Zaplanuj siebie

06/12/2016, 10:00 · · · 5

Maja Jaworowska podjęła we wrześniowym iMagazine temat dotyczący tego, jak właściwie zacząć podróżować. Wspomniała przy tej okazji, że podróże kosztują, schodząc nieco na ziemię w przeciwieństwie do wyświechtanych śpiewek trenerów motywacyjnych: „Wstań i idź! Gdzie zechcesz!”. Pierwsze zastrzeżenie: da się. Maja o tym wie. Ja wiem. Tomek wie. Da się choćby na drugi koniec świata. Tylko to nie jest dla każdego – jak zaznaczyła @Jedzonelka. Dzięki za szczerość i konkret! Druga sprawa to budżet, który trzeba w związku z wcześniejszą konkluzją zgromadzić. Maja poruszyła temat spisywania wydatków, podzieliła się osobistą refleksją z tym związaną oraz wspomniała o roli Michała Szafrańskiego (mój wywiad z nim przeczytacie w sierpniowym iMagazine). Co najmniej dwie kwestie mamy więc wspólne. To postać Michała i sam fakt budżetowania. Dziś chciałbym Cię, Drogi Czytelniku, zachęcić do kolejnego kroku na drodze do spełniania tych podróżniczych i nie tylko marzeń. Planowania siebie.

Cel

Większość artykułów dotyczących tej tematyki rozpoczyna się od próby odpowiedzi na sztampowe pytanie: „Gdzie widzisz siebie za pięć lat?”. To jedno z najgłupszych i kompletnie niczego niewarunkujących pytań. Serio. Zadanie komuś takiego pytania na rozmowie kwalifikacyjnej (dokładnie tak sformułowanego), skreśla w mojej ocenie potencjalnego rekrutera/pracodawcę z miejsca. Dlaczego? Są de facto trzy powody. Żaden człowiek nie w stanie zaplanować czegoś na dłużej niż rok w przód. Oczywiście można mieć cele, ale różnica pomiędzy celem a z góry założonym „ja idealnym” jest zasadnicza. Po drugie błędnie uczy się nas takiego myślenia już na etapie liceum, gdzie rzekomy wybór szkoły ma się wiązać z dalszym wyborem uczelni. Tak jakby osiemnastolatek wiedział, gdzie chce być nie za pięć, ale za więcej lat – już po skończeniu owych studiów mających zagwarantować idealne życie. Nie ma idealnego życia, jedynych słusznych studiów i nieomylnych osiemnastolatków. Po trzecie to pytanie stawia nas pod, a nie przed ścianą. Nawet nie widzimy, czy da się ją przeskoczyć, jest bowiem dość wysoka, a brak perspektywy sprowadza ją do jednego słowa: problem. Zacznę więc od celu.

Raczej każdy widzi zasadność zapisania sobie na żółtej karteczce tego, co należy kupić po pracy. Niektórzy nawet nadal przypinają karteczki na lodówce. Tak, te analogowe […]. Podobnie jest z planowaniem nauki, zadań do wykonania czy po prostu z zapisywaniem pilniejszych spraw do ogarnięcia. Celem jest tutaj wykonanie danej czynności i zakończenie zadania. Skreślenie go z listy. No dobrze, ale jak zaplanować siebie i o co w tym wszystkim chodzi? Zaczęło się od jednego z odcinków podcastu Michała („Więcej niż oszczędzanie pieniędzy”), w którym po raz drugi w życiu zetknąłem się z tym pojęciem bezpośrednio. Wcześniej przewijało się ono u Michała Śliwińskiego (CEO Nozbe.com), który jako wielki orędownik GTD, #iPadOnly oraz modelu pracy #noOffice (brak stacjonarnego/fizycznego biura firmy) jest z nim związany od lat. Planowanie siebie nie jest jednak czynnością, której skutki zaobserwujemy w perspektywie tygodni czy nawet dwóch, trzech miesięcy. Aby skutecznie zaplanować siebie, warto zacząć od prostej obserwacji. Siebie. To wszystkie te momenty, gdy zadajesz sobie gdzieś, w środku, pytanie: „Kurcze, gdzie ja byłem rok temu o tej porze? Ileż to się wydarzyło…”. I dalej nie ma znaczenia czy dobrego, czy złego. „Wydarzyło się” – ma tutaj znaczenie, można bowiem wyciągnąć z tego, co „było” wnioski i, dzięki nim, przemodelować to, co „jest”, jednocześnie wpływając na to, co „będzie”. Tylko taka hierarchia jest mierzalna.

