iMagazine

HK Center

Halo, policja?! Proszę przyjechać do internetu!

26/04/2019, 10:04 · · · 2

Miało być pięknie, a wyszło jak zwykle.


Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 03/2019

Jako ludzie mamy nieznośny zwyczaj robienia czegoś, bez zastanawiania się nad konsekwencjami. Chcielibyśmy pięknego idealizmu – świata wolnego i czystego jak łza, w którym każdy miałby swój głos i w którym wszyscy byliby równi. A jak go już dostaliśmy, to pomazaliśmy ściany, na podłogę wylaliśmy pomyje, a za każdym rogiem czai się zbój. Mówicie, że nie dostaliśmy nowego, pięknego świata? Owszem. Dostaliśmy. Nazywa się internet i nasza władza nad nim właśnie dobiega końca. Za chwilę przejmą go stosowne organy, bo nie potrafiliśmy nad sobą zapanować. Nie wykazaliśmy się stosowną samokontrolą i prędzej czy później to, co zepsuliśmy, zostanie nam odebrane.

Oczywiście brzmi to bardzo poważnie, ale obserwując internet od momentu jego postania do dzisiaj, trudno powstrzymać się od gorzkich wniosków. Nie wiem, czy ludzie potrafią funkcjonować w jakiejkolwiek przestrzeni bez ścisłego nadzoru. Wiele lat temu, kiedy płonął we mnie jeszcze młodzieńczy idealizm, prędzej odgryzłabym sobie język, niż powiedziała, że internetowi potrzebna jest kontrola. Władza i wolność dla wszystkich – z takiego przekonania wychodzili młodzi ludzie za moich czasów. Dzisiaj, obserwując zagrożenia, które czają się w internecie na każdym kroku, nie jestem już tego taka pewna. Problem w tym, że moja głowa jest zdecydowanie za mała, a czynników do rozparzenia zbyt wiele. No i oczywiście satysfakcjonujących rozwiązań brak.

Zacznijmy od tego, że internet powinien pełnić funkcję informacyjną. Można śmiało powiedzieć, bez zagłębiania się w temat, że internet przekazuje informacje prawdziwe – zgodne ze stanem merytorycznym oraz nieprawdziwe, czyli takie, które nie znajdują żadnego potwierdzenia. Rozpowszechnia również opinie – zarówno te słuszne, jak i niesłuszne oraz szkodliwe. Wszyscy się zgodzą, że informacje nieprawdziwe oraz niesłuszne opinie nie powinny funkcjonować w przestrzeni publicznej. Nikt nie jest jednak w stanie jasno określić, jakie warunki powinna spełniać prawdziwa informacja. Można powiedzieć, że prawda jest prawdą i kropka. Problem w tym, że dla różnych ludzi różne rzeczy są prawdą. Kto więc miałby zdecydować o tym, co jest prawdziwe? Można oczywiście wprowadzić system kryteriów, ale prowadziłoby to do totalitarnej dyktatury organu stanowiącego prawo, co, jak wiemy, przynosi opłakane konsekwencje. Skutkiem tego w internecie można powiedzieć wszystko, bez względu na to, czy „fakt” ma rację bytu, czy nie. Można twierdzić, że Ziemia powstała w zeszły czwartek albo że jest płaska i spoczywa na czterech słoniach. Zawsze znajdzie się ktoś, kto w to uwierzy. Udowodnijcie mu, że nie ma racji. Proszę bardzo.

Jak to jest z informacją – wszyscy wiemy. Jesteśmy mistrzami prawdy „mojszej” i „najmojszej”. Co dzieje się jednak, gdy informacja zaczyna być szkodliwa? W pracy spotykam się z młodzieżą, która aktywnie używa internetu do tego, by dowiedzieć się, jak najlepiej dokonać samookaleczenia czy popełnić samobójstwo. Zbierają się w grupy oraz fora i wspierają nawzajem w powziętych postanowieniach. Jeśli stałoby się to na żywo, twarzą w twarz, osoba udzielająca informacji mogłaby zostać oskarżona i usunięta ze społeczeństwa. W internecie? Hulaj dusza, piekła nie ma. Powinno tak być? Oczywiście, że nie. Co możemy z tym zrobić? Praktycznie nic.
Tak samo, jak z w przypadku zaburzeń odżywiania. Młodziutkie dziewczęta wyglądające jak kości obciągnięte skórą spotykają się w internecie, żeby podzielić się uwagami o tym, jak najlepiej ukrywać fakt niejedzenia i uniknąć głodu, na przykład zjadając bawełniane waciki. Dobrze, jeśli nie wmawiają sobie wzajemnie, że są ciągle za grube i muszą coś zrobić z „tą obrzydliwością”. Ta sama sytuacja – jesteśmy bezsilni. Możemy starać się informować, umieszczać ostrzeżenia i banery, oferować pomoc. Ale nie mamy żadnej możliwości zabronienia takich zachowań.

