Dokończanie błędów

23/08/2021, 16:00 · · · 0

Ten temat leżał w mojej szufladce już bodaj od grudnia zeszłego roku. Ostatni kwartał 2020 roku upłynął nam w dość refleksyjnym nastroju i dość często sięgaliśmy po rozmaite dokumenty. Potem przyszła decyzja o anulowaniu wszystkich, z wyjątkiem Apple TV+, subskrypcji VOD, o czym pisałem w poprzednich wydaniach. Pewnego wieczoru spojrzałem na moją listę produkcji, które chciałbym obejrzeć i ku mojemu zdziwieniu była tam jeszcze zaszłość z czasów, kiedy Apple TV+ nie istniało. Dokument „Songwriter” opowiadający historię powstania albumu „Divide” Eda Sheerana i w dużej mierze odsłaniający kawał ciekawego życia tego artysty. Obejrzeliśmy go w Apple Music, bo jest to oryginalna produkcja spod znaku tego właśnie serwisu Apple.


Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 6/2021


To w tym dokumencie tkwi początek dzisiejszej historii. Historii, którą pozwolę rozpocząć samemu artyście:

„Warto robić złe piosenki. Kiedy coś tworzysz, może przyjść taki moment, w którym wiesz, że prawdopodobnie efekt będzie słaby. Najważniejsze, aby to jednak dokończyć. Gdy zostawisz coś rozgrzebane i nie doprowadzisz do końca – to część wad tej piosenki przejdzie prędzej czy później na kolejną. Czaisz?”.

A co, jeśli?

System edukacji, przez który przeszedłem oraz –  jak to ująć – osiedlowe środowisko, sprzyjało raczej częstemu kwestionowaniu każdej decyzji. I nie było to kwestionowanie kreatywne czy zmierzające do innowacji. Nie. To były proste rozmowy, które ze szkoły przynosiło się na zmęczonych od papierowych książek plecach, a potem powtarzało pod blokiem. Potrzeba zdobywania informacji i dowiadywania się czegoś o środowisku, w którym żyjemy, jest naturalna dla naszego gatunku (i nie tylko naszego, rzecz jasna) i to właśnie dzięki niej de facto dotrwaliśmy do tego dnia jako ludzie. No, tylko z biegiem czasu z ciekawskich, chłonnych wiedzy obserwatorów staliśmy się ględami.

Z samej swojej natury nowości, których nie znamy, są dobre. Bo widzicie, nawet jeśli ich nie znamy, to naturalnie ekscytuje nas ich pojawienie się dookoła. Tak było za dzieciaka, kiedy odkrywało się domki na drzewach podczas wizyty na działce sąsiadów, a potem próbowało się po nich skakać, jak bohaterowie filmów. A na końcu nabijało się sobie guza, po to, aby kolejny raz zrobić to po naszemu, a nie po filmowemu. I jasne, guz trochę pobolał, ale frajda została w pamięci do dziś. No i dziś użyłbym raczej drabinki niż magicznych mocy.

W toku ewolucji wykształciliśmy inne podejście do nowości, które stały się dla nas złe, niebezpieczne. Z odkrywców stajemy się przestraszeni i przybieramy postawę „Może lepiej nie” oraz „Co się stanie, jak mi nie wyjdzie? Zatem może lepiej nie”. I potem, powielając ten schemat, bach, dwudziestka na karku. Potem przydarzy się coś, co uznamy za spektakularne wydarzenie na miarę odnalezienia „jedynej słusznej pasji” i bach, okaże się ona ledwie błyskotką i to jeszcze nie naszą. Trzydziestka wybije, a nasze „Może lepiej nie” dorobi się drugiego filaru – „…bo kiedyś nie wyszło i ja już tak mam, że nie wyjdzie nigdy”.

Kapitalnie opowiada o tym prof. Wojciech Pisula – psycholog z Instytutu Psychologii Polskiej Akademii Nauk, członek Krajowej Komisji Etycznej ds. doświadczeń na zwierzętach – w szóstym odcinku podcastu „Tu Centrum Nauki Kopernik”:

„Błędy się robi tam, gdzie się już coś umie – bo wtedy wiemy, że popełniamy błąd i co z tym faktem dalej zrobić. Jak nie wiemy, to macamy jedynie rzeczywistość, a nie popełniamy błędów!”.

