iMagazine

Przez tydzień byłam zarejestrowana
w serwisie randkowym

23/01/2016, 12:00 · · · 11

Serwisy były dwa: w jednym wytrzymałam 7 dni, w drugim – nie przetrwałam nawet 24 godzin.

Wszystko zaczęło się od tego, że rozmawiałam z siostrą. Lubimy sobie czasem porozmawiać, zwłaszcza że różnimy się pod wieloma względami, dzięki czemu nasze dyskusje nie są nudne. Przy czym – wierzcie lub nie – to ona jest bardziej „poukładana” i racjonalna. Serio. A rozmawiałyśmy o tym, jak zmienia się sposób komunikacji między ludźmi, jak spłycają się relacje, jak internet i nowe technologie ingerują w te aspekty życia, w które ingerować nie powinny. W końcu zeszło na to, że ludzie nie mają czasu, by naprawdę się poznawać – a już zwłaszcza w świecie rzeczywistym. I na to, że internet zastępuje prawdziwe relacje, stwarzając złudzenie uczestniczenia w życiu społecznym, bez konieczności uczestniczenia w nim. Trochę jak przy zabawie w dom. Pomyślałam sobie wtedy, że co jak co, ale internet to ja znam dobrze. Od lat codziennie rozmawiam z ludźmi. Różnymi ludźmi, bo przecież różni ludzie odwiedzają cyfrowy świat. Funkcjonuję w internetowej przestrzeni, w większości sieci społecznościowych, gdzie prowadzę dziesiątki konwersacji. Ale nigdy nie odwiedzałam żadnych serwisów randkowych. Mają one pewną opinię, u jednych lepszą, u innych gorszą, funkcjonują jednak w przestrzeni internetowej i teoretycznie są przeznaczone dla normalnych ludzi. Czyli że przyjmując statystycznie, istnieje jakaś szansa na przeprowadzenie tam zdrowej, konstruktywnej rozmowy.

Od razu powiem wam, że opowiadać będę tylko o rzeczach, które nadają się do zacytowania. 90 procent nie nadaje się do przedstawienia w żadnym magazynie, który prezentuje choćby podstawowy poziom kultury, a lubię myśleć, że iMagazine stoi sporo powyżej tej poprzeczki. W tej kwestii pozwolę wam użyć wyobraźni i gwarantuję, że możecie poszaleć. Nie wymyślicie nic, co mogłoby mnie teraz zaskoczyć.

Założenia

Spróbowałam odpowiedzieć sobie na pytanie: jak, z racjonalnego punktu widzenia, powinno się podejść do szukania prawdziwej relacji w internecie? Z góry założyłam, że powinno się być sobą, bo przecież chodzi o to, żeby ktoś polubił nas, a nie wymyśloną przez nas postać. Zakłada to oczywiście szczerość, wewnętrzną uczciwość i otwartość. Z oczywistych powodów wybrałam jeden z portali dla Polonii w UK, utworzyłam profil, wrzuciłam spokojną i nieprowokacyjną fotkę z Instagrama oraz zaznaczyłam bezpieczną opcję „Szukam przyjaźni”. Nie ukrywajmy – mam swoje lata i nie żyję złudzeniami, że świat składa się z kwiatków, serduszek i różowych jednorożców. Nie wypełniłam opisowej części profilu, która w założeniu ma służyć do opowiadania o sobie w samych superlatywach. Prawdę mówiąc, miałam problem z określeniem tego, ile informacji o sobie chcę ujawniać. Opowiem o tym zresztą jeszcze za chwilę. Postanowiłam dać serwisowi uczciwą szansę i nic z góry nie zakładać. Ot, forma zdobywania doświadczenia. Ciekawego, bo w naszej części internetu nie mam okazji spojrzeć na siebie z dystansu. Nie muszę nikomu opowiadać ani tłumaczyć kim jestem. Znają mnie ci, którzy mnie znają, większość od wielu lat, a reszta potrafi klikać linki. Wchodząc w nieznane rejony internetu, stajemy się zupełnie nową osobą, z całkowicie czystą tablicą, za którą nie stoi żadna reputacja. Ani dobra, ani zła. Dla ludzi odwiedzających serwis stajemy się jednym z tysięcy zdjęć, przedmiotem marketingu i reklamy. Średnie uczucie, które trzeba wziąć na klatę.