Tak samo, jak musimy przyglądać się biernie szerzeniu nienawiści, ksenofobii, ostracyzmu czy nawet zwykłej głupoty. Nic nie zrobimy twórcom ogniowych wróżek, niebieskich wielorybów czy innego obrzydlistwa. Już teraz patologia w internecie przyjmuje zupełnie niespotykane rozmiary, które nie tylko zaspokajają skrzywione potrzeby jednostek, ale powodują zarażanie się nimi młodych, nieskażonych jeszcze umysłów. Jeśli przyjrzymy się najnowszym raportom dotyczącym terroryzmu, dowiemy się, że młodzi ludzie zarazili się niebezpieczną ideologią, oglądając filmiki w internecie. Co z tego, że ich wyobrażenia nijak się miały do rzeczywistości, a świadomość potencjalnych konsekwencji zgubiła się we mgle. Sam fakt dostępności takich materiałów jest najzupełniej karygodny. Ponownie jednak – nie mamy nad tym żadnej kontroli. Nie mamy, a powinniśmy.

Co stanie się więc ze światem, nad którym straciliśmy kontrolę?

Jedną z metod porządkowania może stać się inwigilacja i utrata anonimowości – dokładnie tak, jak dzieje się to w świecie rzeczywistym. Żeby zagwarantować obywatelom bezpieczeństwo, obywatele muszą zrezygnować z części prywatności – w tym przypadku pozwolić na identyfikację jednostki. Może się okazać, że aby funkcjonować w wirtualnej przestrzeni, konieczne będzie wzięcie odpowiedzialności za wszystko, co w niej robimy – za każdy wynik wyszukiwania, za każdy post, za każdy komentarz. Za każdą czynność wykonaną w internecie.

Przestrzeń wirtualna będzie wtedy bezpieczniejsza. Niestety, kosztem frustracji użytkowników i utraty wolności słowa. Taka odgórna kontrola rodzicielska, narzucana przez prawo państwowe. To niebezpieczna idea, porównywalna do przejmowania przez jedną frakcję kontroli nad tradycyjnymi mediami publicznymi – prasą, radiem i telewizją. Bo o ile może być zastosowana dla zapewnienia bezpieczeństwa publicznego, to doświadczenie podpowiada nam, że zazwyczaj używana jest do zupełnie innych celów. Wystarczy spojrzeć na Chiny albo przypomnieć sobie, dlaczego zakazane było Radio Wolna Europa.

A wszystko to przez to, że nie potrafimy się sami kontrolować, jeśli nie czujemy nad sobą karcącego bata. Nieważne, co stanie się jutro, dzisiaj nikt mnie nie dosięgnie za to, co zrobię. Długofalowe konsekwencje już nas jednak doganiają i nie pomogą żadne ustawy o ochronie prywatności. Jak zwykle w takich sytuacjach, gdy wydarzy się coś szczególnie drastycznego, owa odgórna kontrola zostanie na nas nałożona jak kaganiec. I to my sami będziemy jedynymi, których można winić za taki stan rzeczy.

Oczywiście, będziemy się buntować przeciwko odbieraniu nam praw i wolności słowa. Ale czy nie byłoby słuszniej i skuteczniej, gdybyśmy po prostu zaczęli się kontrolować, jak na dorosłych ludzi przystało? Dodać wypada, że moglibyśmy też przestać udawać, że idealizm ma rację bytu i pogodzić się z faktem, że ludzie do niego nie dorośli.

Dlatego w realnym świecie mamy szare i smutne więzienia.

W cyfrowym też by się przydały.

2

Kinga Ochendowska

NAMAS'CRAY  The crazy in me recognizes and honors the crazy in you. Jestem sztuczną inteligencją i makowym dinozaurem. Używałam sprzętu Apple zanim to stało się modne. Nie ufam ludziom, którzy nie lubią psów. Za to wierzę psom, które nie lubią ludzi.


2
Dodaj komentarz

avatar
2 Comment threads
0 Thread replies
2 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
2 Comment authors
ydc99Andrzej Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Andrzej
Gość
Andrzej

Też byłem kiedyś za całkowitą wolnością w internecie, ale racja niestety – ludzie wszystko zawsze muszą schrzanić… Władza oczywiście się kiedyś za to weźmie i założy ten kaganiec, szkoda tylko, że jak zwykle zapomni o sobie, a niestety sama ostatnimi czasy szczególnie mocno używa internetu w szemrany sposób. Manipulowanie opinią publiczną itp. Miało być pięknie, a wyszło jak zwykle – bez dwóch zdań.

ydc99
Gość
ydc99

Z Internetu należy korzystać „z głową”. Ekshibicjonizm w mediach społecznościowych skutkuje hejtem.
PS Z produktów Apple korzystam od 2001 r. (jeszcze pod systemem OS 9)