Małomiasteczkowy

22/09/2019, 09:30 · · · 14

Idealnie przystrzyżony rząd begonii, które zdobią maleńki skwer, nazwany przez kogoś rondem. Inny ktoś wpadł na pomysł, żeby w ogóle to rondo zbudować, bo piętnaście samochodów w kolejce między siódmą a dziewiątą to już korek. Ba, nawet zator. Licho wie.

Za rondem, wąską uliczką biegnącą w kierunku siedemnastowiecznego, kwadratowego rynku, pnie się w górę fasada szyldów: szewcy, zegarmistrze, salon jakieś nowej marki ReyBon, kumulacja potrzeb w kolejności: kredyty pod zastaw, lombard, komornik sądowy, radca prawny, prawnik, kamieniarz. Pomiędzy pasmanteria, osiem piekarni, w tym dwie tej samej sieci, których drzwi dzieli jakieś pięćdziesiąt metrów, zoologiczny, ginekolog, przychodnia, biblioteka miejska. Fasada zabytkowej kamienicy niemrawo przebija się w miejscach, gdzie deszcz i rdza zrobiły swoje. Jakby chciała krzyknąć: „To ja! Tu jestem!”.

Na rynku była niegdyś taka lodziarnia. Serwowano w niej nie tylko wyśmienite lody, ale i gofry. Był ogródek – taki z prawdziwym pasem zieleni, dwa sfatygowane parasole. Dziś lody z proszku kręci maszyna z Chin, pas zieleni się rozrósł i wyrównał – tracąc jednocześnie wszystkie pierwiastki Natury, która go tam kiedyś zostawiła. Zbudowany z kwadratowych płatów sztucznej trawy niby-ogródek wita gości niby-piwem w niby-rodzinnym zakątku spotkań pod starym jak sąsiadujący ratusz dębem.

Zatrzymany czas

Myślisz, że masz tajemną wiedzę na temat tego, że stara, dobra Prowincjonalna nadal istnieje, otwiera się o jedenastej, a zamyka – cytując kartę: „Gdy to już nie ma sensu”. Dywany, które kiedyś Cyganie sprowadzili ponoć z samej Persji, zachowane w idealnym stanie dębowe kredensy i krzesła, herbata z goździkami i cynamonem, której smaku się nie zapomina, bo przecież to smak pierwszego pocałunku.

W centrum pobliskiego parku miejskiego, w którego środku śpiewa „Spóźniony słowik” – mała, prowadzona od ponad dwudziestu lat, kawiarenka – głośnik nuci tę samą melodię Johna Coltrane’a, przy której pisałem młodzieńczą poezję. Wzruszam się, a jednocześnie zadaję sobie w głowie pytanie: po co Słowikowi pizza?

Mięsko z kija

Mieścina, w której mieszka niespełna sto tysięcy mieszkańców ma pięć galerii handlowych, siedemnaście oddziałów popularnej drogerii, jakiś tuzin banków, ani jednej dobrej restauracji i kawiarni serwującej pijalną kawę, ale też pięć autentycznych miejsc, do których chciałoby się móc teleportować w dowolnym momencie. Takich, których włodarze nie wypłynęli myślami w rejony wielkomiejskiej dżungli, ale zostali tam, gdzie im dobrze.

Za czasów studiów te okresowe powroty w rodzinne strony smakowały inaczej. Nie chodzi już nawet o tzw. słoiki – i tak byście zapytali – ale o perspektywę. I teraz pozwólcie, że zawężę: perspektywę wspomnień, które po kolei ktoś zakleja kolejną reklamą, szyldem czy migoczącym neonem. Nie o spojrzenie nadętego buca z Krakowa czy Warszawy. Pajacyka z zadartym do góry nosem, który to widział świat długi i szeroki. Bo nawet jeśli widział, to wraca, bo chce zobaczyć tamten stolik, przy którym stał stary gramofon, albo wypić ten – i żaden inny – truskawkowy koktajl w barze mlecznym na rogu Sobieskiego i Lwowskiej.

Te powroty są teraz rzadsze. Stały się intensywniejsze, bo choć byśmy chcieli, nie wiem jak mocno, nie zatrzymamy wpływu ekonomii na wygląd mniejszych miejscowości. Tak, jakby one wszystkie się umówiły, że będą za wszelką cenę aspirowały do bycia kolejnym Krakowem, Warszawą czy Wrocławiem. Po co? Lokalne przysmaki, zamiast pozostać pyszne w swojej prostocie, stają się niejadalnymi potworkami, do których ktoś przykleił metkę „Ristorante”. A przecież nie do Rzymu przyjechałem. Zastanawiam się, co my – wielkomiejscy uciekinierzy – możemy z tym zrobić?

Po ostatnich wizytach w miejscach, które za czasów dzieciństwa nazywałem domem, ulubionym kierunkiem niedzielnej wyprawy czy rodzinnym kawałkiem na Ziemi, wiem, że ich fizyczna forma zaniknie. „Mięsko z kija”, kolejne bibeloty „po 4 złote” przykryją z czasem to wszystko. Jakby ktoś przecenił małomiasteczkowość do zera. Uznał ją za niepotrzebną. Boję się jeszcze o jedno – że kiedyś damy sobie sami przyzwolenie na to, by przecenić nasze wspomnienia. Za rogiem zapewne ktoś inny przybije wówczas nowy szyld: „Dawcy pamięci. Tanio!”.


Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 08/2019

14

Krzysztof Kołacz

👨🏻‍💻 Piszę tutaj. 🎙 O technologii, biznesie i sporcie rozmawiam w podcaście: www.boczemunie.pl. 🏃🏻‍♂️ Biegam. Parzę i piję ☕️ specialty. 👉 krzysztofkolacz.pl