Funkcjonowanie portalu

W zasadzie funkcjonowanie wszystkich serwisów jest podobne. Rejestracja jest bezpłatna i umożliwia przeglądanie profili oraz odbieranie wiadomości od pozostałych użytkowników. Żeby móc wysyłać wiadomości, trzeba wykupić konto Premium – w formie abonamentu miesięcznego, kwartalnego lub na zawsze. Mówiąc szczerze, opcja wykupienia abonamentu „na zawsze” nie wydaje mi się marketingowo atrakcyjna i twórcy portalu powinni to przemyśleć. No chyba że ktoś lubi taki „lajfstajl”. Ceny są groszowe. Najwyższą  formą ulepszenia konta jest opcja VIP, która pozwala na objęcie swoim abonamentem osoby, z którą chce się rozmawiać, ale która nie posiada płatnego konta. Dodatkową formą komunikacji dostępną dla wszystkich użytkowników jest wysyłanie „prezentów” w postaci uśmiechów, kwiatków i innych uroczych obrazków. Intuicyjnie odbieram, że mają one symbolizować zainteresowanie i sugerują chęć rozmowy. Mogę się mylić. Wiecie, moje doświadczenie skończyło się po tygodniu.

Szok dla systemu

Wypada powiedzieć, w jaki sposób rozmawiam z ludźmi. Otóż rozmawiam z nimi dokładnie w ten sam sposób, w jaki do Was piszę. Zarówno na żywo, jak i online. W przypadku rozmów internetowych traktuję człowieka dokładnie tak samo, jakby stał przede mną i nie różnicuję tego w żaden sposób. Mam świadomość tego, że przed ekranem komputera siedzi prawdziwa osoba, która zarówno myśli, jak i czuje. Kiedy z kimś rozmawiam – słucham i staram się zrozumieć. Jeśli nie rozumiem – pytam. Zresztą – czytacie, sami potraficie to ocenić. Zakładam – możliwe, że w mojej niepoukładanej naiwności – że tak właśnie powinno być: rozmawiamy ze sobą po to, by wymieniać informacje. Zawsze wierzyłam, że ostatecznie liczą się ludzie. Nie ich stan posiadania czy wygląd, bo jedno i drugie jest ulotne i niestałe. Człowiek, w samej swojej istocie, jego wartości, przyjaźń, wzajemny szacunek i zrozumienie. Okazało się jednak, że nic bardziej mylnego.

A było to tak

Przede wszystkim wydawało mi się, że od założenia profilu musi upłynąć trochę czasu i sytuacja będzie nabierała tempa powoli. Nic z tych rzeczy. Właściciele stron znają się na rzeczy – przecież nie chodzi o to, żeby klient czuł się zawiedziony. Za każdym razem, kiedy odwiedzacie jakiś profil, jego właściciel otrzymuje o tym informacje – to ta funkcja, o której marzą użytkownicy Facebooka. „Dzieje się” więc od samego początku. Ty odwiedzasz kogoś, ktoś ciebie odwiedza, jedno pociąga za sobą drugie. Każde kliknięcie jest uważnie śledzone i rejestrowane oraz wywołuje postępującą paranoję. Przecież samo odwiedzenie profilu nie oznacza jeszcze zainteresowania per se. Profil odwiedza się po to, żeby dowiedzieć się czegoś o konkretnej osobie – na przykład tego, czego tu szuka. Jak wspomniałam wcześniej, jestem już dorosła od kilku lat i wiem, że ludzie szukają różnych rzeczy. A informacje w profilu służą do tego, żeby ci, którzy szukają tego samego, mogli się odnaleźć.

