Jak żyć? Rzeczy ważne i nieważne

20/03/2016, 13:52 · · · 3

Świat wydaje się cierpieć z powodu kryzysu egzystencjalnego. Again.

W tym miesiącu miałam poważny problem z wyborem tematu felietonu. Żaden nie chciał zakwitnąć. No wiem. To dziwne określenie, ale lepszego chwilowo nie znajduję. Wiecie, co mówią o dyletantach i profesjonalistach – profesjonalista po prostu siada i pisze tekst, dyletant jęczy, że nie ma weny i inspiracji. Niby prawda, ale też nie do końca. Bez weny można napisać recenzję pokrowca na iPhone’a. Będzie poprawna. Ale już z felietonem tak się nie da. Coś musi zachwycić, zainteresować, przykuć uwagę, albo przynajmniej porządnie wkurzyć. Musi pojawić się jakaś emocja, która poprowadzi tekst. A tu nic, ani na lekarstwo.

Poszłam więc na żebry. Prosiłam o pomoc znajomych, redakcyjnych kolegów, Siostrę, a nawet Was, Czytelników. I wiecie co? Najczęściej pojawiającym się tematem było: „Jak żyć?”. „Jak żyć?” – napisał Norbert. „#jakzyc” – zawtórował mu Krzysiek. „Jak żyć bez komputera i smartfona oraz dostępu do social media?” – uściśliła Patrycja. W myślach podziękowałam im (mało uprzejmie) za fachową pomoc. Nie ma to, jak liczyć na kogoś. Wydaje Wam się, że jestem jakimś Tonym Robinsem?! W międzyczasie napisałam dwa teksty, przeczytałam je i skrzywiłam się szpetnie. Smutne, nudne i widać szwy. Sama się sobie zdziwiłam, bo nigdy tego nie robię. Piszę tekst i jest napisany. Oddaję go i więcej o nim nie myślę. A tu teksty leżą na pulpicie, Naczelny czeka, a u mnie w głowie wielka pustka i wielki błękit. Aż w końcu, dzisiaj rano, włączyłam w Apple Music playlistę: Kings, Queens and Princesses of Pop, odpaliłam Facebooka i na samej górze strony zobaczyłam post znajomej ze Stanów. Znajomej, choć tak naprawdę wcale się nie znamy. Zresztą, co to znaczy „znamy się” w dzisiejszych czasach? Christine jest polskiego pochodzenia, mieszka w USA z mężem i gromadą huskich. Poznałyśmy się na jakiejś grupie zrzeszającej ludzi niespełna rozumu, którzy mieszkają ze śnieżnymi psami. Lubimy nawzajem swoje zdjęcia na Instagramie.

Rzeczony post dotyczył jej znajomego, który przed kolejną operacją guza mózgu chciał podzielić się swoimi przemyśleniami na temat tego, co jest w życiu ważne i nieważne. Wpisu nie będę cytować, bo był długi i trzeba by go było dobrze przetłumaczyć. Powiem Wam tylko, że to był moment, kiedy zakwitło. Uświadomiłam sobie, że nie mogę znaleźć właściwego tematu, bo cały czas zastanawiam się nad tym… jak żyć? Można to zwalić na Blue Monday  albo po prostu na to, że zarówno ja, jak i spore grono moich znajomych (Heya, Wojtek! Najlepszego! Oh, wait… po namyśle również: Agnieszka, Michał, Marcin, Paweł, Maja, Piotr – 100 lat!) urodziliśmy się w styczniu i w związku z tym czeka nas zmierzenie się z upływającym czasem. Co prawda moja grecka koleżanka, Dina, zwykła mawiać, uśmiechając się przy tym szeroko: „Mam 44 lata, ważę 100 kg i cyfry mnie nie określają!”, ale jednak. Niby między wczoraj i dzisiaj nic się nie zmieniło, ale symbolika pozostaje i daje do myślenia. Inna koleżanka kiedyś mnie ochrzaniła porządnie, kiedy zacytowałam jej Steve’a Jobsa. Wszyscy znacie ten fragment:

„Świadomość tego, że pewnego dnia będę martwy, jest jednym z najważniejszych narzędzi, jakie pomogły mi w podjęciu największych decyzji mojego życia. Prawie wszystko – zewnętrzne oczekiwania wobec ciebie, duma, strach przed wstydem lub porażką – wszystkie te rzeczy są niczym wobec śmierci. Tylko życie jest naprawdę ważne. Pamiętanie o tym, że kiedyś umrzesz jest najlepszym sposobem, jaki znam, na uniknięcie myślenia o tym, że masz cokolwiek do stracenia. Już teraz jesteś nagi. Nie ma powodu, dla którego nie powinieneś żyć tak, jak nakazuje ci serce.”

Usłyszałam wtedy, że to najbardziej depresyjna myśl, jaką kiedykolwiek słyszała. Zupełnie nie wiem, skąd się jej to wzięło, dla mnie to bowiem najbardziej uwalniająca myśl, jaką kiedykolwiek przeczytałam. Może po prostu nie można jej czytać od niechcenia, trzeba ją przeczytać naprawdę. Tylko życie jest tak naprawdę ważne. Nie masz nic do stracenia. Żyj, jak nakazuje Ci serce.

