ho Chi Minh oraz Hanoi. Wybór padł na pierwszą opcję. Dodatkowym atutem była możliwość wyboru 20-godzinnej przesiadki w Dubaju podczas powrotu do Polski, która umożliwiła krótkie zwiedzanie tego arabskiego miasta.

singapur1

Singapur

Do Singapuru dotarliśmy po niemal 19 godzinach podróży, która zakładała ponad czterogodzinną przesiadkę na lotnisku w Dubaju. Pierwsze wrażenia? Upał, wysoka wilgotność i bardzo słaba widoczność. Warunki pogodowe nie różniły się od naszych przewidywań, zaskoczeniem było natomiast wysokie zanieczyszczenie powietrza. Na miejscu dowiedzieliśmy się, że spowodowały to pożary lasów w Indonezji. Klimat Singapuru dał o sobie znać dopiero wtedy, gdy opuściliśmy stację metra w centrum miasta – budynki, przestrzenie miejskie i pociągi metra na trasie z lotniska były bowiem klimatyzowane.

singapur2

Wyznaję zasadę, że najlepszym planem na pierwszy dzień zwiedzania nowego miasta jest… brak planu. Przykładowo, moim pierwszym kontaktem z San Francisco był długi wieczorny spacer, na który zabrałem jedynie telefon i portfel. Podobnie zrobiliśmy w Singapurze – pierwsze godziny po przylocie upłynęły na poznawaniu najpopularniejszych ulic i miejsc, bez konkretnego planu ani ram czasowych. Początkowy etap wizyty w nowym mieście jest jej najważniejszą częścią, podczas której samodzielne odkrywanie interesujących punktów sprawia ogromną satysfakcję. W Singapurze były nimi okolice Marina Bay, parlamentu, dzielnicy finansowej oraz Singapore Flyer – olbrzymiej karuzeli, która stanowi doskonały punkt widokowy na całe miasto i jest wyższa od swojego popularnego londyńskiego odpowiednika – London Eye.

singapur3

Singapur to miejsce, które w oryginalny sposób łączy ducha kolonialnej przeszłości, cechy wielkiego centrum finansowego oraz wpływy azjatyckich kultur i religii. Widać to na każdym kroku, o czym przekonaliśmy się już na początku pobytu. Po krótkiej pierwszej nocy udaliśmy się na południe od ścisłego centrum, by odwiedzić dwa polecane w przewodnikach punkty – hinduską świątynię Sri Mariamman oraz muzeum i świątynię Zęba Buddy. Większa część trasy prowadziła między rzędami wieżowców, by następnie przenieść się w typowo azjatycką dzielnicę, charakteryzującą się niższą, bardziej klasyczną zabudową, przepełnioną niewielkimi sklepami, barami i targami. Obie świątynie zrobiły na nas duże wrażenie. Do Sri Mariamman trafiliśmy tuż przed rozpoczęciem religijnego obrządku, który urozmaicały dźwięki instrumentów, pieśni, a także zapach palonych przez zebrane tam osoby kadzideł. Z kolei odwiedzona później buddyjska świątynia imponowała swoimi rozmiarami. Każdy poziom tego gmachu pozwalał odkryć coś nowego: bogatą kolekcję historycznych przedmiotów, bogato zdobione rzeźby i figury, a także ogród na dachu. Co ciekawe, klasyczny wygląd budynku jest bardzo mylący: przypomina on zabytek, jednak w rzeczywistości został on otwarty dopiero w 2007 roku, a w środku znajdują się windy, parking podziemny i klimatyzacja. Tereny świątyni otaczał targ, przepełniony straganami z owocami, barami serwującymi specjały azjatyckiej kuchni, a także pamiątkami. Pozostałą część pierwszego dnia poświęciliśmy na pieszą wędrówkę wokół mariny, a także wypróbowanie lokalnego jedzenia.

singapur4

Niewątpliwym urozmaiceniem (ale jednocześnie utrudnieniem) pobytu w Singapurze był fakt, że w tym czasie trwały tam przygotowania do wyścigu Formuły 1. Uliczny tor zlokalizowano w sercu metropolii, przez co podczas jednego weekendu w roku powoduje on wyłączenie z ruchu najważniejszych arterii. Podczas całego pobytu obserwowaliśmy ustawianie rzędów stalowych barier, band reklamowych, sprzętu telewizyjnego i oświetlenia. Widok ten był niezwykle ciekawy, chociaż nieco komplikował poruszanie się po mieście.

