iMagazine

Opowieści z Dorset
– Babcia z cekinami

22/10/2017, 12:12 · · · 1

Lubię Dorset. Obawiam się, że bez wzajemności.


Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 5/2017


Kiedy się ostatnio rozstaliśmy, próbowałam się naprawić. Wszechświat najwyraźniej starał się mi w tym pomóc, bo nastąpiła seria zdarzeń interesujących. Na przykład dostałam pracę. Pierwszy tydzień przeznaczyliśmy na rozpakowanie się i zapoznanie z nowym miejscem. W drugim usiadłam do komputera i wykonałam swoją część zadania, czyli odpowiedziałam na interesujące mnie ogłoszenia. Znając angielski stoicyzm, nie spodziewałam się szybkiego odzewu. Tu czekała mnie jednak niespodzianka, bo już w poniedziałek odebrałam telefon, w środę poszłam na interview, a w czwartek zostałam poinformowana, że firma oferuje mi posadę. Całkiem nieźle. Zaraz potem Yoko spyliła z ogródka. Upłynniła się jak Houdinim i tyle ją widzieli. Poszła zwiedzać. Chcąc nie chcąc, poszłam za nią, nawołując, pogwizdując i szeleszcząc torebką z żarciem. Anglicy to fajni ludzie, szybko więc dowiedziałam się od przechodniów, że jakiś facet złapał ją na smycz i poszedł do weterynarza. Podyrdałam więc do weta i gwizdnęłam twarzą w zamknięte drzwi. Psa i kolesia nigdzie nie widać. Wpadłam więc na pomysł, że będę nadal chodzić, nawoływać, pogwizdywać i szeleścić, bo facet musi być z sąsiedztwa, skoro miał smycz na podorędziu i wiedział, gdzie jest weterynarz. Wykoncypowałam, że jak usłyszy, że ktoś szuka psa, to wyjdzie. Niedoczekanie moje. Zlokalizowałam sąsiada delikwenta, który zasmyczył Yoko. Dowiedziałam się, gdzie mieszka. Zapukałam, głucha cisza. Zostawiłam kartkę. I czekam. Czekam godzinę, czekam półtorej. W końcu postanowiłam zajrzeć do Google i podzwonić po dalszych weterynarzach. W czasie jednej z rozmów dostałam numer do Dog Wardena. W zasadzie to nie jeden, tylko dwa, bo nie wiadomo, do którego Councilu Yoko trafi. Oczywiście do tego drugiego. Odbiera uprzejma Pani i mówi, że owszem, mają huskiego, wrzucili go do sieci, mogę sobie zobaczyć, czy to mój. No przecież, że mój. Bardzo przystojne zdjęcie, bo jak wiadomo – Yoko jest niezwykle fotogeniczna. Uśmiecha się do mnie uroczo ze strony. Zadzwoniłam do Wardena, po pół godziny przyjechała niezwykle miła kobieta i w klatce przywiozła zgubę, która jakby nigdy nic wysiadłszy, wysikała się na trawniczku. Strasznie się przejęła, naprawdę. Teraz Yoko chodzi w obroży 24 godziny na dobę, z uroczym tagiem z numerem telefonu i aktualnych chipem pod skórą. No i nie zostaje sama w ogródku.

Z kolei w niedzielę wybraliśmy się do centrum ogrodniczego w celu nabycia kwiatków do wiszących koszyczków. Pogoda ładna, słoneczko świeci. Podjeżdżamy do ronda, zatrzymujemy się, żeby przepuścić ruch. Po kilkunastu sekundach postoju nagle wielkie „łup!” i wylądowaliśmy połową auta na rondzie. Kolokwialnie mówiąc – dostaliśmy w tyłek. Chwila na wzięcie oddechu, wysiadamy. A za nami, z czarnej polówki wysiada… babcia. Babcia (jak się potem okazało lat 73) w trampkach z cekinami i różowym iPhone’em w ręku. Babci nic, połówce nic, tyłek mojego Focusa zmasakrowany, klapa od bagażnika zamknięta raz na zawsze. No nic, trudno. Najważniejsze, że nikomu nic się nie stało. Zatrzymała się przejeżdżająca karetka i zaproponowała babci tlen. Stoimy na tym rondzie, tarasując ruch, w towarzystwie dwóch sanitariuszy. Babcia przeprasza – przemiła kobieta – próbując jednocześnie zadzwonić z różowego iPhone’a do koleżanki. W końcu pomaga jej moja córka. Babcia relacjonuje, że nie wie, co się stało, po prostu wjechała. A nigdy w życiu nie miała jeszcze żadnego wypadku. Przyjeżdża koleżanka babci, podchodzi ostrożnie, może się boi, że będziemy krzyczeć. Widząc, że bardziej przejmujemy się babcią niż skasowanym autem, konstatuje: „W sumie dobrze Ci się trafiło, mogłaś uderzyć w niemiłych ludzi, a walnęłaś w miłych!”. Hmm… No dobrze. Jesteśmy mili.