Nie, wróć! Darujmy sobie tę polityczną poprawność, bo naprawdę bardzo się staram utrzymywać zrównoważony ton i zaciskam zęby, kiedy na usta ciśnie mi się coś zupełnie innego. Nie wiem, do czego służą profile, bo większość panów najwyraźniej wcale ich nie czyta! Kolokwialnie mówiąc, następuje przerób masowy – nowa osoba rejestruje się  w serwisie i jak jednemu z drugim przypasuje fotka, to kogo obchodzi, co tam jest napisane? Sztuka jest sztuka, nie ma co się krygować. Skutkiem czego trzy godziny po rejestracji, miałam pełną skrzynkę śmieci – takich, jakich nie znajdziecie w najgłębszych odmętach worka ze spamem. Takich, o których chciałabym zapomnieć. Uwierzcie, że kiedy to piszę, mam te wiadomości przed oczami. We wszystkich wzorach i kolorach – wszystkie na jeden temat. A wydawało mi się, że to strona dla ludzi dorosłych. Nie wiem, jaki ma cel ich wysyłanie, bo nie jestem sobie w stanie wyobrazić kobiety, normalnej i zdrowej na umyśle, która przychylnie spojrzałaby na którąkolwiek z nich. Nie wiem, może się mylę, może się nie znam. Nie odmawiam ludziom prawa do szukania różnych form rozrywki, ale zapewniam, że panowie szukających przygodnych partnerek mają większe szanse u tych pań, które również deklarują taką potrzebę. Logiczne czy nie? Niestety, nie ma możliwości filtrowania spamu – męczących rozmówców można zablokować, ale trzeba to zrobić ręcznie i z każdym z osobna. I przy okazji przeczytać wiadomość – a co człowiek zobaczy, tego już nie odwidzi.

Przebijanie się przez to całe bagno, żeby wyłowić relatywnie normalne wiadomości, może spowodować senne koszmary. Z premedytacją użyłam określenia „relatywnie normalne”, bo potem trzeba się również przebić przez relatywność.

Lubisz seks?

„Cześć” brzmi nieźle. To powszechnie uznany sposób witania się z ludźmi. W gąszczu innych wiadomości wygląda zachęcająco. „Cześć” – odpowiadam ostrożnie. „Lubisz seks?”. Facepalm. To się zakamuflował. Wiecie, co? Włącza mi się tryb ironiczny. Gdyby jeszcze najpierw powiedział: „Mam na imię Janek”. Przedstawić się wypada, tak nakazuje kultura. Brakuje jeszcze, żeby dodał: „Bo wiesz, my z kolegą, to bardzo!”. W kolejnej wiadomości Skype, w jeszcze innej numer telefonu z dopiskiem: „Zadzwoń do mnie :*”. Serio? A po co?! Nawet gdybyś miał najlepsze intencje, to nic o mnie nie wiesz. Nie możesz nawet podejrzewać, że mamy ze sobą cokolwiek wspólnego. Widziałeś tylko moje zdjęcie. Równie dobrze mogę mieć na imię Jaś i mieć 16 lat! Staram się nie oceniać intencji autorów, ale włącza mi się mechanizm obronny. Brak chamstwa jest błogosławieństwem, ale brak logiki – dyskredytuje. Kasuję jedną po drugiej. Taki sam los spotykają wszystkie wiadomości: „Spotkaj się ze mną…” <niedoczekanie twoje małą literą!>, chociaż, przez porównanie, zaczynam doceniać elokwencję i przychylniejszym okiem patrzeć na zdania bez błędów ortograficznych. Wydawało mi się, że skoro w życiu codziennym nie mamy czasu na zawieranie i poznawanie innych ludzi, to internet stwarza wręcz idealne do tego warunki. Można zadawać prawie nieograniczoną ilość pytań. Nie tylko odpowiedzi dają pojęcie o człowieku; pytania, jakie zadaje – też. Patrzę tępo w ekran komputera i naprawdę nie wiem, co powiedzieć. Nie osłodzą tego żadne kwiatuszki. Mam nieodpartą ochotę wejść w ustawienia i usunąć konto. Powód jest prosty – nie mam pojęcia, dlaczego samej sobie to robię. Weszłam tu z własnej woli, mogę wyjść kiedy chcę. Postanawiam wziąć głębszy oddech. Umawiam się z samą sobą na siedem dni. Ani minuty dłużej.