Pewnym rozczarowaniem okazał się początek drugiego pełnego dnia zwiedzania. Pierwszym punktem było bowiem Muzeum Narodowe Singapuru, które tego dnia było zamknięte. Z tego powodu postanowiliśmy wrócić w okolice centrum finansowego, by następnie udać się na Singapore Flyer – wspomniany wcześniej diabelski młyn, stanowiący doskonały punkt widokowy na Singapur. Pełen obrót koła trwa około 30 minut. Zdecydowanie największą zaletą tej atrakcji jest jej lokalizacja – znajduje się ona bowiem w bezpośrednim sąsiedztwie powstającego toru F1, co umożliwiło zajrzenie z góry do paddocku, obserwowanie budowy barier i testów nawierzchni przez organizatorów.

bangkok1

Bangkok

Trzecia noc w Singapurze była bardzo krótka, gdyż już we wczesnych godzinach porannych musieliśmy udać się na lotnisko, by dotrzeć do drugiego odwiedzanego przez nas kraju – Tajlandii. Co ciekawe, ze względu na niskie koszty przelotów postanowiliśmy zostawić większość rzeczy w hostelu w Singapurze, a do Bangkoku udać się jedynie z niewielkim bagażem podręcznym. Organizacji wizyty w stolicy Tajlandii przyświecało hasło „one night in Bangkok” –z racji napiętego planu wyjazdu mogliśmy bowiem spędzić tam popołudnie, noc, cały kolejny dzień, a następnie wrócić do Singapuru.

bangkok2

Pierwszą pozytywną różnicą względem poprzedniego miejsca były ceny. Tajlandia należy do stosunkowo tanich kierunków turystycznych. Przejazd taksówką z lotniska Don Mueng do centrum (ponad 30 kilometrów) kosztował 500 bahtów, czyli niecałe 50 złotych. Z kolei cena noclegu w komfortowym hotelu w Bangkoku bardziej przypominała stawki budżetowego hostelu w Singapurze lub innych wielkich miastach w Europie i Ameryce.

bangkok3

Tuż po dotarciu do hotelu postanowiliśmy ruszyć w kierunku ścisłego centrum miasta. Piesza wędrówka do okolic niezwykle efektownego Wielkiego Pałacu Królewskiego zajęła niemal dwie godziny, a trasa prowadziła przez pełen zakres różnorodności zabudowy tego miasta. Dzielnicę hoteli i biurowców charakteryzowały wysokie, nowoczesne budynki. Z kolei w dalszym fragmencie natrafiliśmy na bardziej orientalne dzielnice z licznymi świątyniami, a także ubogą, niską zabudowę, w której królowały niewielkie sklepy, bazary i punkty usługowe. Wieczorne zwiedzanie komplikowała późna pora (większość atrakcji była już zamknięta), a także niesprzyjająca pogoda – po dotarciu do centrum miasta zaczął mocno padać deszcz. Z tego powodu spacer w centrum miasta ograniczyliśmy do pałacu, świątyni Wat Pho, a także znalezionego po drodze targu kwiatowego, który bardzo przypadł nam do gustu. Droga powrotna prowadziła przez Charoen Krung Road, a następnie Yaowarat Road, które okazały się niezwykle ciekawymi miejscami w późnych godzinach nocnych. Szerokie ulice z nieco wyższą zabudową tętniły życiem, a przestrzeń po obu stronach zapełniały punkty z jedzeniem ustawione na chodniku, sklepy, targi oraz bary.

bangkok4

Klimat w Bangkoku nie różnił się zbytnio od warunków pogodowych panujących w Singapurze. Po wyjściu z hotelu kolejnego dnia rano uderzyła nas fala gorąca i niezwykle wysoka wilgotność. Efekt ten potęgowała parująca w słońcu woda, po intensywnych, nocnych opadach deszczu. Z powodu krótkiego pobytu postanowiliśmy, że tego dnia ograniczymy piesze wędrówki, a zamiast tego skorzystamy z najpopularniejszego środka transportu w Bangkoku – tuk tuka. Nazwa ta, to potoczne określenie małego, trójkołowego pojazdu, który stanowi rodzaj taksówki w gęsto zabudowanej stolicy Tajlandii.

bangkok6

Błędem, jaki popełniliśmy na starcie, było wybranie tuk tuka z postoju w pobliżu naszego hotelu. Chociaż cena za długi przejazd do zabytkowej części miasta nie wydawała się nam wygórowana (20 zł), to w praktyce odbiegała znacząco od typowych cen przejazdów tym środkiem transportu. Świadomi zasobności portfeli turystów kierowcy celowo podawali zawyżone kwoty. Jak się później okazało, w nieco bardziej oddalonych rejonach podobny przejazd kosztowałby kilkukrotnie mniej. Krótki spacer w okolicach Wielkiego Pałacu sprawił, że udało nam się skorzystać z bardzo ciekawej oferty – w pewnym momencie zaczepił nas mężczyzna, który zaoferował dwugodzinną wycieczkę po najważniejszych punktach miasta za równowartość… 4 złotych. W tym czasie odwiedziliśmy cztery buddyjskie świątynie, jak również przejechaliśmy przez główne arterie Bangkoku. Jedynym haczykiem był fakt, że podczas wycieczki zatrzymaliśmy się w dwóch sklepach, których właściciele najprawdopodobniej płacą kierowcom za przywożenie klientów. Zakup garniturów lub koszul nas nie interesował, co ewidentnie rozczarowało naszego przewodnika. Z kolei trzecie odwiedzone miejsce okazało się szczęśliwe dla obu stron – był nim sklep z pamiątkami, który oferował ciekawe produkty w dobrej cenie. Wycieczkę tuk tukiem zakończyliśmy w punkcie początkowym – przy Wielkim Pałacu Królewskim.

bangkok5

Wieczorny przejazd na lotnisko nie obył się bez przygód. Pomimo dużego zapasu czasowego okazało się, że z powodu korków na autostradzie możemy nie zdążyć na samolot do Singapuru. Przejazd trzydziestokilometrowej trasy zajął ponad dwie godziny, a nam udało dotrzeć się do terminala na kilka minut przed zamknięciem odprawy. Ciekawym elementem podróży powrotnej był sam przelot – do Singapuru wracaliśmy Boeingiem 787, czyli słynnym Dreamlinerem linii Scoot.