W skrócie – rozwijamy się. To nic innego jak sytuacja człowieka dorosłego i obrazowa, mocno uproszczona, definicja procesu badawczego.

Produktywna porażka

Koncepcja stara jak pojawienie się układu nerwowego u zwierząt. Człowiek od zawsze musiał wyciągać wnioski, aby przetrwać. Podobnie jak wyniki jakiegoś badania, załóżmy egzaminu w szkole. System wtłacza nam jedną definicję jego niezdania i brzmi ona: To porażka, że go nie zdaliśmy. Tymczasem wynik negatywny jest tak samo dobry, jak pozytywny, bo wnosi wartość. Mówi o czymś. W tym przypadku o tym, że przykładając się do tego czy innego aspektu, możemy się czegoś nauczyć. Oczywiście wiem, bo sam reagowałem inaczej, że łatwo się teoretyzuje. Ale z wiekiem mam wrażenie, że naprawdę łatwiej przychodzi ta refleksja. Zwłaszcza w czasach, gdy z roku na rok wśród Twoich znajomych przybywa osób, które uśmiechy zamieniają na poczucie winy i samospełniające się proroctwa o życiowej porażce.

Porażka jest z drugiej strony istotnym czynnikiem ryzyka. Jeśli my, jako dzieci, mamy wpompowywane negatywne sygnały o nas samych, np. „On uczy się lepiej, Ty masz gorsze wyniki!”, to potem grę w sukces i porażkę zaczynamy traktować jako walutę. Jedyny czynnik kształtujący tożsamość. Albo jesteś na plusie, albo Cię nie ma.

Jakiś czas temu przeprowadzono badanie na polskich i brytyjskich maturzystach. Polscy wiedzieli o wiele więcej o świecie, a właściwie mieli nabite informacjami głowy. Czyli jeszcze inaczej mówiąc – znali więcej faktów. Ale za to ich stosunek do przyszłości malował się w dość tragicznych barwach, a momentami ocierał się o zadeklarowaną bezdomność. Respondenci odpowiadali np. „Bo tutaj nie ma przyszłości. Dla mnie nie ma przyszłości. Może wyjadę, tak radzą rodzice, a może to wszystko nie ma sensu”. Tymczasem brytyjscy maturzyści wiedzieli o wiele mniej, ich wiedza była raczej kierunkowa, ale za to życiowe aspiracje były tak wysokie, że bez trudu nie tylko zdawali egzaminy, ale dostawali się na wymarzone uczelnie, wiedząc, że życie stoi przed nimi otworem. Odpowiadali dość często tak:

„Postaram się zdać te egzaminy, bo wiem, że to otworzy mi świat. Jeśli się nie uda, to wiem, że mając mocny język, mogę próbować inaczej. W sumie to tylko egzaminy”.

I wiecie co? Jest czymś fantastycznym pisać o tym po trzydziestce, widząc mnóstwo podobnych sytuacji, które w jakiś magiczny sposób z siebie wynikają. Sytuacji, które pozwoliły mi cieszyć się każdym porankiem, bo w końcu, skoro ten poranek jest, to mam szansę coś zmienić. W skali mikro czy makro to nieważne. Zmiana, nawet ta największa, od czegoś się zaczyna. I naprawdę, pozwólmy sobie wszyscy na to, aby zaczynała się od naszego „tak”, a nie od naszego „nie”. Najgorsze, co może się stać, to przeniesienie jednego „nie” na kolejne. Dwa minusy w tym przypadku nie dadzą plusa. Najgorsze co może się stać? Cóż, pomylimy się, a przy okazji coś zmienimy. Siebie. Nie bójmy się pisać złych piosenek.



0

Krzysztof Kołacz

👨🏻‍💻 Technologia, kawa i my sami. 🎙 W podcaście „Bo czemu nie?”. 📰 W newsletterze „The Menu Bar” oraz tutaj. Kocham 🏃🏻‍♂️ i ☕️ specialty.