Więc jeśli miałabym wybrać pierwszy punkt na liście „Jak żyć”, byłoby to: Teraz.

Na marginesie, mała dygresja. Kilka lat temu, tuż przed Wigilią, zobaczyłam na Facebooku wpis koleżanki z ogólniaka, informujący o śmierci jednego ze znajomych. Dalekich znajomych i z bardzo dawnych czasów. Pamiętam go jako jej chłopaka, trochę starszego niż cała reszta naszej „dzieciarni”. Zrobiło mi się smutno, jak zawsze wtedy, kiedy ludzie odchodzą za wcześnie. Młody człowiek, tuż przed Wigilią, zrozpaczona rodzina i znajomi. Przeczytałam post, weszłam na jego tablicę i do dziś pamiętam, jakie wrażenie to na mnie wywarło. Wystarczy spojrzeć na daty postów. 21 grudnia – zabawne obrazki i cytaty, 22 grudnia – całe morze [*] pozostawionych przez znajomych. Nie wiem, czy to do Was przemawia w jakikolwiek sposób, ale pomiędzy cytatami króla Juliana a śmiercią nie ma żadnego bufora, miejsca na przygotowanie czy głębszy oddech. Jednego dnia jutro istnieje, następnego – już go nie ma. Wczoraj już było, dzisiaj jest. Jeśli więc macie żyć – zróbcie to teraz, dokładnie w tej chwili. Muszę się Wam przyznać, że do tej pory, publikując posty w mediach społecznościowych, zbyt często mam przed oczami tę tablicę i ostatnie zamieszczone tam wiadomości.

Co jeszcze nas dręczy, poza ciągłą prokastynacją życia? Myślę, że stawiane przed nami oczekiwania. Mówiąc krótko, ciągle ktoś stara się powiedzieć nam, jakie życie jest dla nas najlepsze. Mamy wpasować się w ogólne trendy, nie wychylać się, podziwiać tych, których podziwiają inni i używać proszku do prania z reklamy. Media powiedzą nam, co mamy myśleć, jak czuć, co jest mądre a co głupie. W tym miejscu musi pojawić się kolejny cytat, z przemówienia Steve’a Jobsa w Stanford:

„Wasz czas jest ograniczony, więc nie marnujcie go, żyjąc cudzym życiem. Nie wpadajcie w pułapkę dogmatów, żyjąc poglądami innych ludzi. Nie pozwólcie, żeby hałas cudzych opinii zagłuszył wasz własny wewnętrzny głos. I najważniejsze – miejcie odwagę kierować się sercem i intuicją.”

Nie będę odkrywcza, jeśli powiem, że serce i intuicja są w dzisiejszych czasach bardziej niż niedoceniane. Kojarzą się z głupotą i naiwnością. Mamy być jaśniejącymi gwiazdami na firmamencie zdarzeń. Mamy być zorientowani na sukces. Film naszego życia ma być kręcony przez najlepszych reżyserów i nie powinniśmy załączać na końcu bloopersów. Podczas kiedy sami doskonale wiemy, jak chcielibyśmy żyć. Wiedzieliśmy to dokładnie, kiedy mieliśmy pięć lat. „Będę stlazakiem i będę jeździł wielkim czerwonym autem!” – mówił mały Jaś. „A może jednak prawnikiem albo lekarzem, Jasiu?” – pytała Babcia. „Nie!” – upierał się Jaś. „Stlazakiem!”. Koniec końców Jaś został prawnikiem, bo to podobno dobry zawód i można z niego żyć. Pracuje w korporacji po 12 godzin dziennie i kiedy wraca do domu, nie ma ani czasu, ani ochoty, żeby uśmiechnąć się do żony czy pobawić z dziećmi. Dzieci dużo czasu spędzają na zajęciach pozalekcyjnych – w poniedziałek pianino, we wtorek – angielski, w środę – korepetycje z matematyki i tak aż do piątku. Bo tak podobno jest dobrze – to świadczy o tym, że rodzice cię kochają i dbają o twoją przyszłość. Dorosły już Jaś nadal lubi kolor czerwony. Kupił sobie porsche.

Punkt drugi brzmiałby więc: Kieruj się sercem.

Tak samo jest z pracą. Zbyt często jesteśmy oceniani przez pryzmat naszego życia zawodowego. Chcemy czy nie, automatycznie przyznawane są za nie punkty lansu. Dodatnie lub ujemne. Wszyscy muszą skończyć studia, dostać świetną pracę i odnosić spektakularne sukcesy. Ewentualnie można zostać gwiazdą internetów, słynnym bloggerem albo publikować filmy na YouTubie. Ale tylko takie z milionem łapek w górę. A co jeśli wcale nie chcesz? Nie znasz się i nie wiesz, co dobre. Nie pasujesz do społeczeństwa, które w samej swojej naturze jest nowoczesne, wyedukowane i rozumie znaczenie energii atomowej na świecie. I nie zapominajmy o tym, że już w wieku lat 16 musisz dokładnie wiedzieć, co chcesz robić w życiu. A co na to Steve Jobs?