Planowanie siebie powstaje na bazie wszystkich możliwych autoobserwacji oraz tego, co dociera do nas na nasz temat z najbliższego grona. Jeśli w tym momencie zapaliła Ci się w głowie lampka pt. „No przecież!” – śmiało możesz zacząć planowanie. Zapytasz jeszcze raz: „Po co?”. W porządku. Ujmę to w trzech punktach. Po pierwsze planowanie pozwala skalować siebie. Pozwala zmieniać swoją hierarchię potrzeb, priorytetyzować cele, uskuteczniać metody ich realizacji lub najzwyczajniej w świecie eliminować te, które w aktualnym „tu i teraz” nie są już tak ważne, jak były jakiś czas temu. Pamiętacie mur o nazwie „za pięć lat”? On właśnie zalewał betonem jakiś cel. Nawet jeśli za tym celem był inny, niższy, lecz dla nas ważniejszy, nie widzieliśmy go. Retrospektywa siebie pomaga eliminować ten problem. Po drugie: konfrontacja. Z samym sobą. Sam na sam. W czasie przeznaczonym wyłącznie na to. Po trzecie: rozwój. W planowaniu siebie mamy tak naprawdę tylko jedno zadanie. To nieustanny pozbawiony daty zakończenia samorozwój. Na każdej płaszczyźnie. Planowanie daje nam coś w rodzaju kompasu, który pozwala dobrze odczytać mapę. Nie wskazuje jednak na niej punktu docelowego.

Sposób

Mój system planowania siebie wygląda dość prosto. W określonych przedziałach roku rezerwuję sobie kilka godzin, w wybranym dniu, na daną retrospektywę. Wówczas albo wychodzę do ulubionej knajpy, w której zamawiam ulubioną kawę, danie, wszystko na raz. Czasem siadam w ogrodzie. Zawsze totalnie sam albo wyjeżdżam za miasto, aby usiąść w oddalonym od tłumu miejscu. Higiena otoczenia podczas konfrontacji jest bardzo ważna. To taki dzień, którego jednocześnie zawsze trochę się obawiam – ale w taki pozytywny sposób, wiedząc, że nawet jeśli coś poszło nie tak, to można z tego wyciągnąć wspomniane wnioski – a z drugiej strasznie na niego czekam. W kalendarzu nie ma prawa znaleźć się w tym dniu nic innego. Bez względu na wszystko, co zależy ode mnie.

Swoje cele planuję za pomocą Macierzy Eisenhowera. Uważam, że to najdoskonalsza metoda, jaką wymyślono i nie widzę kompletnie żadnego sensu w jej rozszerzaniu i kombinowaniu. Cztery ćwiartki: Ważne i pilne, Ważne i mało pilne, Mało ważne i pilne oraz Mało ważne i mało pilne. Dwa wektory: pilność i ważność. W tym można zawrzeć naprawdę wszystko.

Wnioski ze wszystkich retrospektyw, które przeprowadzam w ciągu roku, spisuję w specjalnych zahasłowanych notatnikach, w systemowych Notatkach. To miejsce święte, moje. To ślady, po których zawsze można wrócić do przeszłości, aby jeszcze raz odtworzyć tę scenę, w której coś jednak poszło nie tak i zrozumieć dlaczego. Nie muszę chyba pisać, że tę samą sytuację zrozumiemy inaczej w wieku 20, 30 i zapewne 50 lat.

W kalendarzu znajdują się więc kolejno:

