Dziesięć

08/05/2016, 16:18 · · · 9

Często ludzie pytają mnie, czy po tak długim czasie nadal uważam, że decyzja o wyjeździe do Anglii była słuszna.

Kiedyś napisałam już felieton o takim tytule i dotyczył on dziesięciu lat użytkowania maców. Bo dziesięć to taka ładna liczba, okrągła. Dekada. Wystarczająco dużo czasu, by mieć coś do powiedzenia na zadany temat. To może powiem, bo felieton Krzyśka w tym numerze wkurzył mnie niepomiernie. Generalnie jestem przyjazna światu do momentu, kiedy świat zaczyna mi mówić, jak mam żyć. A już jak jakiś guru otwiera usta, z których płynie potok tanich frazesów, to mam ciarki na plecach, a w kieszeni otwiera mi się wielofunkcyjny scyzoryk. Bo te genialne rady, mimo że gładko płyną i sprawiają, że gdzieś koło serca robi się cieplutko, są niczym innym jak stekiem banałów. Przez chwilę czujemy moc, a potem przychodzi zwykła, szara rzeczywistość, z którą trzeba się zmierzyć.

Niezbyt często dzielę się w felietonach prawdziwą prywatą. Pisząc od wielu lat, nauczyłam się rozciągać dość szeroko przestrzeń dostępną publicznie, nie zdarzyło mi się jednak pisać o sprawach stricte osobistych. Tym jednak razem, biorąc pod uwagę okoliczności rocznicowe i różne przemyślenia wywołane felietonem Krzyśka, postanowiłam przesunąć tę granicę jeszcze dalej. Po to, by pokazać Wam, że unoszenie się 20 centymetrów nad ziemią nie jest dla wszystkich.

Zacznijmy od tego, że jestem samotną matką. Od tak dawna, że nie pamiętam, kiedy było inaczej. Kilkanaście lat to szmat czasu. Życie samotnej matki w Polsce nie było łatwe. Nie wiem, jak jest teraz. Zakładam, że też nie różowo. W tamtych czasach nie miało wielkiego znaczenia, że skończyłaś studia, masz umiejętności i potencjał. Za każdym razem, gdy szłam na rozmowę o pracę, zazwyczaj jakaś usłużna kobieta pytała z troską w głosie: „Ładny życiorys, no ale kto Pani zostanie z dzieckiem, jak zachoruje?”. Oczywiście wiecie, jak kończyły się takie spotkania. Jeśli czyta to ktoś, kto miał niewątpliwą przyjemność przeprowadzać ze mną takie interview, to z nieskrywaną radością informuję, że moje dziecko nie chorowało i w ciągu dziesięciu lat pobytu w Anglii nie zaliczyłam w pracy ani jednego dnia nieobecności z tego powodu. Kiedy moja ostatnia pracodawczyni zwinęła całą firmę w ciągu jednej nocy i rozpłynęła się we mgle a Państwo Polskie postanowiło oddać kamienice przedwojennym właścicielom (pamiętacie tę akcję?), zrobiło się niewesoło. Urodziłam się i mieszkałam w Warszawie, w kamienicy, w której mieszkanie dostali jeszcze moi dziadkowie. W ciągu pół roku czynsz z 500 złotych wzrósł do 1000 złotych i wcale nie zamierzał się zatrzymać. Przypominam, że mówimy o czasach dziesięć lat wstecz. Zapewniam Was, że w takich okolicznościach przyrody nie myśli się, jak tanio polecieć na Malediwy, tylko o tym, jak zapłacić czynsz, nakarmić dziecko i nie zejść na zawał serca. Że nie pasuje do wizerunku macusera, którego największym problemem jest to, czy stać go na najnowszego maca i wakacje w tropikach? To, moi drodzy, nazywa się życie. Wielokrotnie słyszałam, że przecież umiem, że potrafię, że powinnam zatrudnić się w jakimś korpo. Wyobrażacie sobie samotną matkę, pracującą po dwanaście godzin dziennie w korpo? Ja pamiętam aż za dobrze, jak jedna z przedszkolanek wylała na mnie całe wiadro pomyj tylko dlatego, że pojawiłam się w przedszkolu za dziesięć minut piąta, kiedy ona już od dwudziestu minut chciała sobie iść do domu. Przedszkole było czynne do siedemnastej.