Kolejny tydzień spędziłam na rozmowach z ubezpieczalnią. Ubezpieczalnia wysłała inżyniera, który miał ocenić straty. Zapowiedział się na poniedziałek. Czekam. Inżyniera ani widu, ani słychu. Następnego dnia dzwoni ubezpieczalnia, że był, widział i naprawa się nie opłaca. Czyli zapłacą. Podałam numer konta, przelew zdążył się zaksięgować, kiedy koło godziny 13 odezwał się… inżynier. Z informacją, że już jedzie, przeprasza, ale utknął w korku w Kent. Poczułam się jak w strefie mroku. Wyłuszczyłam mu sprawę, powiedział, że mimo wszystko będzie za pół godziny. Czekam. Inżyniera… tak! Zgadliście! Ani widu, ani słychu. W końcu wysyłam mu SMS – „Kiedy będziesz?”. A ten odpowiada uprzejmie: „Już byłem! Zadzwoniłem do twojego mieszkania, nikt nie otwierał, obejrzałem auto i pojechałem”. Nie mieszkam w mieszkaniu, tylko w domu, nikt nie pukał ani nie dzwonił. Nie wiem, gdzie był i co oglądał, ale podziwiam, że ubezpieczalnie jeszcze jakoś funkcjonują. Skończył się kolejny tydzień.

Miła Pani (zawsze są miłe) poinformowała mnie telefonicznie, że w ciągu pięciu dni skontaktuje się ze mną firma, która zabierze auto. Po tygodniu auto nadal stało zaparkowane przy ulicy, opróżnione z rzeczy, przygotowane do zabrania. W Wielką Sobotę z rana czeka na mnie wiadomość na skrzynce: „Proszę usunąć samochód z ulicy, bo tarasuje przejazd i stwarza zagrożenie”. Nie przypominam sobie, żebym zostawiła je w miejscu, w którym coś stwarza, ale idę. Z daleka widzę grupkę sąsiadów, dyskutującą zawzięcie. Zagaduję: „Wszystko OK?”. Sąsiedzi się rozsuwają na boki i pojawia się obraz nędzy i rozpaczy. Focus ma rozbitą tylną szybę i urwany wlot paliwa. Ktoś najwyraźniej próbował spuścić benzynę i po nieudanej próbie w złości rozwalił szybę. Pewnie dzieciaki po kilku piwach, bo normalni ludzie wiedzą, że teraz spuścić się tak po prostu nie da. Trudno. Dzwonię do ubezpieczalni i informuję o zajściu. Tym razem firma pojawia się w ciągu godziny i zabiera auto.

W wielkanocną niedzielę spylają koty. Wiadomo – gotuje się, jest gorąco. Uchyliliśmy odrobinę okno, które ciężko się otwiera. Może i nam ciężko, ale dla Boykota to pestka. Przyszli goście, kotów brak. No to dalej, szukać – jeden czarny, drugi biały. Tyle że gwizdanie i szeleszczenie raczej nie przyniesie żadnych rezultatów. Wypadliśmy z domu.

Midnight znalazła się tuż za progiem, na drżących łapkach obwąchując trawniczek. Uciekła z prawdziwym rozmachem, jak galopujące stado żółwi. Boykota nie widać. Chociaż zaraz – widać. Usiadł pod samym oknem i siedzi. Trzeba im przyznać, że zaplanowały tę eskapadę z wielką klasą. Nikt by tak nie uciekł, jak one.

Trzeba było też kupić kolejny samochód. Dzięki wszechświatowi za internet. Jeździmy. Od ogłoszenia do ogłoszenia. Temu się okno nie otwiera, temu olej cieknie. Właściciele zdziwieni – nawet nie wiedziałem! W końcu, w kolejną sobotę, decyduję. Dzisiaj jest ten dzień! Jedziemy, oglądamy, kupujemy. Oczywiście Forda – za dokładnie tyle, ile zapłaciła ubezpieczalnia. Dobra wiadomość jest taka, że ma fajne radio z bajerami. Łączy się z iPhone’em, robi za zestaw głośnomówiący, BT, USB i wszelkie inne możliwe szykany. Teraz mi Google Maps gada w samochodowych głośnikach. Całkiem spoko. No i fajnie, bo ubezpieczenie mi nie podskoczyło. Bo wiecie, ubezpieczalniom to ufaj, ale kontroluj.

BTW pracy jeszcze nie zaczęłam, bo proces weryfikacji trwa najwyraźniej dłużej niż podjęcie decyzji. Ale dostałam już świadectwo niekaralności i sprawdzili moje referencje. Wszystko, łącznie z kołnierzykiem i numerem buta. A w zeszłym tygodniu zadzwonił kolejny miły Pan i po interview zaproponował mi… pracę.

Dorset, co Ty mi chcesz powiedzieć?!

Proces naprawiania się ciągle trwa, chociaż mam nadzieję, bez różnorakich przypadków.

Pozdrawiam,
Wasza „tambylcza” felietonistka.

PS: „U sąsiada zakwitła palma. Nie dość, że palma, nie dość, że w kwietniu, to jeszcze kwitnie. Dziwna okolica”.


Kinga Ochendowska

NAMAS'CRAY  The crazy in me recognizes and honors the crazy in you. Jestem sztuczną inteligencją i makowym dinozaurem. Używałam sprzętu Apple zanim to stało się modne. Nie ufam ludziom, którzy nie lubią psów. Za to wierzę psom, które nie lubią ludzi.


Dodaj komentarz

Tom napisał(a):

Fajna historia :)
Pozdrawiam z Aberdeen :)