  1. News review (NR) – w każdy piątek o godzinie 18:00 sprawdzam swój Pocket oraz wszelkiego rodzaju listy na później (Z wyjątkiem „Watch later” na YouTube, które stanowi od trzech lat – z pomocą Apple TV – moją prywatną telewizję. Codzienną.). Sprawdzam, które artykuły spośród tych odłożonych są faktycznie warte mojej uwagi. Po takiej selekcji zostaje tam tylko to, czemu faktycznie chcę poświęcić w weekend uwagę.
  2. Half Milestones review (HMR) – w ostatnią sobotę co trzeciego miesiąca przeprowadzam retrospektywę celów ogólnych, tak zwanych kamieni milowych, które założyłem na dany rok kalendarzowy. Patrzę na to, co udało się osiągnąć, na jakim etapie osiągnięcia konkretnych celów jestem, które chcę porzucić i dlaczego priorytet innych warto byłoby zmienić.
  3. Financial review (FR) – trzecia sobota co trzeciego miesiąca to dzień podsumowania celów finansowych, czyli zaplanowanego rocznego budżetu. Mówimy tutaj również o celach ogólnych, a nie na przykład bieżących zakupach. One oczywiście także tworzą budżet domowy, ale są zdecydowanie bieżącą częścią budżetu rocznego. Warto wówczas zastanowić się nad wynagrodzeniem, które otrzymujemy za naszą pracę na etacie lub po prostu nad przychodami. Mając taką retrospektywę w kalendarzu, często okazuje się, że łatwiej jest nam znaleźć i przedstawić pracodawcy powody tego, że należy nam się podwyżka. Na tym etapie przeprowadzam również solidne review swojego organizmu. Robię pełen komplet badań, analizę składu ciała. Wedle zasady: lepiej przeciwdziałać niż leczyć. Zdrowie jest największym z kosztów, jeśli je utracimy. Zawsze. Nie ma w tej kwestii wyjątków. Jest to też koszt nieprzekładalny, o ile mamy trochę oleju w głowie.
  4. Milestones review (MR) – 1 czerwca, w Dzień (dużego) Dziecka, przeprowadzam większe, półroczne podsumowanie celów ogólnych. Tutaj zazwyczaj zachodzi najwięcej zmian pomiędzy ćwiartkami matrycy.
  5. Summary Milestones (SM) – 27 grudnia jest dniem podsumowania. Nic noworocznego. Nic z tych rzeczy. To swoisty release roku. Podsumowanie pewnej całości. Dwunastu miesięcy, których już nie cofnę. Tutaj staję 1:1 z wytyczonymi celami i wiem, że te, których nie udało się zrealizować, będą musiały zostać przesunięte na kolejny rok lub je porzucę. Zawsze jest tego powód. Planując siebie, znalezienie go raczej nie powinno sprawić problemu.
  6. Planning Milestones (PM) – następuje tego samego dnia co SM. Dlaczego? Żeby nie próbować usprawiedliwiać samego siebie i przekonywać do rzeczy potencjalnie zbędnych. Rok i regularne retrospektywy są wystarczające do tego, żeby 27 grudnia znać już cele, którym chcemy się poświęcić w kolejnym roku.
  7. Summary Finance (SF) – dzień po SM przychodzi pora na nieco bardziej bolesną część. Podsumowanie rocznego budżetu. To od tego momentu zaczyna się tak naprawdę PF – planowanie finansów na kolejny rok.
  8. Planning Finance (PF) – budżet na nowy rok planuję zawsze w pierwszą sobotę stycznia. Daję sobie specjalnie bufor pomiędzy SF a PF, ponieważ mamy wówczas Sylwestra, głowa musi odpocząć po całym roku, a priorytety muszą się poukładać. Najpierw tam, w środku mnie, a dopiero potem w tabeli. Oczywiście w tym czasie nadal spisuję wydatki. Nie ponoszę także żadnych, poza podstawowymi, kosztów dodatkowych. Sylwester jest wliczany w budżet kończącego się roku. Gdyby ktoś pytał. Nie mam na nim wiele gotówki, kart ani nie spędzam go w Vegas.

Czas

Planowanie siebie ma też swoje wady. Największą jest czas potrzebny na poznanie siebie i cierpliwość. Ta druga jest najważniejsza. Im więcej miesięcy i lat minie, tym powinniśmy być w stanie zaplanować siebie lepiej. Nie ma też czegoś takiego jak idealny wzorzec. Mój takim nie jest. Mai też nie. Ani żadnego z Michałów. To Ty i tylko Ty możesz wypracować swój system retrospektyw i metodykę planowania siebie. Możesz, ale nie musisz.

Być może wystarczy kartka, długopis i papierowy terminarz. Może regularna rozmowa z ukochaną osobą. Powodów i bodźców są miliardy. Ważne, aby ich nie ignorować. Frajda ze spojrzenia na siebie samego w czasie jest zawsze ta sama. Nawet jeśli widzisz tam raczej porażki niż sukcesy, to jednak widzisz historię. Nie czyjąś, a swoją. To zasadnicza różnica, bo możesz ją pisać dalej.


Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 11/2016

5

Krzysztof Kołacz

👨🏻‍💻 Piszę tutaj. 🎙 O technologii, biznesie i sporcie rozmawiam w podcaście: www.boczemunie.pl. 🏃🏻‍♂️ Biegam. Parzę i piję ☕️ specialty. 👉 krzysztofkolacz.pl