Chwila słabości

Następnego dnia, odetchnąwszy trochę, spojrzałam na sytuację chłodniejszym okiem. Szok dla wewnętrznego systemu wartości był duży, ale przecież wiem, że nie same serduszka, kwiatki i jednorożce. Dorosła jestem i poradzę sobie. Dzielnie przesiewam informacje i znajduję kilka wyglądających bezpiecznie. Trzy od rozmówców anglojęzycznych. I muszę Wam powiedzieć, że to były jedne z najspokojniejszych konwersacji, jakie przeprowadziłam. Panowie uprzejmi, zadają pytania, czytają odpowiedzi. Nie żeby jakaś poważna, głęboka rozmowa – zwykły small talk, ale normalny. W międzyczasie trafia się jeszcze kilka niegroźnych wiadomości, ale zauważam, że rozmowa zaczyna wywoływać u mnie autentyczny stres. Nie wiem, jak prowadzić konwersację i zaczynam ważyć każde słowo, bojąc się, że cokolwiek powiem, może zostać zrozumiane zupełnie opacznie. Nie rozumiem logiki tego świata i czuję, jakbym rozmawiała z kosmitami. Jestem emocjonalnie rozchwiana, ale wcale nie dlatego, że któryś z rozmówców zwalił mnie z nóg. Mam wrażenie, że ktoś wyciągnął z dalekiej przeszłości 15-letnią mnie – zagubioną, przytłoczoną i niepewną. We wtorek łamię się – miałam nie odwiedzać normalnych mediów, ale zaglądam na Twittera – tylko po to, żeby zobaczyć zwykłe, redakcyjne rozmowy. Komentarze Wojtka i Norberta o podrywaniu, kryzysie wieku i Porsche wywołują u mnie prawie histeryczny napad śmiechu. Wszystko jest takie normalne, spokojne, bezpieczne. Aż trudno uwierzyć, że to ten sam internet. Przecież nie jest odgrodzony grubą linią, nikt na wejściu nie sprawdza paszportów. A jednak mówisz, co chcesz i wszyscy cię rozumieją.

Schiza

W połowie tygodnia dopada mnie schiza – nie chcę, żeby ktokolwiek się do mnie odzywał. Nie chcę żadnych wiadomości. Boję się podchodzić do komputera. To zadziwiające, jak szybko zmiana otoczenia może spowodować zmianę perspektywy. Rozmawiam z kilkoma osobami – ostrożnie. Bez większego sensu. To nie jest żadna prawdziwa rozmowa – ani przez chwilę nie jestem sobą. Zaczynam kwestionować wszystko, co wydawało mi się słuszne. Zaczynam się zastanawiać, czy jestem normalna i czy wiem, co to znaczy być normalną? Może to właśnie jest normalność, a ja mam jakieś wyidealizowane pojęcie o rzeczywistości, które właśnie rozpada się na kawałki? Odczuwam autentyczny, fizyczny stres, którego nie potrafię do końca wytłumaczyć. Brakuje mi słów. Prawdziwym dylematem jest: kropka czy emotikon na końcu zdania? Unikam średnika i uśmiechu z przymrużonym okiem. Dwukropek z gwiazdką – zakazany. Diabli wiedzą, co to może znaczyć w języku tego świata. Wielokropek może coś sugerować. Również nie używam. Zaglądam na różne profile – w opisach panowie rozwiedzeni, z dziećmi, bagażem. I kiedy się nad tym zastanawiam, przychodzi mi do głowy, że to są przecież czyiś ojcowie – wzory do naśladowania. Czy na co dzień zachowują się normalnie? Czy po prostu w życiu codziennym skrzętnie ukrywają swoją prawdziwą naturę, którą ujawnia się w sieci? Czy chcieliby, żeby ktoś rozmawiał w ten sposób z ich córką? Nie znam odpowiedzi na żadne z tych pytań i czuję się zmęczona. Moment, kiedy ostatni raz rozmawiałam z kimś normalnie, wydaje się odległy o całe lata świetlne, a minęło zaledwie kilka dni. Często wstaję od komputera i chodzę po pokoju, co przynosi chwilową ulgę. Żałuję, że postanowiłam podejść do sprawy poważnie, bo czuję, że rodzi się we mnie próżnia. I przede wszystkim – przestaję czuć się normalna.