Wtedy pojawiła się myśl o wyjeździe. Nie była to natchniona decyzja, pełna nadmuchanych frazesów o lepszym życiu. To była desperacja – nie myślałam o tym, jak się rozwijać, tylko jak się nie zwinąć. Nie myślałam o podróżowaniu i zwiedzaniu świata, tylko o tym, żeby zapewnić mojej córce lepsze życie. Pomimo wykształcenia, pomimo aktywnego uczestniczenia w życiu niewielkiego wtedy macowego środowiska, pomimo dziesiątków maców naprawianych prawie w czynie społecznym, nie byłam w stanie zrobić tego w Polsce. W moim kraju, w którym posiadanie dziecka było stygmatem, nie radością.

Zlikwidowałam więc mieszkanie, kupiłam bilety w jedną stronę i z dwoma walizkami oraz 470 funtami w kieszeni, trzymając córką za rękę, wyleciałam do Anglii.

Na początku mieszkałam w kilku wspólnych domach, w wynajmowanych pokojach. Miałam szczęście – szybko udało mi się zapisać Dianę do szkoły oraz znaleźć lokum – dokładnie po drugiej stronie ulicy. Dnie spędzałam na wędrowaniu po mieście, odwiedzaniu agencji, rejestrowaniu się, gdzie popadnie. Aplikowałam wszędzie – od fabryk, przez supermarkety, po szkoły. Na szczęście z angielskim nie miałam problemów. Opłaciła się inwestycja mojego Taty, który zawsze powtarzał: „Ucz się dziecko języków”. Dostałam pracę. I nikt, ale to nikt nie zapytał mnie, co zrobię z dzieckiem. Po prostu zakładali, myśląc prostym ciągiem wynikowym, że skoro szukam pracy, to chcę pracować. Proste, prawda? Szukając tej pierwszej pracy, patrzyłam, jak tydzień po tygodniu, funty wypływały z kieszeni. Trzeba było przecież zapłacić za pokój, dziecko potrzebowało mundurka do szkoły. I prosiłam wszystkie siły we wszechświecie, żeby tę pracę znaleźć. Obiecywałam samej sobie, że na nic nie będę narzekać, byle tylko udało się, zanim pieniądze się skończą. Udało się. A mój ówczesny landlord, teraz, po dziesięciu latach, jest jednym z moich najlepszych przyjaciół. To do niego zadzwoniłam w środku nocy, kiedy RAV4 przegrała walkę z jelonkiem. A on powiedział: „Nie przejmuj się, zaraz tam będę”.

Po roku udało mi się zaoszczędzić i wynająć dom na wsi. Przeniosłam córkę do lepszej szkoły. Nadal nie myślałam, jak tanio polecieć na Malediwy. Miałam inne sprawy na głowie. Nie dlatego, że praktykowałam bylejakość i zadowalałam się minimum. Miałam inne priorytety. Musiałam pracować tak, by dochody były stabilne – nie mogłam wstać i powiedzieć, że od dzisiaj realizuję swoją pasję. Bo na drugiej szali pasji jest odpowiedzialność – za drugiego, małego człowieka, który ufa mi najbardziej na świecie. W tym czasie robiłam wszystko – pracowałam na „zmywaku”, pisałam za drobną opłatą pisma, tłumaczyłam, pomagałam zakładać konta w banku. Pojawiło się Moje Jabłuszko, a potem iMagazine. Pisanie stało się częścią mojej codziennej rutyny. Pierwszym tekstem, który napisałam, była „Wojna światów”. Założyłam w Anglii firmę. Byłam w kilkuletnim związku, który wyprał mi mózg i pozostawił z kliniczną depresją. Znów sama, w obcym kraju, kulejąc finansowo. Wtedy rękę podali mi Dominik, Norbert i Wojtek. Postarali się, żeby zlecenia płynęły. Pomimo to, że w przeliczeniu ze złotówek na funty były to niewielkie kwoty, pozwoliły mi one stanąć na nogi i nie zadręczać się, kiedy przychodził czas płacenia czynszu. Dlatego tam, gdzie Wy widzicie magazyn, który lubicie lub nie, ja widzę Przyjaciół – Przyjaciół przez wielkie „P”.

