Ferrari Luce: elektryczna rewolucja czy koniec legendy?
Ferrari Luce miało być dla Włochów tym, czym dla branży technologicznej stał się pierwszy iPhone – urządzeniem, które wyznacza kierunek.
Projekt sygnowany nazwiskiem sir Jony’ego Ive’a, ojca designu Apple, miał rzucić wyzwanie rosnącej potędze chińskich producentów aut elektrycznych. Zamiast zachwytów, Luce wywołało jednak jeden z największych kryzysów wizerunkowych w historii marki. Akcje firmy spadły o 8% dzień po premierze, a internet błyskawicznie zalała fala memów porównujących auto za 640 tysięcy dolarów do znacznie tańszych modeli konkurencji.
Duch Apple Car żyje w Maranello? Ferrari Luce ma 1050 KM – narysował go Jony Ive [galeria]
Stylistyka, która dzieli bardziej niż cokolwiek wcześniej
Luce to pierwszy w historii marki samochód pięcioosobowy, co samo w sobie jest szokiem dla ortodoksyjnych fanów. Ale to nie układ foteli, a sylwetka wywołała największą burzę. Brak niskiego, agresywnego profilu typowego dla Ferrari oraz – co oczywiste – brak charakterystycznego ryku silnika V8 czy V12 sprawiły, że auto stało się obiektem kpin. Moim zdaniem niesłusznie, ale warto zrozumieć, że marka, która za bajońskie sumy sprzedawała przede wszystkim emocje, stała się po części ofiarą własnego, wyrobionego przez dekady modelu.
Krytycy, w tym były prezes Ferrari, Luca Cordero di Montezemolo, nie przebierają w słowach, sugerując, że firma „ryzykuje zniszczenie legendy”. Z kolei włoski wicepremier Matteo Salvini otwarcie pyta, co na temat tego projektu powiedziałby sam Enzo Ferrari. Czy to tylko kwestia przyzwyczajenia, jak w przypadku modelu Purosangue, który mimo kontrowersji okazał się sprzedażowym hitem? Czas pokaże, ale tym razem skala oporu jest znacznie większa.
Chiny narzucają tempo, Ferrari szuka drogi ucieczki
Dlaczego Ferrari zdecydowało się na tak radykalny krok? Odpowiedź kryje się w Chinach. Tamtejsi producenci, dysponujący ogromnymi łańcuchami dostaw i rządowymi dotacjami, obniżają koszty produkcji o co najmniej 30% (to ostrożne szacunki) względem reszty świata. W segmencie luksusowych elektryków, gdzie BYD Yangwang U9 oferuje osiągi godne hipersamochodów za ułamek ceny Ferrari, Włosi nie mogą dłużej opierać się na samej historii. Ale z drugiej strony chcę zwrócić waszą uwagę, że przecież Ferrari nie sprzedaje osiągów, tylko emocje. Rolex kosztuje 15 tys. euro, Casio 50 euro i oba pokazują godzinę.
Problem leży gdzie indziej, w pytaniu: czy samochód elektryczny dostarcza emocji? Lamborghini otwarcie przyznało, że zrezygnowało z pełnej elektryfikacji na rzecz hybryd, widząc słaby popyt na „czyste” EV w tym segmencie. Ferrari wybrało inną drogę – próbę pozyskania młodszych, mniej przywiązanych do tradycji klientów. Benedetto Vigna, szef Ferrari, zapewnia, że zainteresowanie autem jest ogromne, a cena 640 tysięcy dolarów to koszt innowacji.
Być może całe to kontrowersyjne zamieszanie jest elementem planu. James Wong, analityk z Singapuru, zauważa, że Luce jest tak niepodobne do klasycznych Ferrari, że może przyciągnąć zupełnie nową grupę klientów, dla których historia marki z Maranello jest jedynie miłym dodatkiem. Pytanie brzmi, czy ta grupa wystarczy, by uratować „legendę”, czy może Luce okaże się najbardziej kosztownym błędem w historii słynnego włoskiego konia. Na razie jednak rynek wydaje się znacznie mniej krytyczny niż internetowi komentatorzy. Fakty są takie, że wszystkie zaplanowane egzemplarze tego tak w internecie wyśmiewanego (i bardzo drogiego!) modelu zostały wyprzedane do końca 2027 roku. Trochę jak z Windows: system nielubiany, wyśmiewany, a korzystają z niego miliardy.