Na drugim portalu jeden z rozmówców pokazuje mi sprawę z odwrotnej perspektywy. Sam zaczął rozmowę, ale jest defensywnie agresywny od pierwszego zdania. Wkurza mnie, bo obrywam za cały rodzaj żeński. Okazuje się, że ma powody. Pokazuje mi, co piszą kobiety. Jedna, druga, trzecia. I włos mi się jeży na głowie, bo w życiu nie widziałam takiego steku wulgaryzmów. Żadna wyobraźnia tego nie obejmuje. Zachowuję chłodną kulturę do samego końca, żegnam się grzecznie. Patrzę pustym wzrokiem na kwiatki, uśmiechy i bliźniaczo podobne do siebie wiadomości. Instynkt samozachowawczy każe mi uciekać i natychmiast usuwam konto. Na tym portalu przetrwałam raptem kilka godzin.

Nawet gdy nie siedzę przed komputerem, czuję się zdekoncentrowana. Nie umiem poukładać sobie tego wszystkiego w głowie. Nie wiem, czego oczekują ci ludzie, ale jestem pewna, że nie chcą wiedzieć o mnie nic. Potrzebują worka do wylewania swoich frustracji bądź lekarstwa na kompleksy. Czuję się przedmiotem, nie człowiekiem. Zaczynam zwracać uwagę na zdjęcia – nie dlatego, że szukam przystojniaka. Patrzę w oczy i szukam człowieka. Ale tracę pewność siebie i nie wiem, czy rzeczywiście potrafię to ocenić. Raz, w chwili słabości, zostawiam właścicielowi profilu uśmiech. Niejako w podziękowaniu, za chwilę złudnej normalności. Nie wiem, kim jest i nawet nie zastanawiam się, czy się odezwie. Wiem, że stan, w którym się znajduję, nie jest normalny i cieszę się, że nie potrwa długo.

Pożegnania

W piątek wstaję rano. Otwieram listę wiadomości. Wysyłam odpowiedzi do ludzi, z którymi rozmawiałam. Informuję, że postanowiłam opuścić serwis, bo ten sposób poznawania ludzi raczej nie jest dla mnie. Dziękuję za rozmowę. Życzę powodzenia. Tak nakazuje mi kultura. Jeden szybko odpowiada, że zmarnowałam mu czas. Reszta nie przeczytała jeszcze albo milcząco akceptuje. Czuję, że nie mam siły odpowiadać wszystkim, chociaż gdzieś w środku wiem, że to nie fair. Mam wyrzuty sumienia, chociaż wiem, że niesłuszne. Usuwam profil i wysyłam jeszcze kilka maili. Jedna przemiła odpowiedź od Anglika, że również dziękuje, zostawia kontakt do siebie i że mogę pisać o każdej porze. Jestem mu wdzięczna. Ma 49 lat i jest wykładowcą uniwersyteckim. Obiecuję sobie, że w ten czy inny sposób odpiszę. Ale jeszcze nie teraz.

Choć konto zostało usunięte, poczucie wewnętrznego rozedrgania nie znika. Jestem rozkojarzona i nie wiem, co to właściwie było. Nadal kwestionuję samą siebie. Potrzebuję to jakoś z siebie wyrzucić i zastanawiam się – pisać czy nie pisać. Pytam. Czytelnicy decydują, że pisać. Może to i dobry pomysł?

