iMagazine

W czym jesteś najgorszy?

12/06/2016, 11:20 · · · 8

Przez wiele lat żyłam w przeświadczeniu, że pisanie jest moją największą pasją i czynnością, w której odnajduję spełnienie. Spokój. Domyślam się, że właśnie dlatego miałam taki problem z napisaniem tego tekstu.

Człowiek puszczony samopas to w moim odczuciu najbardziej niebezpieczna jednostka pierwszego świata. Nie bez powodu rewolucja przemysłowa zrodziła tyle samo zawodów potrzebnych, jak i tych zupełnie niezrozumiałych – ażeby się społeczeństwa nie zanudziły, bo jeszcze zaczną samodzielnie myśleć. I właśnie ci ludzie, ci, którzy mogą pozwolić sobie na komfort nawet chwilowego „nic-nie-robienia”, stanowią największe zagrożenie dla siebie samych i najbliższego otoczenia. Bo zaczynają się nudzić. A jak nudzić to i kwestionować.

Kwestionujemy więc to, kto ile znaczy w oczach innych, oceniając jego zawód, jego zainteresowania, wykształcenie, pochodzenie. Ocenianie przychodzi nam zresztą niezwykle łatwo – naczytaliśmy się przecież wszyscy o mowie nienawiści, ale każdy ma w końcu prawo do własnego zdania, prawda? OK, ocenianie innych mamy już więc załatwione. Teraz pogadajmy o ocenianiu siebie.

Intuicyjnie zawsze uważałam, że ocenianie wynika z niewiedzy, ale nie takiej podszytej ciekawością, a takiej inspirowanej kompleksem. Ale przecież o sobie powinniśmy wiedzieć najwięcej ze wszystkich na około! Znamy swoją historię, swoje nawyki, marzenia, plany w krótszym i dłuższym okresie. Wiemy, co nas kręci, wiemy, co lubimy zjeść i jakie filmy wywołują w nas poczucie zażenowania. Ale z jakiegoś powodu nawet ta, myślałby kto kompletna wiedza, nie powstrzymuje nas przez ocenianiem samych siebie jak innych, tych spoza naszych ciał.

Wrzucamy się więc do jednego wora, porównując się z innymi. Bo ten ładniejszy, bo ten mądrzejszy. Tamta zarabia na bank więcej, a przecież wcale nie pracuje tyle co ja. A z potrzeby porównywania się rodzi się coś gorszego – potrzeba dorównania.

Anegdota – kilka tygodni temu postanowiłam, uwaga, wyjść ze swojej strefy komfortu. Opuściłam ówczesną pracę na rzecz innej. Lauren Weisberger z pewnością określiłaby ją jako pracę, „za którą miliony dziewczyn dałoby się zabić”. Praca rozwijające zupełnie nowe umiejętności, otwierająca nowe możliwości. Brzmi znajomo, co nie? Dacie wiarę, że po miesięcznych przygotowaniach opuściłam tę pracę marzeń zaledwie po tygodniu?

Wróćmy na chwilę do dorównywania. Coś, co wykształciły we mnie wszystkie dotychczasowe projekty, to naturalny talent do sprzedaży. No ale właśnie – talent. Nigdy nie posiadałam twardej wiedzy, nie znałam narzędzi, nie czułam się najswobodniej w prowadzeniu statystyki mojej efektywności. To, co sprzedawałam, nie było nawet produktem. To po prostu zawsze było to, w co wierzę. Wtedy przynosiło najlepsze efekty i nic w tym odkrywczego nie ma. Bo widzisz, drogi Czytelniku, jestem jednym z tych dziwnych ludzi, którzy muszą wierzyć w to, co robią. Muszą wierzyć w to, co robią, muszą wierzyć we własną intuicję, w to, co mogą zrobić dla innych.

Coś, co stoi w moim odczuciu w sprzeczności do tego typu człowieka, to potrzeba udowodnienia sobie i innym na siłę, że coś się da. Że da się czegoś nauczyć i jeżeli wystarczająco mocno w coś wierzysz i jeżeli wystarczająco mocno na to pracujesz, to jesteś w stanie osiągnąć wszystko! No właśnie, ale jakim kosztem?