Ponownie w Singapurze

Jednak największa atrakcja pierwszej części wyprawy do Azji czekała nas kolejnego poranka. Jak wspominałem wcześniej, w weekend w Singapurze odbywało się GP Formuły 1. W godzinach przedpołudniowych udaliśmy się więc do kas biletowych, gdzie udało się zakupić wejściówki na piątkowe sesje treningowe. Wydarzenie to w pewnym sensie spełniało marzenia – była to moja pierwsza okazja do zobaczenia w akcji bolidów najwyższej serii wyścigowej. Muszę przyznać, że najtańsza wejściówka (ok. 200 zł) była w pełni warta swej ceny. Umożliwiała ona wstęp do strefy 4 – olbrzymiej przestrzeni wokół znacznej części ulicznego toru, a także strefy rozrywkowej, w której znalazły się bary, sklepy z gadżetami oraz scena. Możliwość swobodnego przemieszczania się była największą zaletą, w trakcie całego popołudnia bowiem mieliśmy okazję podziwiać przejazdy bolidów (a także samochodów niższych kategorii) z kilku punktów i trybun. Efektu dopełniały telebimy pokazujące najciekawsze wydarzenia na torze oraz komentarze prezenterów telewizji Sky. Pod koniec drugiej sesji treningowej musieliśmy opuścić tor, już kilka godzin później bowiem czekał nas lot do kolejnego punktu naszej wyprawy – Hongkongu.

singapur7

Podsumowanie

Singapur i Bangkok to pierwsze miasta, które odwiedziliśmy w Azji Południowo-Wschodniej. Oba miasta zrobiły na nas wielkie wrażenie, chociaż niewątpliwie różniły się od siebie pod wieloma względami. Singapur to droga, ultranowoczesna i sterylna metropolia, która w dyskretny sposób pokazuje swoje związki z kulturą azjatycką. Z kolei Bangkok to rozległe, kolorowe i orientalne miasto, którego specyficzny klimat bazuje w dużej mierze na otwartości mieszkańców, mieszance kultur, a także fascynującym chaosie w przestrzeni miejskiej. Singapur jest drogi, Bangkok tani. W Singapurze niemal każdy mieszkaniec na zadane pytanie odpowie płynnym angielskim, w Bangkoku z kolei komunikacja z tubylcami odbywa się głównie na migi. Nie zmienia to faktu, że oba odwiedzone przez nas miejsca są na swój sposób fascynujące – szczerze mówiąc trudno określić, które bardziej przypadło mi do gustu.

singapur8

W kolejnej części relacji opiszę kilkudniowy pobyt w Hongkongu, a także podróż powrotną do Polski, podczas której zaplanowaliśmy 20-godzinną przerwę na zwiedzanie Dubaju. Więcej materiału z wyjazdu możecie obejrzeć na stronie projektu – www.PelneKlatki.pl.


Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 11/2015


Tomasz Szykulski

Fotograf, podróżnik, freelancer. Student uczelni w USA, Irlandii i Australii. Zajrzyj na moją stronę - szykulski.com.


Dodaj komentarz

wuja napisał(a):

Tomek – swietne zdjecia technicznie – gratulacje! Choc niezbyt ciekawe, nie pokazuja nic nowego. Tak samo „nietypowe wyprawy” – w ktorym miejscu ta wyprawa jest nietypowa? Zmien tez nazwe – nie byliscie w Azji – tylko jak sam piszesz w 4 miastach w Azji. To chyba nie to samo … Ogolnie Cie podziwiam, robisz fajne rzeczy, zeby nie bylo! Tylko moze perspektywe mozna by troche „zmniejszyc” …

Dbamy o Twoją prywatność

Od dnia 25 maja 2018 r. dostosowujemy naszą działalność do nowego Rozporządzenia Unii Europejskiej o Ochronie Danych Osobowych (RODO).

Zaktualizowaliśmy naszą Politykę Prywatności, aby udzielić Ci bardziej szczegółowych informacji, w jaki sposób iMagazine.pl chroni twoją prywatność, oraz w jaki sposób możesz korzystać ze swoich praw odnośnie danych osobowych.

Kliknij w poniższy link, aby zapoznać się z zaktualizowaną Polityką Prywatności.

Dziękujemy, że jesteś z nami,
redakcja iMagazine

DOWIEDZ SIĘ WIĘCEJ OK