Podsumowanie

Powróciłam w bezpieczne, znane rejony internetu. Teraz, paradoksalnie, ten spokój wydaje mi się pozorny i złudny. Kilka rzeczy męczy mnie i nie daje spokoju. Na przykład to, że codziennie funkcjonuję w internecie, podpisując się pod wszystkim własnym imieniem i nazwiskiem, bez najmniejszego wahania. Każda rozmawiająca ze mną osoba wie, kim jestem, jak się nazywam i czym się zajmuję. Wchodząc na portal randkowy, okazało się, że nagle nie chcę się tym z nikim dzielić. Oddycham z ulgą na myśl, że nie wypełniłam opisowej części profilu, bo swoim, głupim zwyczajem, mogłabym napisać coś szczerze. Nie chcę, żeby te dwie części internetu się ze sobą mieszały. Ale, z drugiej strony, ta pisząca część to prawdziwa ja – bez barier, bez zahamowań. Nigdy nie zastanawiałam się, co piszę w swoich felietonach poza tym, że piszę dokładnie to, co myślę. Tak po prostu, bez zastanawiania się i bez kalkulacji. I po raz pierwszy mam wątpliwości, kim są ludzie, którzy to czytają. Oczywiście część czytelników znam, chociażby z mediów społecznościowych i wiem, że to normalni, fajni ludzie. Ale jakiś cień w głębi duszy pozostaje. Mam nadzieję, że z biegiem czasu, to wrażenie zniknie bezpowrotnie.

Nie jest oczywiście tak, że to doświadczenie nie przyniosło żadnych pozytywnych skutków. Jak już wspomniałam, ciekawe jest chwilowe odcięcie się od swojej „internetowej twarzy”. Kim jesteś w internecie, jeśli nie stoją za tobą twoje kręgi, profil na Facebooku, timeline Twittera czy magazyn? Kim jesteś, kiedy nie ma przy tobie twoich znajomych, ludzi, którzy cię znają, lubią i szanują? Internet to prawdziwy ocean, a my mamy szczęście, znajdując się na bezpiecznej wyspie. W niektóre rejony sieci nie warto się zapuszczać i trzeba ostrożnie wybierać te, które niosą ze sobą prawdziwą wartość i korzyści. Bo zapewniam Was, że trudno odwidzieć coś, co się widziało. Niewiedza sprawia, że żyje się nam lepiej i spokojniej. Opisanie tego wszystkiego trochę pomogło, drugą część załatwiła rozmowa z Przyjacielem, poznanym wiele lat temu w… internecie. Więc jak widać, internet nie jest taki zły, jak go malują.

Mam nadzieję, że w waszym internecie woda jest przejrzysta, plaże czyste a niebo błękitne. Mam nadzieję, że wasi przyjaciele dostrzegają w was to, co najlepsze. I na koniec, mam nadzieję, że to był tylko zły sen. Sen, który znika wraz z pierwszymi promieniami wstającego słońca.

Bo przecież nawet najgorszy koszmar nie może trwać wiecznie.

Koniecznie zapoznajcie się z tekstem Wojtka Pietrusiewicza, zatytułowanym „Faceci to świnie”. Pięknie opisał to, co mi przez klawiaturę nie przeszło. Dziękuję, Wojtku, za wzięcie tego na klatę.

Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 12/2015


Kinga Ochendowska

NAMAS'CRAY  The crazy in me recognizes and honors the crazy in you. Jestem sztuczną inteligencją i makowym dinozaurem. Używałam sprzętu Apple zanim to stało się modne. Nie ufam ludziom, którzy nie lubią psów. Za to wierzę psom, które nie lubią ludzi.


Dodaj komentarz

JAK kinase napisał(a):

na jeszcze większego facepalma polecam wygooglować stronę piekne i bogaci i poczytac opis portalu…

Kinga_Ochendowska napisał(a):

Nie wiem, czy moje nerwy by to wytrzymały ;-)

max napisał(a):

a ja proponuje zawierzyć psom także w sprawach sexu .;).