Moja córka przeszła przez wszystkie etapy angielskiej edukacji. To jeden z ważniejszych momentów tej opowieści. Angielska szkoła jest inna i u większości Polaków wywołuje nie tylko zdziwienie, ale i oburzenie. Kiedyś udałam się do szkoły córki mojej przyjaciółki na dzień otwarty jako tłumacz. Oczywiście rozmowa dotyczyła postępów w nauce, a koleżanka bardzo chciała się dowiedzieć, czy jej córka ma wystarczająco dobre oceny, by pójść do 6th Form (odpowiednik polskiego ogólniaka). Nauczycielka odpowiadała dość wymijająco, aż w końcu uśmiechnęła się i powiedziała: „Ależ proszę się tak nie przejmować! Nie każdy przecież musi iść do 6th Form!”. W koleżankę jakby piorun strzelił. Bo jak to?! Bez 6th Form nie pójdzie na studia, bez studiów jest się nikim! Wszystko jedno jakie, ale studia muszą być. Dla papierka! Angielska mentalność jest jednak inna, kształtuje bowiem od najmłodszych lat poczucie własnej wartości. Nikt tu nie załamuje rąk i nie czuje się gorszy tylko dlatego, że skończył naukę w wieku 16 lat i poszedł do pracy. Dokonał własnego, niezawisłego wyboru. Po prostu nie chciał się dalej uczyć i już. Szokujące? Tak. Dla Polaka, wyrosłego w rodzimym systemie edukacji. Tu jednak do szkoły idzie się po to, żeby dowiedzieć się czegoś na tematy, które nas interesują. Żeby nauczyć się dobrze wykonywać swoją pracę. Chociaż na początku budzi to szok i niedowierzanie – jest w tym szaleństwie metoda. Jeśli chcesz szyć – idziesz na kurs szycia. Jeśli chcesz uprawiać roślinki – idziesz na kurs ogrodnictwa. Jeśli chcesz kręcić filmy – idziesz na kurs wideo. Uzyskujesz odpowiednie kwalifikacje i wykonujesz swoją pracę. Nie, chcąc zostać ogrodnikiem, nie zapisujesz się na wyższą matematykę, żeby się rozwijać. Zostajesz ogrodnikiem i jesteś szczęśliwy ze swoim wyborem. A jak nie jesteś, to idziesz na kurs mechaniki samochodowej, albo plucia i łapania. Co wolisz. Jeśli nie chcesz iść na studia, to nie idziesz. To świadomy wybór. Jeśli nie wiesz, co chcesz robić w życiu, idziesz do pracy, odkładasz pieniądze i wyjeżdżasz na rok do Indii. Bo każdy, ale to każdy ma prawo być szczęśliwym i szukać w życiu własnej drogi. Nie takiej, jaką mu przeznaczono, nie takiej, jaką wmówił mu świat. Własnej. Nie zawsze ambitnej, nie zawsze rozwojowej. I nikt nie waży się powiedzieć, że to świadectwo bylejakości. To świadectwo samoświadomości.