Nie każdy z nas jest urodzony do pracy w korporacji. Jak się okazuje, nie każdy jest też zdolny do pracy zdalnej. Nie wszyscy mogą podbić świat swoim startupem, nie każdy da radę pracować na kasie, na słuchawce, w oddziale bankowym. Czy właśnie nie to jest w nas piękne? Ta różnorodność? I z drugiej strony – pomyślcie o genialnym pomyśle na aplikację mobilną, która nie zostanie zauważona tylko dlatego, że jej autor jest nieśmiały i po prostu nie potrafi zdobyć się na dobry pitch. W tym samym czasie kolejny „kolejny Facebook” zgarnie miliony finansowania tylko dlatego, że ktoś potrafił dobrze zatańczyć przed inwestorem.

Chodzi właśnie o umiejętność oceny tego, co potrafię robić najlepiej i tego, w czym jestem najgorsza. Z jakiegoś powodu świat wymaga od nas mówienia tylko o plusach. Kiedy ostatnio widzieliście CV, w którym ktoś listuje swoje wady? Na wadach mogę ugrać bardzo wiele rzeczy, ale przede wszystkim jedną – nie zakopać się w robieniu rzeczy, które sprawiają, że jestem nieszczęśliwa.

Uważam, że świadomość i umiejętność nazwania tego, co we mnie najlepsze i najgorsze, jest kluczem do równowagi, tak samo jak wprawa w mówieniu „nie”, spokojny sen i picie wody. Akceptuj zarówno to, co jest Twoją pasją jak i największym koszmarem. Jak inaczej chcesz zinterpretować numer 42*?

Pisanie nie jest moją największą pasją. Nie piszę wybitnie. Czasem zamiast pisać, wolę poleżeć i poczytać Wikipedię. Ale pisanie jest jedną z tych czynności, w których nie jestem najgorsza i z pewnością jedną z rzeczy, które lubię najbardziej i które dają mi radość. Nie oszukuję się, że jest sensem mojego życia, to już sprawdziłam. Co nim jest? Nie mam pojęcia. Ale chyba o to właśnie chodzi, co nie?

Eliminacjo. Oddaję ci swoje życie.


Maja Jaworowska

Jestem dyspozytorem własnych torów. Social Media Manager, copywriter, content designer, zakochana w komunikacji. Piszę słowa i łączę je w całość.


Dodaj komentarz

Paweł Piotrowski napisał(a):

Bardzo dobry tekst! Podpisuję się pod nim w 99%. Jeden procent zostawiam na wątpliwości i kwestionowanie ;)

Kk napisał(a):

Fajne zdjęcie, fajna dziewczyna

Jan Kowalski napisał(a):

Heh. Tak to jest, jak się złapie robotę, która poza szeregiem zalet, zwyczajnie wymaga więcej niż aktualne umiejętności i narzuca więcej pracy nad sobą, niż chciałoby się wykonać. Brak wiedzy, oraz poczucie, że się nie nadąża oraz nie sprosta, u silnych osobowości wywołuje wzmożony wysiłek by sprawdzić swoje możliwości rozwoju i adaptacji. U słabych z kolei rezygnację. Tą natomiast trzeba przed sobą jakoś wytłumaczyć by poczuć się lepiej.

Efekt – powyższy tekst. Generalnie słaby i lecący po łebkach, mimo że pozornie zaczepia o szerokie spektrum różnych spraw życiowych. Pozornie, bo jak sie zastanowić o czym dokładnie jest, wygląda tak: Nie dałam rady, to wymyślę do tego ideologię „poświęceń”, „jakimkosztyzmu” i „bycia w zgodzie ze sobą”. Byle brzmiało przekonująco. Może się nikt nie kapnie co tak naprawdę mnie boli. A boli to, że nie wyszło i jestem leniwą bułą. ;p

Adalbert Freeman napisał(a):

Podchodziłem do tego tekstu kilka razy … Jestem troszkę inny … Nie zmieniam pracy co chwila .. W obecnej jestem już 13 lat .. W poprzedniej 8 lat – ja zmieniam rzeczywistość dla siebie .. Po co szukać, biegać skoro można kreować – przez te wszystkie lata nigdy nie miałem problemu by rano o 6 wstać i jechać do pracy choć obecnie mam ponad 60 km w jedna stronę.

Życie to nasza tablica nie warto ja zapisywać i ciagle wymazywać … Może warto zacząć na niej malować dobry obraz ??