„Praca wypełni ci dużą część życia. Jedynym sposobem na prawdziwą satysfakcję z pracy jest robienie tego, w czego wielkość się wierzy. A jedynym sposobem na robienie rzeczy wielkich jest miłość do tego, co się robi. Jeżeli jeszcze tego nie znalazłeś, szukaj dalej. Nie poddawaj się. Jak ze wszystkimi sprawami serca, będziesz wiedział, kiedy to odnajdziesz. Tak jak również z każdym dobrym związkiem – będzie ci coraz lepiej, w miarę upływu lat. Zatem szukaj, dopóki tego nie znajdziesz. Nie poddawaj się.”

Musimy więc pamiętać, że nigdy nie jest za późno, by znaleźć to, czego się szuka. To stanie się w którymś dzisiaj, bo ustaliliśmy już, że jutro jest bardzo niepewne. Czasem wystarczy dostrzec znak, przyjąć szansę ofiarowaną przez los, dostrzec możliwość. Albo mieć po prostu odrobinę szczęścia. Wszystko jest możliwe.

Punkt trzeci: Nie poddawaj się.

A co wtedy, gdy życie sprawia, że zapominamy o wszelkich mądrościach i dajemy się wciągnąć w wir codzienności? Gdy mija dzień za dniem, a my nie potrafimy spojrzeć w przyszłość i zobaczyć jasno wyznaczonej drogi, światełka w tunelu? Określić celu, do którego dążymy?

Cóż…

„Nie można łączyć punktów, patrząc w przyszłość, można je jedynie połączyć, patrząc wstecz. Trzeba więc ufać, że w jakiś sposób punkty połączą się w przyszłości. Musicie w coś wierzyć: Boga, przeznaczenie, życie, karmę, cokolwiek. Ponieważ wiara, że punkty w przyszłości się połączą, da wam pewność, żeby postępować zgodnie z głosem serca, nawet jeśli zawiedzie was poza wyznaczone szlaki.”

Wtedy pozostaje tylko jedno – przestać racjonalizować i zacząć wierzyć. W cokolwiek a najbardziej w to, że droga, którą podążacie, jest właściwa, tylko jeszcze o tym nie wiecie. Że punkty się połączą i w najmniej spodziewanym momencie zobaczycie przed sobą pełen obraz tego, do czego Was prowadzi.

Cztery: Uwierz, że punkty się połączą.

I na koniec, słowo podsumowania.

Wiecie co? Nie jestem specjalistką od życia. Życie jest trudne i skomplikowane, a wybory, które podejmujemy, nie zawsze są oczywiste. Ostatecznie jednak życie dzieje się tu i teraz.

Można trwać. Stać w miejscu. Pozwolić, żeby ktoś lub coś zdecydowało za nas o tym, jak będzie wyglądało nasze życie. Ale sami chyba przyznacie, że to nie brzmi dobrze? Nawet jeśli popełniamy błędy, to są to nasze błędy. Tylko ten się nie myli, kto nic nie robi. I w końcu – to przecież nasze życie, prawda? Są w nim rzeczy ważne i mniej ważne. Przykłady? Proszę bardzo: bardzo ważne jest patrzenie, jak trawa rośnie. Zupełnie nieważne: to, czy Netflix oferuje polskie wersje językowe filmów. Nie wierzycie? To odpowiedzcie sobie na pytanie, co wolelibyście robić, gdybyście mieli guza mózgu i miesiąc życia? Patrzeć jak rośnie trawa czy toczyć wojnę o napisy w Netfliksie?

Steve Jobs miał swoje narzędzia sprowadzania się na ziemię, ja mam swoje. Za każdym razem, kiedy czuję, że tracę kontakt z rzeczywistością i zaczynam przejmować się bzdurami, zadaję sobie pytanie: „Czy to by było ważne, gdybyś miała przed sobą tydzień życia?”. Nie będę Was oszukiwać, mówiąc, że zawsze to działa. Czasem takie myślenie mnie po prostu złości. Ale w większości przypadków naprawia perspektywę.

Moim zdaniem, w życiu największą wartość mają najprostsze rzeczy – te prawdziwe, zupełnie niewirtualne. Te, o których zapominamy na co dzień i te, których nie doceniamy. A powinniśmy zacząć żyć, zamiast usilnie starać się żyć w wyimaginowanym świecie.

Pięć: Żyj w prawdziwym świecie.

Dla tych, którym nie chciało się czytać całości, wersja skrócona do 140 znaków:

W życiu są rzeczy ważne i mniej ważne. Teraz, kieruj się sercem. Nie poddawaj się i uwierz, że punkty się połączą. Żyj w prawdziwym świecie.


Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 02/2016

3

Kinga Ochendowska

NAMAS'CRAY  The crazy in me recognizes and honors the crazy in you. Jestem sztuczną inteligencją i makowym dinozaurem. Używałam sprzętu Apple zanim to stało się modne. Nie ufam ludziom, którzy nie lubią psów. Za to wierzę psom, które nie lubią ludzi.