Dziesięć lat pobytu w Anglii nauczyło mnie, że naturalnym odruchem jest patrzenie ludziom w oczy na ulicach i uśmiechanie się. No może nie w okolicach polskiej Ambasady w Londynie, bo to obszar eksterytorialny i można dostać w twarz za to, że się krzywo patrzysz i dziwnie uśmiechasz. Tak z czubka głowy nauczyło mnie również, że urzędy są przyjazne obywatelom i siedzą w nich uśmiechnięci, pomocni pracownicy. Umiem też zmywać przy użyciu dwóch oddzielnych kranów – do zimnej i ciepłej wody – oraz przyzwyczaiłam się do sznurka, którym zapala się światło w łazience. Lubię patrzeć na potok różnych narodowości na ulicach i mnogość kultur. Lubię patrzeć na murzynki i Pakistanki wybierające na straganach kolorowe materiały. Lubię poczucie bezpieczeństwa, które zapewnia mi ten kraj. Emocjonalnego bezpieczeństwa. Oczywiście, ma też swoje wady – uśmiech na twarzach Anglików bywa sztuczny, wyuczony. Ale, z drugiej strony, doskonale integrują się w społecznościach lokalnych i wspierają nawzajem, jak mogą. Czy to ubrankami dla dziecka, czy to żwirkiem dla kota, czy to pożyczeniem odkurzacza. Bez wahania powiedzą, że mają napięty budżet i na coś ich nie stać, nawet jeśli to „coś” kosztuje 20 funtów. I nikt im nie powie, że są byle jacy. Żyją, pracują, są produktywnymi członkami społeczeństwa. Wszystko jedno jaką pracę i w jakim wymiarze godzin wykonują. Tępi się za to leserów, którzy są za dobrzy na to, by pójść do zwykłej pracy, jeśli nie mogą znaleźć tej wymarzonej. Zamiast wybujałej ambicji – praktyczne, ludzkie podejście.

Wiecie? Bardzo prosto żyje się z takimi ludźmi. Bez stresu, bez nerwów, bez ciągłego porównywania się z innymi, bez sprawdzania, czy trawa po drugiej stronie płotu nie jest aby bardziej zielona. Żyje się – po prostu, spokojnie. Nie napinając pośladków. Możliwe, że nie zauważycie tego, odwiedzając przejazdem Londyn i zakładając, że ten moloch jest reprezentatywnym przykładem tego, jak żyje się w całej Anglii. Londyn to zbiorowisko różnych kultur, chociaż wcale nie w najlepszej odsłonie. Duża jego część to zwykłe getta, w których zamieszkują przedstawiciele konkretnych nacji. A nacje te przywożą również własne wartości, które nijak się mają do tradycyjnej kultury. Bo Anglia to kraj, który opiera się na małych, wspierających się społecznościach – bez względu na to czy jest to grupa sąsiadów, wieś, czy parafia. Życie toczy się własnym rytmem, zazwyczaj dość spokojnym. Ocenianie ludzi pod względem wykształcenia czy zasobności portfela nie jest w dobrym tonie – no, chyba że jest się ekspedientką w high-endowym butiku na High Street, która jednym spojrzeniem taksuje, czy klienta stać.

Jedną z rzeczy, która Anglików dziwi u innych nacji, jest brak pewności siebie. Mówisz po angielsku? – pytają. A Polak się czerwieni, bo nie dalej jak rano pomylił dwa czasy. Wiecie, kogo to obchodzi? Nikogo. Najważniejsze, że można się z Tobą dogadać. Ale tu wkrada się – no właśnie – nasza ocena. Nie jesteś idealny, pomyliłeś się! Zamiast przejść nad tym do porządku dziennego, trzeba wypomnieć i wskazać paluchem. Bo nie uważałeś na lekcjach, bo nie poszedłeś na studia, najlepiej na anglistykę, żeby się dogadać z ładnym akcentem z kolegą pracującym na stanowisku obok. Owszem, to miłe. Ale czy konieczne? Absolutnie nie! Z dwojga złego, wolę oddać samochód do świetnego mechanika, który mówi słabo po angielsku, niż do słabego mechanika, który, w ramach samorozwoju, studiował anglistykę zamiast budowy silnika.