Kinga_Ochendowska napisał(a):

O, psy doskonale wiedzą, kto ma jaja a kto nie.

max napisał(a):

;). no to sie nie pomylą ;).

remserwis napisał(a):

Nie jestem użytkownikiem, znam kilka małżeństw osób, które tak się poznały. Oczywiście zgadzam się co do zarzutu płytkiego podłoża emocjonalnego….ale czy tak nie ma właśnie być ? skoro jest liczne grono klientów….to może potraktować to nie jako dodatkową formę komunikacji w czasach internetu, ale zastępstwo „barowego podrywu” wynikającego z braku czasu spowodowanego nadmiarem „zwykłej” komunikacji internetowej ? Kiedyś faktycznie też zawężałem swoje spektrum akceptacji jednak zaczynam luzować podejście. Czy Facebook jest super ? Też zmienił świat. Wiele osób dalej uważa go za coś nieodpowiedniego aczkolwiek nie można ignorować miliarda aktywnych użytkowników dziennie… To po wielokroć większy pokaz demokracji niż jakiekolwiek wybory….

Kinga_Ochendowska napisał(a):

Ja akceptuję – zakładam tylko, że jak we wszystkim w życiu chodzi o to, żeby dwoje ludzi chciało tego samego. Na takich portalach jest to łatwo weryfikowalne – masz wprost napisane, czego szuka i oczekuje druga strona.
W zasadzie cały problem rozbija się o to, że część użytkowników po prostu nie czyta. A poza tym, mimo wszystko, są to portale randkowe, a nie szybkiseksdotcom ;-)

gardangelo napisał(a):

Internet to medium. Są w nim tacy sami ludzie jak w tzw. realu. I ci sami ludzie szukają towarzystwa tyle, że przez … Internet :)
Korzystałem z portalu randkowego (mimo właśnie takich opinii i przestróg jak Autorki) i ani razu nie dostałem żadnej wulgarnej wiadomości.
Więcej – spotkałem później w realu kilka z kobiet, z którymi rozmawiałem przez portal randkowy i były to najzupełniej normalne, sympatyczne dziewczyny.
Piszę to ponieważ nie każdy radzi sobie z nawiązywaniem kontaktów bezpośrednio w realnym życiu i wiele sensownych osób ma problemy z poznaniem kogoś. Dla takich osób portal randkowy może być prawdziwym ratunkiem. Może nie warto ich zrażać …
Oczywiście wierzę, że można też dostać niefajne maile w takim miejscu – myślę, że to pozorna anonimowość wyciąga z ludzi jakieś niższe instynkty.
Czasami przychodzi mi też do głowy myśl, że zwyczajnie przeceniamy średnią inteligencji w społeczeństwie :D
Może rozmawiając na codzień z tymi, którym chce się myśleć, czytać itd zakładamy nieco naiwnie, że to jest norma … a norma jest na ulicy, w kolejce i … w Internecie w końcu też.

TenCiTo napisał(a):

Kingo, strasznie, mimo wszystko, stereotypowo jedziesz..
Nie dalas nazwy (krypto)reklamowej dla portalu randkowego ale logo tyndera jak najbardziej.. a z opisu wynika ze na T nie bylas, o! (korzystam od paru miesiecy i to co opisujesz – nie pasuje ani troszke do rzeczywistosci)

A na tynderze, ktory nomen – omen do ONS zostal wymyslony – masz prosta weryfikacje z kim rozmawiasz. Nie mozesz dostac wiadomosci od kogos, z kim obupolnie nie zalajkowaliscie sie..

Ergo – smierdzace troche zestawienie pikczera i tresci..

ale, ale…

Jesli to wszystko co spotkalo Cie na tych portalach, mimo wszystko, powoduje takie zjazdy na psychice to, przepraszam, zostan w jasnym, slonecznym internecie. Jesli uzywanie emotek powoduje obawy – to troche glupio..

Powodzenia i nie rezygnuj.. Sam spotkalem pare kobiet z ktorymi niesamowity czas spedzilem (nie tylko w buduarze), spotkalem tez takie, z ktorymi zadnej chemii nie bylo – ale zakotwiczylismy sie w swoich zyciach.. i kolorujemy je ;)
Wiec sie da, ha!

Moridin napisał(a):

Dla jasności: to ja dodałem logo Tindera. To tylko ilustracja.