Że więc powtórzę za uśmiechniętą nauczycielką – nie wszyscy muszą zakładać na szyję duszący krawat ambicji. Jedynym obowiązkiem, jaki ma młody człowiek, wchodzący w życie, jest bycie szczerym i uczciwym w stosunku do siebie. Jeśli nie wie, co chce studiować, niech idzie do pracy, oszczędza i pojedzie do Indii. Niech zostanie krawcem, nie bankierem. Niech wybierze własną drogę życia. I nikt, ale to nikt nie ma prawa mówić mu, że decyduje się na bylejakość.

Nie wszyscy zostaną krezusami, nie dla wszystkich bycie obywatelem świata jest odpowiedzią na życiowe dylematy. Dla niektórych marzenia pozostają na zawsze w sferze marzeń. I tak jest lepiej. Bo wtedy Afryka kojarzy im się z sawanną, po której spacerują słonie, żyrafy i zebry, a nie z opuchniętymi brzuszkami głodnych dzieci. I kim jesteśmy my, żeby odbierać im te złudzenia?

Niech sami decydują, w jaki sposób chcą szukać szczęścia – świadomie i z pełną wiedzą, czy po omacku. Bo mają do tego niezaprzeczalne prawo.

Rozwój jest ważny, ambicja też ma swoje zalety. Motywacja, drive – prowadzą do spektakularnych sukcesów. Ale jeśli ktoś tych sukcesów nie chce, jeśli nie ciągnie go kariera, to przecież nie musi. Wystarczy, że będzie naprawdę dobrze wykonywał swoją pracę.

Nasze życie jest sumą doświadczeń. Nasze wybory mają konsekwencje. Z tymi konsekwencjami musimy nauczyć się żyć. Ale jesteśmy też wolnymi ludźmi, którzy sami kształtują swoje przeznaczenie. Nie pod wpływem cudzych opinii, wymagań i presji społecznej. Tego musimy się nauczyć, jako społeczeństwo – szacunku dla odmienności – wyznaniowej, narodowościowej czy na najbardziej podstawowym poziomie – dla cudzych wyborów. A swoją ocenę – zatrzymajmy dla siebie.

Nawet wtedy, gdy wydają się nam byle jakie.

Nie poleciałam tanio na Malediwy, nie studiowałam matematyki tylko dlatego, że interesowała mnie psychologia. Pracowałam na „zmywaku”, mieszkałam we wspólnych domach i zrobiłam wszystko, żeby moja córka mogła dokonywać łatwiej swoich wyborów. Żeby była szczęśliwa. Nie zabija mnie ambicja, nie mam potrzeby posiadania zieleńszego trawnika. A rano jadę na wzgórza i patrzę, jak wschodzi słońce. Z wilkiem trzymającym głowę na moich kolanach.

Tak, wyjazd był jedną z najlepszych decyzji, jakie podjęłam w życiu. Pomimo „zmywaka”, pomimo zmęczenia, pomimo potknięć, wzlotów i upadków. Pozwolił mi bowiem poczuć się znów człowiekiem, nie samotną matką z dzieckiem, która jest ciężarem dla społeczeństwa.

I jeśli, do cholery, to się nazywa bylejakość, to jestem byle jaka.

Ale jestem.


Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 04/2016


Badanie Czytelnictwa iMagazine 2016 hero

9

Kinga Ochendowska

NAMAS'CRAY  The crazy in me recognizes and honors the crazy in you. Jestem sztuczną inteligencją i makowym dinozaurem. Używałam sprzętu Apple zanim to stało się modne. Nie ufam ludziom, którzy nie lubią psów. Za to wierzę psom, które nie lubią ludzi.